piątek, 13 marca 2026

Za dużo!

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że potrafię się zapomnieć w oszczędzaniu (przy okazji historii o lodówce). To oczywiście nie jedyna moja wada i nie jedyna nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tematykę oszczędzania. Dzisiaj nadszedł dzień, kiedy wyznam kolejny mój grzeszek, który łączy się z tym tematem i skutecznie uprzykrza mi życie. Podobnie jak hałasująca lodówka, na którą byłem skazany dzień i noc i każdego dnia okradała mnie z odrobiny spokoju, tak samo i tutaj z efektami swojego postępowania mierzę się codziennie.

Z oszczędności niczego nie wyrzucam. Wszystko może być mi potrzebne. A jeśli nie mi, to komuś z mojego otoczenia. A jeśli nie, to komuś innemu, komu można to sprzedać. Rzeczy wypełniają szczelnie szafy, mam dwie piwnice i schowek, na półkach stosy... To jeszcze nie jest etap kliniczny - nie walają mi się po domu sterty przedmiotów, ale posiadam pudła pełne rzeczy, talerzy, książek, zabawek, śrubek i czego tam jeszcze można chcieć. Bo wszystko się może przydać, a w ten sposób nie będę musiałkupować.

Błąd polega na tym, że i tak muszę kupować, bo nigdy nic nie można znaleźć. Wszystko co posiadam jest bardzo użyteczne, jeśli tylko miałbym do tego dostęp. Niestety nie mam bezbłędnego systemu katalogowania, ani przestrzeni pozwalającej na wyeksponowanie kolekcji, a kiedy wszystko stoi w schowku w pudłach, do niczego nie ma dostępu, nic nie da się łatwo znaleźć.

Z perspektywy kogoś, kto jest zagubiony wśród posiadania WSZYSTKIEGO uważam, że użyteczne jest tylko to, co da się znaleźć i jest pod ręką wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Rzecz, które można kupić za kilkanaście złotych, a ja przechowuję je przez dekadę, po prostu nie warto posiadać. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego mam zamiar przeprowadzić porządki i wiem, że nie będzie to łatwe, ale ten post jest pierwszym krokiem. Jeśli macie podobny problem... odwagi!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz