Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sposób Myślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sposób Myślenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2026

Nie marnuj czasu!

Czy zauważasz to, że w miarę dorastania czas biegnie coraz szybciej? Kiedy jesteś dzieckiem, biegnie jakby wolniej miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Na studiach biegnie jakby troszkę szybciej. Kiedy masz trzydzieści kilka i czterdzieści kilka lat, zaczynasz odmierzać czas porami roku. Ten proces narasta! I co z tego, że to złudzenie, skoro dla mnie liczy się moje odczucie i nie pomaga mi świadomość, że "tylko tak mi się wydaje". Wręcz zaczyna mi to przeszkadzać.

Dodam tutaj, że przeżyłem (na szczęście) ciężką chorobę, która dodatkowo uświadomiła mi, że należy cenić każdą chwilę, bo dosłownie nie wiadomo ile ich jeszcze przede mną...

I to właśnie stało się punktem wyjścia! Nie marnuj czasu, ceń każdą chwilę i staraj się ją wykorzystać. Żyj na 100%, jeśli tylko możesz - to poprawi jakość Twojego życia i pozwoli Ci czerpać więcej. Może się nawet okazać, że czerpiąc więcej nie będziesz chciał/a wydawać, by tę jakość poprawiać w inny sposób (tak jest u mnie, dlatego ten post trafia na blog poświęcony oszczędzaniu).

Z początku może się wydawać, że sam koncept jest dziwny, bo co oznacza, żeby robić wszystko na 100%? Odpowiedź też zdaje się dziwna, ale wysłuchajcie (a raczej przeczytajcie), proszę. Chodzi mi o to, że kiedy cokolwiek robicie, postarajcie się robić to w pełni. 

Kiedy jesteście w pracy - pracujcie najlepiej jak umiecie i nie obijajcie się. Bądźcie w tym. Zobaczycie jak skoczy Wasza wydajność, jak prosta wyda się Wam Wasza praca i w jak łatwy sposób wszystko ogarniecie, poukładacie i załatwicie. Wiele osób z mojej pracy, kiedy spotykam ich na przerwie opowiada jak bardzo są zawaleni robotą. A mimo to, mają czas na przerwę. I tutaj pojęcie przerwy - jeśli robisz sobie w pracy przerwę, kiedy nie ogarniasz już bałaganu, nawet w czasie przerwy Twój poziom kortyzolu (hormonu stresu) rośnie. Tak naprawdę łapiesz oddech i nie masz przyjemności z przerwy, z kawy czy nawet z papierosa. Kiedy jednak czujesz, że masz wszystko pod kontrolą, przerwa jest naprawdę przerwą. Wychodząc z pracy do domu masz poczucie, że zasługujesz na odpoczynek i nie myślisz o pracy. To jest higiena pracy i można ją wypracować... cóż, pracuję i nie obijając się. Obijanie nic nie daje.

Kiedy zajmujesz się dzieckiem i nie zrobisz w tym czasie niczego produktywnego, naprawdę poświęć czas dziecku. Przejmij się jego problemami, naucz je czegoś, zagraj w grę i ciesz się tym. Oddaj się tej chwili. Widziałem rodziców pochłoniętych telefonami w czasie "zabawy z dzieckiem" - dziecko coś robi, rodzic scrolluje. Scrollowanie nie jest ważniejsze i nie daje frajdy (chyba, że masz przewidziany czas na scrollowanie i robisz właśnie to). Bądź tu gdzie jesteś, zajmij się tym, co jest obok.

Kiedy jesz, nie wrzucaj w siebie kolejnych kęsów gapiąc się w ekran. Skoncentruj się na jedzeniu i czerp z niego przyjemność. Albo z towarzystwa przy stole. Z atmosfery, rozmowy, smaku. Bądź w tej jednej chwili. To zdrowo, ale także przyjemnie. Taka chwila sprawia, że zauważasz posiłek, nie musisz kupować droższych składników czy czegokolwiek poprawiać - ciesząc się tym, co masz w danej chwili zerujesz w sobie chęć poprawiania czegoś, co tak naprawdę działa. W jednym z moich ulubionych seriali główny bohater uczył znajomą picia alkoholu. Ona myślała, że chodzi o to, by wypić jak najszybciej całą butelkę, ale on (pijak z doświadczeniem) ja zatrzymał, mówiąc "czekaj, czy nie jest Ci teraz miło, ciepło, przyjemnie? To przystopuj. Chodziło Ci o osiągnięcie tego stanu. Teraz go masz, ciesz się tym. Nie pij, bo pójdziesz dalej. Zaczekaj, a jeśli zacznie mijać, wypij trochę, by do niego wrócić."

Uczestnicząc w tym wszystkim, co tak naprawdę lubimy w naszej codzienności (zakładam, że robimy rzeczy, które lubimy) i zagłębiając się w te czynności, chłoniemy je na 100% i mamy więcej przyjemności z każdej z tych rzeczy. A przecież część naszych zakupów robimy dlatego, że nie mamy dość przyjemności i szukamy jej więcej. Więcej wrażeń, więcej smaków, więcej wolności, więcej adrenaliny, więcej wypoczynku, więcej rozrywki... Jest spora szansa, że mamy to wszystko, tylko dajemy temu przejść obok. Świadome uczestniczenie we własnym życiu pozwoli zwolnić czas, który nieubłaganie ucieka. Tworzenie wspomnień go cofa.

Na koniec proste pytanie, które warto sobie zadać - jak często "zabijam czas"? Czy naprawdę mam go za dużo, że z taką lekkością go zabijam? Na co tak nie mogę się doczekać, że zabijam czas, by już się tam znaleźć? Zabijanie czasu to główna przyczyna tego, że ucieka nam coraz szybciej. Lepiej wykorzystać każdą chwile oczekiwania, bo skoro mamy czas do zabicia, to możemy go użyć do czegokolwiek innego - czy to pożytecznego, czy po prostu przyjemnego.

piątek, 14 sierpnia 2026

Unikaj nagłych wydatków

Ja wiem, że większość moich czytelników uzna, że ten post jest głupi. Tym samym oznajmiam, że nie jest on dla tej większości. Ja rozumiem reakcję typu "jakbym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył". Rzecz w tym, że pomysł na którym oparłem dzisiejszy wpis stosuję od wielu lat i działa on na mnie (i moją rodzinę), natomiast nie działa na moich znajomych, którzy zupełnie go nie rozumieją. No, ale oni nie widzą związku pomiędzy przyczyną a skutkiem, a przynajmniej nie rozumieją go w sposób, w jaki ja go widzę. Dla mnie to analiza ryzyka i trzymanie się bo bezpiecznej stronie (najchętniej nie podejmowanie żadnego ryzyka, przy którym strata wielokrotnie przewyższa potencjalny zysk). Statystyka mówi sama za siebie. Zatem wpis ten jest dla ludzi, o usposobieniu podobnym do mojego. Inna sprawa, że ci ludzie prawdopodobnie już stosują tę metodę bez czytania mojego wpisu...

Od lat trzymam się zasady, wedle której ograniczam potencjalne nagłe wydatki. Na przykład jeżdżąc zgodnie z przepisami i parkując jedynie w dozwolonych miejscach. Nie ważne jak daleko trzeba będzie dojść i jak długo jechać - nie łamię prawa. Skoro nie łamię prawa, to nie płacę mandatów, gdyż po prostu nie są one wystawiane. Gdy rozmawiałem ze zmotoryzowanymi znajomymi, każdy z nich ma na koncie przynajmniej (średnio) jeden mandat rocznie. Ktoś kto nie miał mandatu w ciągu ostatniego roku, w ubiegłym miał ich kilka - o to mi chodzi ze średnią. Nawet jeśli nie są to wysokie mandaty (a teraz są coraz wyższe), to nadal jest to niepotrzebnie wydane kilkaset złotych. To cena fajnej planszówki, paru komiksów lub kilku książek! Zawsze do mnie to przemawiało.

Dbam o rzeczy, które dzięki temu wolniej się zużywają i wymagają wymiany o wiele rzadziej. Na przykład - nie używam pralki drugi raz, bezpośrednio po zakończeniu cyklu prania, tylko daję się schłodzić silnikowi (poradził mi to pan od naprawy pralek), dzięki czemu faktycznie sprzęt wytrzymuje dłużej. To w ogóle zadziwiające o ile lepiej działają sprzęty AGD, kiedy przestrzega się porad zawartych w instrukcji. Równie zadziwiające jest to, jak wiele osób ignoruje to w imię wygody czy oszczędności czasu (nie czuję straconego czasu robiąc godzinną przerwę pomiędzy cyklami prania, czy niewygody otwierając szeroko zmywarkę, kiedy słyszę, że skończyła myć naczynia). 

Owszem - nie wiem o ile przedłużam żywotność urządzeń ani czy akurat dzisiaj dostałbym mandat, gdybym pojechał szybciej (i zaoszczędził kwadrans). Wiem natomiast, że w całkowitym rozrachunku jestem, jakoś tam, do przodu. Większość z Was, podobnie jak moi znajomi, uznają, że i tak będą przekraczać prędkość, bo się spieszą, a ryzyko mandatu nie jest wysokie, a ten jeden mandat rocznie, to stać ich, żeby zapłacić. Ten post nie jest dla tych osób! Ja wole bez stresu, bez ryzyka, nieco wolniej, nieco dłużej - jeśli Ci to nie przeszkadza, prawdopodobnie skorzystałbyś/skorzystałabyś na tym wpisie, gdybyś już tak nie postępował/a.

piątek, 10 lipca 2026

Czego chcesz?

Czynność czynności nie równa i dlatego ja dzielę je na dwie główne grupy, które różnią się nie tylko poprzez to, w jaki sposób są przeze mnie postrzegane, ale także tym, w jaki sposób daną czynność wykonuję. 
Otóż grupy te są takie:
  1. Czynności, które muszą być wykonane ze względu na rezultat.
  2. Czynności, które lubię robić.

Szczególnie w dzisiejszym, szybkim świecie, nastawionym na efektywność, coraz trudniej rozeznać się w powodach, dla których coś robimy. Z każdej strony wmawia się nam, że powinniśmy więcej (i szybciej) czytać, "marnować" mniej czasu na jedzenie czy szukać efektywniejszych sposobów na przemieszczanie się. Zatracamy się w tym. Dochodzimy do tego, że wszystko robimy jak najszybciej, by przejść już do kolejnej czynności, którą także wykonamy w sposób dający jak najszybszy efekt. Uważam, że to duży błąd. Zatracamy gdzieś życie, które staje się tylko dodatkiem do trybu w którym jak najwięcej ma zostać zrobione.

Są przecież czynności, których wykonywać nie musimy, a robimy je tylko dlatego, że dają nam przyjemność. I nie chodzi mi o satysfakcję z ukończenia zadania, ale właśnie z wykonywania danej czynności! Każdy kto czytał książki dla przyjemności wie, że frajdę daje obcowanie z książką, a zamknięcie ostatniej strony dobrej książki to powód do smutku, a nie radości. Chcemy obcować z powieścią, czytać, a nie przyswajać informacje. Dowiadywać się co dalej, a nie jedynie wiedzieć jak to się kończy. Jeśli odczuwamy przyjemność czytając, to czy nie chcielibyśmy, by trwała ona jak najdłużej?

Są oczywiście czynności, w których liczy się efekt. Nie lubię ścierać kurzu, ale lubię, kiedy wszystko lśni, a zatem sprzątam tak, by lśniło jak najszybciej, przy czym na sprzątaniu nie spędzać więcej czasu niż to niezbędne. Natomiast kiedy delektuję się kawą, nie zamierzam wlać jej w siebie i przejść do kolejnych rzeczy - chcę, by ta chwila trwała dłużej.

Całkowitą pomyłką dla mnie jest przyspieszanie swojego hobby. Jeśli ktoś lubi rysować, czy łowić ryby, to przecież nie stara się jak najszybciej skończyć, prawda? Ale internet serwuje nam coraz więcej "speedrunnerów życia", proponując filmy typu "jak szybko narysować twarz". W minutę, w dziesięć sekund. To samo z moim hobby, którym jest malowanie figurek. Oglądam także filmy typu "jak pomalować armię w weekend" i rozumiem, że ten film powstał dla osób, chcących mieć pomalowaną armię, by po weekendzie móc pograć ze znajomymi. Dla mnie jednak byłby to stracony weekend. Osobiście, jesli zależałoby mi na graniu, to albo grałbym armią niepomalowaną, albo zapłacił komuś, by pomalował moja armię (lub kupił juz pomalowaną). Ja lubię malować figurki i szkoda by mi było robić to na czas. Nie jestem szybkim malarzem, maluję ledwie kilka figurek rocznie, ale czerpię frajdę z całego procesu i nie mam zamiaru go przyspieszać po to, by szybciej widzieć rezultat. 

Dlatego radzę iść w tę nowoczesną efektywność z rozwagą i za każdym razem zastanowić się, czy robimy coś ze względu na proces, czy na rezultat. I zachowywać się odpowiednio, by nie przebiec przez życie bez chwili na podziwianie jego wspaniałości. Bardzo trudno zawrócić.

piątek, 3 lipca 2026

Róbmy swoje

Prokrastynacja i słomiany zapał to tylko część przeszkód, jakie spotykają nas na drodze do wyznaczonego celu. Tą przeszkodą, którą obserwuję najczęściej i zarazem tą, która ma największy wpływ na osoby z mojego otoczenia jest opinia osób postronnych, najczęściej nie mających z projektem nic wspólnego oraz niebędących ekspertami. Chodzi mi tutaj o tych "wszechwiedzących" - zarówno z internetu jak i z realnego świata - komentatorów i doradców wszelkiej maści. Każdego, kto mówi "robisz to źle" i "nic z tego nie będzie", którzy poza wyśmianiem pomysłu czy przebiegu całego przedsięwzięcia nie służą żadną konstruktywną krytyką.

Konstruktywna krytyka to coś zupełnie innego. Uwielbiam, kiedy ktoś zauważa błąd w tym co robię, wskazuje mi go i tłumaczy dlaczego jest to błąd oraz jak go poprawić, najczęściej posługując się przy tym przykładem własnym. Swoje błędy nieczęsto się zauważa, za to bardzo często nie wiadomo w jaki sposób je poprawić. To, że ktoś przytoczy własny przykład utwierdza mnie zarazem w przekonaniu, że towarzyszył mu ten sam cel, co mnie (czasem okazuje się, że jego proces był inny jedynie dlatego, że interesował go nieco inny rezultat). Konstruktywna krytyka to coś, co można zastosować, natomiast destruktywna to taka, dzięki której utwierdzamy się w przekonaniu, że nie warto próbować.

Bez żadnej z krytyk natomiast (podobnie jak przy braku konstruktywności) zalecam jednak robić swoje. Próbować, bo a nóż wpadniemy na dobre rozwiązanie, zauważymy problem i wymyślimy wyjście z sytuacji. Z całą pewnością jednak zajdziemy dalej niż nie próbując. Często docierając do celu z błędami i nieco w innym niż założyliśmy miejscu uczymy się o procesie więcej niż nieustannie poprawiając go w trakcie. Warto więc zrealizować zadanie z błędami, żeby móc się na nich czegoś nauczyć. Tymczasem w obecnych czasach łatwiej nam zauważyć błąd i posłuchać podszeptu, że to nie ma sensu i odpuścić zupełnie.

Dodam na koniec, że ja często podejmuję się działań, które z pewnością można przeprowadzić sprawniej i z większą skutecznością, natomiast nie w sposób tak przyjemny, jak ja to sobie wymyśliłem. Nawet znając już szybszy proces robię dalej po swojemu tylko dlatego, że daje mi to frajdę. Często jest ona ważniejsza niż wynik. Niezwracanie w takim układzie uwagi na głosy, mówiące, że to nie tak, że robi się to inaczej uważam za cenną umiejętność. 

Często działam "na przekór światu", robiąc rzeczy tak, jak sobie wymyśliłem i prosząc o radę, kiedy mój sposób nie działa (proszę o radę osoby, o których wiem, że się znają). Najczęściej uczę się w ten sposób nowych umiejętności i dochodzę do rozwiązania, a jeśli czasem naokoło, to przynajmniej wiem dlaczego inna droga jest szybsza. Wiem przy tym, że jeśli słuchałbym rad "wszechwiedzących" doradców z internetu, to pozostałoby mi odpuścić i zostawić to fachowcom.

piątek, 19 czerwca 2026

Naucz się odmawiać

Asertywność to zaleta. To umiejętność wyrażania własnego zdania w sposób kulturalny. Umiejętność odmawiania, początkowo w sposób kulturalny, a w razie konieczności definitywnie i zdecydowanie to bardzo wartościowa umiejętność. W obecnym świecie przydatna tym bardziej.

Żyjemy w rzeczywistości, w której każdy "ma prawo" do wszystkiego co przyjdzie mu do głowy i jeśli nam się to nie spodoba, będzie próbował uzasadniać, że ograniczamy jego wolność, łamiemy zasady, albo że wszyscy inni się zgadzają. Nie musimy godzić się na wszystko! Z drugiej strony mamy dalece posunięty "marketing", bazujący na zupełnie ludzkim odruchu robienia tego, co powinniśmy. Istnieje więc szereg zachowań, które, w normalnym świecie pożądane (pomoc bliźniemu, miłość do zwierząt, szacunek do starszych czy opiekuńczość wobec dzieci), obecnie zostały wypaczone przez reklamy, chciwość i roszczeniowość. Bardzo wiele mechanizmów działa na zasadzie "trudno odmówić" oraz "przecież tak trzeba". I tu niespodzianka - nie trzeba. Co więcej, nie trzeba także uzasadniać swoich wyborów. Wolna wola wciąż działa!

Pierwszą lekcją powinno być odmawianie od razu - stanowcze i zdecydowane "nie". Ten prosty komunikat powinien ucinać dyskusję, bo jest jasnym i konkretnym sygnałem. A jednak nie ucina. Przeważnie następuje po nim dalsza część dyskusji, bardziej lub mniej trafiona argumentacja albo pytania o powody rozmowy. Rzecz w tym, że nie mamy obowiązku uzasadniać naszej decyzji.

Druga lekcja to zatem nauczenie się nie kombinowania i nie usprawiedliwiania. Nie, znaczy nie. Powodów być nie musi - to decyzja, bazująca na powodach, ale powody są dla nas, a nie dla rozmówcy. Odpowiedzią na pytanie nadal może być "nie". Jedynym dodatkiem może być tu podziękowanie za propozycję (sam stosuję je niemal za każdym razem):
  • Nie, dziękuję.
  • Dziękuję, ale nie.
  • Dziękuję za ofertę, ale nie skorzystam.
  • Doceniam, ale jednak nie.

Nauczenie się tych dwóch zasad to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy. Można się oczywiście zastanawiać "co ta druga osoba o nas pomyśli", ale prawda jest taka, że jeśli zrobimy to, o co nas prosi, to ta osoba nie pomyśli o nas zupełnie nic. Zatem to, co o nas pomyśli gdy się nie zgodzimy nie powinno nas obchodzić. Za chwilkę zresztą stracimy tę osobę z oczu.

Czy to oznacza, że jesteśmy złymi ludźmi? Absolutnie nie. Tego właśnie skojarzenia należy unikać. To, że ktoś nazwie Cię złym człowiekiem (czy jakkolwiek inaczej) wcale nie oznacza, że nim jesteś. To tylko czyjaś opinia, która nie ma żadnego wpływu na Twoje życie, czy żadnej korelacji z rzeczywistością. 

piątek, 12 czerwca 2026

Punktualność jest Grzecznością Królów

Nie wierzę w to, że ktoś zawsze się spóźnia dlatego, że ma tyle ważnych spraw do zrobienia. Nie wierzę też w tłumaczenia typu "tak wyszło", "ja tak mam" albo "kazdy się spóźnia". Spóźnianie się to brak szacunku do osoby, z którą jesteśmy umówieni. To wada i tak, jak nad każdą wadą, trzeba nad nią pracować, by ją zwalczyć. Nie wolno sobie folgować i usprawiedliwiać się! Trzeba to w sobie zmienić.

Wiem natomiast w jaki sposób pracować nad punktualnością i jak zrobić plan, który pozwoli nam się nie spóźnić. I chociaż takie podejście początkowo może się wydawać skomplikowane, to bardzo łatwo przyzwyczaić się do takiego myślenia i nigdy więcej się nie spóźniać (to znaczy nigdy bez naprawdę wyjątkowych sytuacji, a nie jest tak, że wyjątkowe okoliczności zdarzają się dwa razy w tygodniu.

Jak planować, by się nie spóźniać


Aby się nie spóźnić, trzeba po prostu wiedzieć ile co nam zajmie, a następnie wyliczyć o której musimy zacząć (wyjść z domu) i nie marnować czasu po drodze. Jeśli mamy dotrzeć gdzieś na szesnastą, a po drodze musimy pojechać w dwa miejsca, to liczymy od końca:
  • dojazd z drugiego miejsca na miejsce spotkania zajmie 15-20 minut. Czyli 15.40 muszę ruszyć.
  • załatwienie sprawy numer dwa zajmie maksymalnie kwadrans. Muszę zacząć się nią zajmować o 15.25. Dam sobie jeszcze pięć munut zapasu, czyli muszę być na miejscu o 15.20.
  • dojazd na drugie miejce może mi zająć nawet pół godziny, więc 14.50 muszę wyruszyć.
  • Pierwsza sprawa zajmie mi pięć munit, a zatem muszę się nią zająć o 14.45, ale i tutaj dam sobie pięć minut zapasu. Zatem muszę być na miejscu o 14.40.
  • Dojazd z domu zajmie mi dwadzieścia minut, więc najpóźniej o 14.20 muszę ruszyć z domu.
  • Szykowanie do wyjścia to kwadrans, więc o 14.00 zacznę się szykować, żeby dać sobie dodatkowe pięć minut na tym etapie.
Teraz wiemy nie tylko kiedy musimy zacząć się szykować, ale znamy także czas, w jakim musimy robić kolejne punkty. W ten sposób zauważymy także moment, w którym łapiemy spóźnienie i będziemy mogli je skorygować, będziemy wiedzieli, czy mamy czas wstąpić po kawę, albo porozmawiać przez telefon.

Stosuję tę metodę od wielu lat i działa! Jestem w stanie w ten sposób (od tyłu) zaplanować cały dzień i zawsze wiem, jeśli łapię opóźnienie. Mogę wtedy z czegoś zrezygnować, albo nadrobić czas. W ekstremalnej sytuacji mogę zrobić coś jeszcze...

Powiadomienie o spóźnieniu


Wiedząc o tym, że jesteśmy spóźnieni, możemy uprzedzić osobę, z którą jesteśmy umówieni nawet na długo przed terminem spotkania. I to właśnie jest fantastyczne - możemy zadzwonić i przesunąć spotkanie o pół godziny, a osoba, z którą jesteśmy umówieni nie musi jeszcze nawet wyjść z domu! Jeśli uda nam się przełożyć spotkanie w taki sposób, że osoba, z którą jesteśmy umówieni nie będzie musiała na nas czekać, nie ma właściwie mowy o spóźnieniu. Byle tylko nie zdarzało nam się to zbyt często, bo wtedy też stanie się uciążliwe.

To cała nauka o szacunku za pomocą punktualności. Polecam stosować w życiu codziennym.

piątek, 29 maja 2026

A może to już?

Celem tego całego przedsięwzięcia zwanego "oszczędzanie" było dla mnie zawsze osiągnięcie finansowej niezależności. Rozumiem to tak, że nie martwię się pieniędzmi, bo nawet nie pracując jestem w stanie sie utrzymać - z inwestycji, odsetek i pobocznych źródeł dochodu. Być niezależnym od pracodawcy i klienta. Wiedzieć, że zawsze jestem w stanie się utrzymać. Przez cały ten czas chodziła mi po głowie tylko jedna myśl - "kiedy w końcu osiągnę ten stan". Myślę, że taka myśl powstaje w głowie każdego, kto wybrał taką drogę. Najciekawsze, że odpowiedź bardzo często może brzmieć "już!".

Piszę to całkiem serio - istnieje duże prawdopodobieństwo, że idąc tą drogą udało Ci się przeoczyć moment, kiedy cel został osiągnięty, a teraz po prostu osłabiają Cię błędne (a czasem zupełnie świadome) wybory. Nie wszędzie bowiem koszty zycia są takie same i nie wszystkie wydatki są konieczne. Może któryś z czynników (albo kilka z nich) sprawia, że wydaje Ci się, że przed Tobą nadal daleka droga.

  • Być może mieszkasz w złym miejscu.
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i mnie osobiście trudno pogodzić się z myślą o wyprowadzce. Jednocześnie, jeśli byłbym już przeprowadzony do miejsca, które mam na myśli, to byłbym zadowolony i prawdopodobnie byłbym w stanie obniżyć koszta życia.

Może jesteś w sytuacji, w której warto by wynająć swoje duże mieszkanie w mieści bandzie studentów, a samemu wynająć coś małego, poza dużym miastem, pożytkując jedynie część kwoty uzyskanej z wynajmu i po prostu żyć robiąc to, na co się ma ochotę? A może sprzedaż obecnego mieszkania jest dobrym pomysłem, który pozwoli kupić coś innego, w innej lokalizacji i w ten sposób uzyskać jakieś fundusze na inwestycje?

  • Być może wydajesz na swoją pracę?
Może dojazdy do pracy stanowią istotną część budżetu? A może potrzebujesz do pracy szybkiego internetu, który w innym przypadku byłby Ci zbędny? Albo masz samochód, którego używasz tylko po to, by dojeżdżać do biura? A może wystarczyłby Ci tańszy telefon czy komputer? A może nie potrzebujesz tych wszystkich spódnic, garsonek, garniturów, drogich butów? Może kupujesz je tylko po to, by iść w nich do pracy?

Warto czasem rozsądnie zastanowić się nad kosztami, które generuje praca - zarówno finansowymi jak i czasowymi. Czy to bilet, paliwo, czy może całe auto? Przeanalizowanie kosztów pracy może dać zaskakujące rezultaty w stylu "jeśli ograniczę te koszty i uzyskam dodatkowe dwie godziny dziennie, to mogę tyle zarobić robiąc coś innego obok domu". Kasa bedzie się zgadzać.

  • Być może Twoja wolność zamknięta jest w przedmiotach, które posiadasz?
A może kupujesz drogie, ekskluzywne rzeczy, masz kolekcję, spadek, który leży na strychu, dzieło sztuki, na którym aż tak bardzo Ci nie zależy? Czasem pozbycie się kilku przedmiotów, do których nie jesteśmy już specjalnie przywiązani sprawia, że uzyskujemy spore fundusze. Często są to przedmioty, z których wartości nie zdajemy sobie sprawy, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. Sam wielokrotnie odkopałem jakieś pudło z rzeczami sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, o których posiadanie bym się nie posądzał i sprzedałem je za solidne pieniądze. W moim przypadku najczęściej były to jakieś kolekcjonerskie cudeńka, w których posiadanie wszedłem w dzieciństwie (jak na przykład nie rozpakowane zabawki).


Co jakiś czas warto zwolnić i przemyśleć nie tylko następny krok, ale rozejrzeć się po okolicy i zastanowić w jakim punkcie właściwie się znajduje. Można dojść do zaskakujących wniosków. A z wiedzy tej nie trzeba koniecznie korzystać - jeśli zależy Ci na mieszkaniu w mieście, to się nie przeprowadzaj. Jeśli lubisz swoje auto lub szybki internet, to się go nie pozbwaj. Wiedz tylko, że obecnie pracujesz już tylko na te rzeczy i jeśli sytuacja będzie trudna do opanowania, pozbycie się ich może ją uratować.

piątek, 15 maja 2026

Nie marnuj czasu

Jeśli posługujesz się budżetem domowym, śledzisz wydatki, planujesz posiłki, by nie marnowac jedzenia i starasz się zauważyć finansowe pułapki, by nie dać się w nie złapać, to znaczy, że zależy Ci na oszczędzaniu i dbaniu o finanse. Starasz się nie dopuścić, by przez nierozważną decyzję stracić pieniądze. W tym samym jednak momencie trwonisz coś, czego także nikt nie ma w nadmiarze - marnujesz czas. A gdyby tak spróbować postąpić z czasem w sposób, jaki zwykle pozostawiamy dla finansów? Gdybyśmy postanowili nie trwonic go na głupoty? Potraktować po gospodarsku? Używać tylko do tego, do czego warto?

Moje doświadczenie


Pierwszym momentem, kiedy ta myśl zaświtała mi w głowie był okres dalekich dojazdów do pracy. Ze względu na charakter mojego ówczesnego zajęcia, okresowo zmieniałem lokalizacje, w których pracowałem na etacie. Niektóe były blisko, niektóre dalej. W pewnym momencie droga w każdą stronę przekraczała godzinę i mając dziewięciogodzinny dzień pracy, czyłem się jakbym pracował ponad jedenaście godzin. Przecież praca to sprzedawanie czasu za pieniądze, zatem jeśli dojazdy dokładają do czasu 25%, a pensja się nie zmienia, to nasza stawka godzinowa spada o 20%. To dużo!

Wyliczenie: jeśli ktoś pracuje 8 godzin za 200 PLN, to dostaje 25 PLN za godzinę. Jeśli zaś czas zwiększymy do 10 godzin, to zostaje tylko 20 PLN za godzinę, czyli o 20% mniej.

Wiem oczywiście, że pracodawca dostaje od pracownika tylko ten czas, który pracownik spędza na wykonywaniu obowiązków, a dojazdy ich nie stanowią, ale dla mnie jako pracownika wymieniającego czas na pieniądze właśnie tak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że muszę potraktować dojazdy jako czas mój, a nie zmarnowany. Czytałem książki i słuchałem muzyki. Dwie godziny dziennie (o ile miałem w autobusie miejsce, które na to pozwalało). I uważam, że lepiej jechać autobusem przez godzinę czytając książkę niż samochodem przez czterdzieści minut (chyba, że ktoś naprawdę lubi prowadzić i to był jego czas). A każdemu, komu przeszkadza marnotrawstwo, radzę zastanowić się, czy nie da rady zmienić pracę na taką, która będzie wymagała mniej dojazdów.

Po pewnym czasie, po kolejnej zmianie miejsca wykonywania obowiązków, mogłem dojechać do domu autobusem w 20 minut, albo przejść się, co zajmowało około 45 minut. Jeśli była ładna pogoda, zawsze wybierałem tę drugą opcję, bo po opuszczeniu biura natychmiast czułem się jak "po pracy". Odzyskiwałem swój czas.

Moje przekonanie


Uważam, że jest wiele osób, które chciały by więcej czytać, ale myślą, że nie mają czasu, podczas gdy spędzają czas na obserwowaniu znajomych na portalach społecznościowych, prowadzeniu niepotrzebnych dyskusji w internecie lub niekończącym się przeglądaniu rolek. To jak wyrzucanie czasu do śmieci (wierzę, że nie ma osób, które szczerze to lubią w takim wymiarze czasowym), a czasu mamy ograniczoną ilość i trudno jest ten zasób powiększyć (wymagałoby to wydłużenia doby lub długości życia). Jeśli właściwie zarządzamy czasem, z jednej strony jesteśmy bardziej efektywni, a z drugiej mamy więcej czasu na rzeczy, które naprawdę lubimy.

Rzecz w tym, że ta efektywność wielu osobom po prostu się nie opłaca. Jesli jesteśmy niezauważalnym trybikiem w naszej firmie, większa efektywność oznacza jedynie, że zrobimy więcej w tym samym lub krótszym czasie (albo będziemy się nudzić, albo dostaniemy więcej obowiązków), co nie musi przełożyć się na awans, podwyżkę czy premię. Wiele osób wybiera więc obijanie się w pracy, a następnie to samo postępowanie przenosi na czas po pracy - rezygnują z hobby, bo jest ono czasochłonne, nie czytają, nie cieszy ich czas spędzony z dziećmi. Przeczekują życie od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.

Moja rada


Potraktuj czas jak pieniądze! To moja rada. Staraj się go nie marnować. Wykorzystaj do cna. Każdą minutę obejrzyj i sprawdź, czy na pewno chcesz ją wydać w ten włąśnie sposób. Myśl o tym, jak oszczędzić czas, jak szybciej "odbębić" rzeczy, które mają być zrobione, jak wykorzystać pozostały czas na zarobienie pieniędzy, odpoczynek, uprawianie hobby lub inne przyjemności.

Jednocześnie nie myśl o tym, że musisz być w 100% gotowy, żeby zacząć coś robić. Zacznij już dziś, a dopiero później dowiedz się czego potrzeba, by kontynuować. Dokup niezbędny sprzęt i akcesoria, keidy będziesz już robić to, co chcesz robić. To najlepszy sposób na walkę z prokrastynacją. Jeśli po to, by iść na siłownię potrzebujesz specjalistycznych rękawicze, które kurier dostarczy dopiero za trzy dni, nie przejmuj się tym. Idź na siłownię dziś i zrób świczenia na nogi. Weź stare rękawiczki, jeśli musisz je mieć i zacznij dzisiaj. W ten sposób nie stracisz dnia, a kiedy przyjdzie przesyłka po prostu ulepszysz coś, co już robisz, zamiast zastanawiać się czego Ci teraz brakuje.

piątek, 1 maja 2026

Jak ważny jest cel

Zawsze wierzyłem w celowość swoich działań. W intencyjność. W dążenie do konkretu. W moim odczuciu jest to bardzo ważne w każdej dziedzinie życia - ta pełna świadomość otaczającego nas świata, naszego miejsca w nim, podejmowania konkretnych działań, a nie jedynie płynięcia z prądem. Tak samo, albo nawet bardziej, działa to w przypadku oszczędzania, inwestowania, dążenia do finansowej niezależności. Panowanie nad finansami zaczyna się od konkretu! Od wiedzy na temat środków, zysków, kosztów i potrzeb.

Wizualizowanie sobie celu, a następnie dążenie do niego, pomaga uniknąć ślepych uliczek (dosłownie). W moim przypadku oznacza to nie rozmienianie się na drobne. I jest to błąd, który robię wielokrotnie. Ale staram się nad sobą pracować i już widać efekty. Zacznę więc od swojego przykładu.

Moje aukcje - moje błędy


Sprzedaję sporo rzeczy na allegro. To nie jest "biznes", po prostu zorientowałem się, że mam w szafach i schowku całe góry niepotrzebnych rzeczy, a że kiedyś byłem kolekcjonerem, to część z nich przedstawia jakąś tam wartość, albo może być użyteczne dla kogoś (lub stać się częścią jego kolekcji). A zatem to, czego już nie potrzebuję, próbuję sprzedać. Rzecz w tym, że sprzedawanie rzeczy zabiera sporo czasu - najpierw stworzenie zdjęć i opisów, następnie znalezienie rozsądnego miejsca na przechowywanie, a gdy już coś się sprzeda, to na pakowanie i wysyłkę. I przy wielu przedmiotach się to opłaca! Natomiast mam cała górę gratów, które w zasadzie powinienem wyrzucić, bo ich ceny to dosłownie parę złotych. Niestety - zmarnowałem czas na robienie zdjęć, opisów i wystawianie ich i teraz zwyczajnie nie opłaca mi się ich wywalać - czekają aż ktoś je kupi. W czasie, który straciłem mógłbym robić coś innego - pomysłów mam sporo, co przyniosło by mi lepszy zysk. Albo dało jakąś satysfakcję. Czas, który straciłem na wystawienie dziesiątek aukcji, które zarobią może 200 złotych mógłbym wykorzystać śmiało na lekturę, nadrobienie paru sezonów jakiegoś serialu lub jakiekolwiek przyjemniejsze zajęcie. Ale zrozumiałem to po fakcie.


Teraz wiem, że celem sprzedaży rzeczy na portalu aukcyjnym jest wyłącznie zarobek (czasem chciałem, by coś trafiło w dobre ręce, ale pewności i tak nie mam), więc zamierzam wystawiać wyłącznie ogłoszenia, które faktycznie są tego warte i odpuścić sobie resztę, a zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczyć na jakieś przyjemniejsze zajęcie. I to własnie chcę dzisiaj przekazać - nie chodzi o to, by robić cokolwiek, ale by działać z celem, rozumiejąc ten cel i dążąc do niego.

Projekt zamiast Marzenia


Realizowanie celu na zasadzie "im szybciej tym lepiej" ma wiele sensu, jeśli chodzi o finanse. Przypuśćmy, że mamy projekt, który pozwoli nam na dodatkowe źródło dochodu, ale musimy zgromadzić kapitał. Zgodnie z zasadą "im szybciej tym lepiej", powinniśmy zacisnąć pasa, odżywiać się resztkami, niczego nie marnować, jak najmniej kupować - wszystko po to by jak najszybciej zrealizować cel! Bez usprawiedliwiania się, że "przecież trzeba jeść" - można jeść zadziwiająco mało i przeżyć za przysłowiowe pięć złotych dziennie, ale taką determinację możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy faktycznie znamy swój cel i dążymy do niego!

To wcale nie musi być tak drastyczne, jak poprzedni przykład. Wystarczy po prostu rozumieć kurs na którym się znalazło i korygować go tak, by realizować to, w co się wierzy. Jeśli wiemy, że nie wyjeżdżanie na wakacje przez trzy następne lata pozwoli nam odłożyć pieniądze na zakup kampera, a marzymy o wczasach w domu na kółkach i będziemy mogli to marzenie realizować rok po roku, to dużo łatwiej nam powstrzymać się od wydawania. Chodzi jednak o to, by marzenia urzeczywistniać zanim staną się rzeczywistością - niech najpierw staną się PLANEM. Dokonajmy obliczeń. Sprawdźmy, czy w teorii wszystko się zgadza. Zaplanujmy etapy, które musimy zrealizować. Spisujmy postępy i dążmy do konkretu, zamiast gonić za marzeniem, że "kiedyś się uda". Zamieńmy chęci w projekt, nad którym już dzisiaj zaczniemy pracować. Jeśli to Was zpierwszy raz, to zdziwicie się ile można osiągnąć zanim faktycznie odłoży się pierwszą złotówkę.

piątek, 24 kwietnia 2026

Niech Twój indywidualizm działa dla Ciebie

Każdy z nas jest w innej sytuacji, ma inne cele i indywidualne predyspozycje. Głupotą byłoby przypuszczać, że wszystkie plany podziałają dla każdego tak samo, czy nawet że dana porada sprawdzi się w każdym indywidualnym przypadku. Dlatego właśnie dobrze troszeczkę poznać samego siebie, by lepiej wykorzystać swoje atuty i znaleźć remedium na swoje słabe strony. Wtedy można ułożyć strategię, która idealnie dopasuje się do naszej osobowości, charakteru i umiejętności, a także, co równie ważne, naszych indywidualnych oczekiwań.

Tydzień temu pisałem o tym, by poznać swoje wydatki i dzisiaj podtrzymuję tę tendencję. Warto jednak, poza wydatkami, znać także dochody i umieć się do nich odnieść. Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak bardzo podstawową kwestią jest w tym przypadku wiedza o dochodach i rozchodach. Ma ona niebagatelne znaczenie przy określaniu co dla kogo jest okazją.

Na przykład szukając okazji do dodatkowego zarobku można napotkać ofertę, która pozwoli zarobić w rok tyle, ile normalnie zarabia się w pięć lat. Dla tej oferty opłaca się zrobić sobie przerwę w pracy, wziąć bezpłatny urlop. Jeśli jednak zarabiamy trzy razy tyle, oferta, która pozwoli nam zarobić dodatkowe 2/3 tej kwoty nie wyda się już tak atrakcyjna, gdyż w przypadku utraty podstawowej pracy okaże się, że w dłuższej perspektywie gra nie była warta ryzyka.

Dochody są jednak tylko jedną z szeregu indywidualnych cech, które mogą wpływać na to, co zadziała w naszym, konkretnym przypadku. Dlatego właśnie, kiedy słuchamy porad, albo czytamy o nich na interesującym blogu, powinniśmy rozważyć czy mają szansę zadziałać u nas lib sprawdzić to, zanim postawimy wszystko na tę jedną kartę.

W świetle powyższego, poznanie sposobów, które działają u innych jest dobre, natomiast ślepe ich stosowanie nie jest. Nie warto podążać za tłumem już choćby dlatego, że naszym celem nie jest równanie do tłumu, ale wyprzedzenie go. To oznacza, że musimy stosować indywidualne rozwiązania, nie licząc się z opinią innych (chociaż mając ją na uwadze), a kiedy znajdziemy sposób, który działa u nas, po prostu stosować go bez względu na to, czy ktoś inny go popiera, czy nie. Tłum jest zachowawczy, a inwestowanie i poszukiwanie finansowej niezależności wymaga ryzyka (przy którym każdy indywidualnie ma akceptowalny, komfortowy poziom). Nie bójmy się więc działać inaczej i przecierać nowe szlaki. Nie bójmy się ubierać inaczej, nie starając się imponować na zewnątrz, ale realizować swój plan nosząc tanie, nieznane marki zamiast logo wielkich korporacji. Nie bójmy się inaczej jeść, kupować produktów marek ogólnych, bezimiennych, inaczej podróżować, inaczej spędzać czas - jeśli tylko zauważyliśmy, że dla nas to działa. A jeśli ktoś ma na ten temat inne zdanie - uszanujmy je i nie narzucajmy się ze swoim. Jak to śpiewał Ś.P. pan Wojciech Młynarski - "Róbmy swoje".

piątek, 17 kwietnia 2026

Poznaj swój "plan minimum"

Jeśli poważnie traktujesz finanse i chcesz panować nad swoim budżetem, jest jedna, podstawowa i pierwsza rzecz, którą musisz zrobić. Bez tego jednego kroku, poznania tej jednej, tajemniczej liczby, całe dalsze obcowanie z finansami nie ma sensu. Bez tej wiedzy to jak wróżenie z fusów. Dlatego właśnie na samym początku swojej finansowej przygody (lub, jeśli nigdy tego nie zrobiłeś), policz tę jedną rzecz - swój "plan minimum". Jest to absolutnie minimalna kwota, która jest Ci niezbędna, by żyć na obecnym (w pewnym sensie) poziomie. Oczywiście ta kwota będzie się zmieniała w czasie, ale kiedy raz się ją policzy, później będzie o wiele łatwiej się do niej odnieść.

Jak obliczyć swój "plan minimum"


Obliczenie nie jest takie trudne, jak się wydaje, ale nie jest także wcale proste. Pierwsze, co trzeba zrobić, to policzyć swoje stałe wydatki, zaczynając od rachunków za życie do zapłacenia (prąd, woda, mieszkanie), oraz rachunków, które także uważamy za niezbędne (abonamenty za telefon, internet). Teraz dodajemy wydatki na usługi (w tym także abonamenty za platformy streamingowe) oraz jedzenie. Ważne, byśmy także uwzględnili tak zwany "fundusz awaryjny", czyli pieniądze, które będziemy musieli wydać na przykład u dentysty.

Kiedy już mamy tę kwotę (zapiszmy ją gdzieś), powinniśmy odjąć wszystko to, bez czego możemy się obejść. To, z czego możemy zrezygnować, jeśli sytuacja nas do tego zmusi (albo to, z czego gotowi jesteśmy zrezygnować, jeśli pozwoli nam to osiągnąć inne korzyści, o których za chwilę).

Otrzymana kwota to nasz "plan minimum". Poprzednia (większa) kwota, to "plan realizowany" obecnie. Różnica między nimi to kwota, która wydajemy dobrowolnie na wszystkie dodatki do życia.

Korzyść krótkoterminowa


Kiedy zorientujemy się ile wynosi "plan minimum" a ile wydajemy dokładajac do tego co niezbędne, być może uruchomi się w nas mechanizm, który zdopinguje nas do oszczędzania. Może coś nie jest już warte tej kwoty. Może zmniejszenie jej pozwoli zgromadzić środki, albo załata dziurę w comiesięcznym budżecie. Może okaże się, że rezygnując z jednej czy drugiej usługi stać nas będzie na coś, o czym myśleliśmy, że jest poza naszym zasięgiem.

Korzyść długoterminowa


Warto zdać sobie teraz sprawę, że jeśli znajdziemy źródło pasywnego dochodu (lub po części pasywnego), które zaspokoi nasz "plan minimum", to możemy... przestać pracować. Osiągnięcie przychodu rzędu tej kwoty oznacza dla nas finansowa niezależność! To jest właśnie minimum, o które możemy walczyć.

A jeśli nie dochód pasywny, to może zmotywuje nas to do zmiany pracy na coś bliżej domu, albo w lepszych godzinach czy w przyjemniejszym środowisku. Jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę po zmniejszeniu pensji, to mamy jasną odpowiedź. Kosztem może być pozbycie się jakiegoś abonamentu, ale teraz możemy rozważyć, czy warto.

Od razu powiem, że ja i moi najbliżsi byli w tej sytuacji wielokrotnie - zmiana miejsca pracy z uwagi na krótsze dojazdy, bliżej domu, w lepszym towarzystwie itp. powtarzały się wielokrotnie. Wiedza o tym ile wynosi "plan minimum" oraz ile wynosi "plan realizowany" były w tych momentach nieodzowne.

Korzyść codzienna


Wiedza na temat budżetu domowego powinna zacząć się od określenia kwoty, jaką musimy wydać oraz tej, którą faktycznie wydajemy. Planując budżet musimy wiedzieć którą jego częścią możemy sterować. Oczywiście zaoszczędzić można także na tych "niezmiennych częściach", ale wymaga to bardziej zdecydowanych posunięć (jak na przykład przeprowadzki). Jeśli jednak nie wiemy które z naszych wydatków są nie do ruszenia i nigdy nie zastanawialiśmy się z czego możemy zrezygnować, to o domowym budżecie wiemy niewiele. Polecam zastosować eksperyment z policzeniem swojego "planu minimum" choćby po to, by dowiedzieć się ile potrzebujemy do życia, by zyskać pojęcie o tym, na jakie posunięcia zawodowe jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

A jeżeli nie wiesz ile tak naprawdę potrzebujesz, to zawsze będziesz gonić za "więcej", nawet jeśli możesz już się zrelaksować. Oczywiście czasem warto mieć nadwyżkę i ją zainwestować, ale jeśli żyjesz na poziomie, który Ci odpowiada i brakuje Ci tylko czasu, zorientowanie się, że już wystarczy funduszy na dotychczasowe życie pozwoli Ci zartoszczyć się o znalezienie większej ilości czasu. 

piątek, 3 kwietnia 2026

Kłamstwa, które przeszkadzają Ci być bogatym

Istnieje w naszej rzeczywistości szereg kłamstw, często nazywanych marketingiem, które ustawicznie drenują kieszenie zwykłych, nieświadomych obywateli. Niestety, świadomi ich ludzie często także są przez nie okradani, gdyż część z nich stało się już zwyczajem, którego nie można zmienić, a część stanowi nawet własne prawa. Dzisiaj spróbuję nazwać niektóre z nich po imieniu. Na większość nie mam rady i obawiam się, że także jej nie znajdziecie, ale wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Jesli jednak macie sposoby na radzenie sobie z nimi, dajcie proszę znać w komentarzach.

Emancypacja


Tytuł budzący kontrowersje, ale spokojnie - chodzi mi tutaj jedynie o pewien wybrany aspekt sprawy, a mianowicie namawianie kobiet na konieczność pójścia do pracy czy robienia kariery. Samo w sobie danie komukolwiek takiej możliwości, jeśli wcześniej jej nie miał nie jest złe, ale osobiście ruch ten uważam za jedno z największych kłamstw marketingowych, które obecnie zbiera żniwo.

Przed emancypacją pracujący mężczyzna był w stanie utrzymać dom i rodzinę - żonę, dzieci (często więcej niż jedno). Zapewniał byt, jedzenie, ubranie, schronienie, a zostawało jeszcze na przyjemności i wakacje. Po "uświadomieniu" kobietom, że tez mogą iść do pracy, doszło do tego, że jedna osoba w rodzinie ma trudność z utrzymaniem jej. Płace można było niepostrzeżenie obniżyć, by dwoje ludzi zarabiało na to, na co wcześniej zdołała zarobić jedna. A kiedy brak pieniędzy odzywają się głosy "no tak, twoja żona nie pracuje to nie dziwne, że wam brakuje".

Taniocha


Uwazasz, że porządne meble są bardzo drogie, ubrania szyte na miarę to zbytek a co ładniejsze przedmioty codziennego użytku są niewspółmiernie drogie? Cóż - nic dziwnego! Kiedyś to były normalne ceny. Co więcej - pensje odpowiadały tym cenom (w pewnym sensie). A później przyszły tanie, papierowe meble za ćwierć ceny, tanie chińskie ciuchy niskiej jakości i wszystko można było odlać z plastiku i zastąpić wyroby rzemieślnicze. Zachłysnęliśmy się tymi produktami, a ich ceny wdarły się do naszej świadomości. A ludzie, od których otrzymujemy wypłatę zauważyli swoją szansę - przecież nie musi Cię być stać na komodę czy kredens z kazdej wypłaty. Przecież nie ma nic złego w odkładaniu na zakup nowego łóżka. Nagle pensje zaczęły odnosić się do tych "tańszych zamienników" - kiedyś nie było Cię stać na regał i musiałeś odkładać przez trzy miesiące, a teraz proszę - regał kupisz od ręki, za jedną wypłatę. Z tym, że nikt nie mówi, że jest to ten sam regał. Teraz kupisz gorszą, dziesięć razy tańszą wersję, a to, co kiedyś nazywałeś zwykłym meblem to dzisiaj produkt premium.

Eko, Bio...


Czemu kiedy chcę kupić gruszkę, mamiony jestem ofertami gruszek "Bio"? Kiedy te zwykłe gruszki z drzewa przestały być ekologiczne? Czy teraz są niezdrowe? To może niech te "Bio" nazywają się zwykłymi, a na tych zwyczajnych dopiszcie, że to produkt szkodliwy, drugiej jakości? Jak wyprodukować gruszkę "lepszą niż zwykła", by brać za nią dodatkowe pieniądze? Ja chcę, by owoce i warzywa domyślnie były "Eko" - to produkty nieprzetworzone, wolne od konserwantów i barwników, prawda? A jednak cena tego nie odzwierciedla. A jeżeli to produkty "Eko" są takie jak kiedyś, to może niech mają one "normalne" ceny, a te zwykłe, drugiego sortu niech będą dostępne za grosze?

Oczywiście to kolejny wymysł marketingu - za to, co kiedyś było normalne teraz płacimy ekstra, bo teraz jest to produkt premium. Wiecie jakie wędliny sa najdroższe? Ironicznie te z dopiskiem "jak dawniej"... 


Przykładów jest wiele - cała współczesna "ekologia" (zwrot butelek to jeden ze świeższych przykładów robienia biznesu), zaniżenie wartości edukacji (o wiele bardziej opłaca się być hydraulikiem z praktyką niż magistrem, nawet jeśli jest się specjalistą w swojej dziedzinie - "danie" wykształcenia każdemu tworzy patologię, w której nikt już nie wie kto jest kto, a papier jest tylko papierem), wprowadzanie nieżyciowych przepisów (choćby w budownictwie, ale i w przepisach drogowych) i tendencyjnych norm (pasujących nielicznym) oraz prawodawstwo najeżone wyjątkami od wyjątków. Służba zdrowia, w której płąci się za możliwość zrobienia badań, dzięki którym lekarz zaproponuje leczenie, ale zażąda podpisu, że my takiego własnie leczenia chcemy i bierzemy pełną za nie odpowiedzialność. Mechanicy, którzy nie chcą podejmowac się trudnych napraw, bo lepiej zarabiają na szybkich poprawkach dla ludzi, którzy nie mają faktycznego problemu, ale można im policzyć zaporową stawkę za pięć minut roboty...

Mówiło się kiedyś, że Polacy to naród kombinatorów, którzy poradzili sobie w ciężkich czasach. A ja Wam mówię, że ciężkie czasy nadal trwają, a kombinowania już nawet nie zauważamy - teraz stało się to normą.

piątek, 6 marca 2026

Cała prawda o Edukacji

Z uwagi na swój wiek i doświadczenie, zdecydowałem się dzisiaj skierować swoje słowa do młodych, do których jednak prawdopodobnie one nie dotrą (bo nie czytają blogów). Być może jednak ci, którzy czytają, podzielą się tym tematem i swoim doświadczeniem w tej dziedzinie z młodymi w ich otoczeniu, którzy być może chcą ich słuchać. Chodzi mi o edukację i jej korelację z rynkiem pracy, oraz płacą. To nie jest tak, jak mnie mówiono, więc zapewne nie jest też tak, jak mówią Wam. Obiecuję także zwrot akcji, który być może sprawi, że tego tekstu nie skwitujecie jedynie stwierdzeniem "przecież wiadomo, że tak jest". Być może uznacie, że jest tu coś więcej.

Na początek śmiało napiszę tutaj niepopularną opinię o tym, że przedstawiciele wielu zawodów (głównie pracownicy biurowi, korporacyjni i urzędnicy, ale nie wyłącznie), nawet pracując na danym stanowisku przez lata, nie bardzo wiedzą co robią. Nie potrafią ocenić, czy ich praca jest ważna, trudna i unikalna. Większość myśli, że ma doświadczenie, a to jedynie przepracowane lata. Nowy pracownik, jeśli jest zdolny, może się nauczyć wykonywania tych obowiązków w kilka tygodni, maksymalnie w parę miesięcy. To smutna konkluzja, ale tak jest w bardzo wielu przypadkach - jedynie specjaliści się bronią. Bardzo często także ich przełożeni, aż do pewnego poziomu, także nie wiedzą co robią. Dostają polecenia z góry i pilnują wykonywania tego polecenia. Uczestniczą w procesie, o którym nie mają pojęcia. Realizują fragment większej całości, albo prowadzą marginalną obsługę dokumentacji, wprowadzają dane lub obsługują klienta przekazując mu usługi, produkty i informacje, przygotowane przez kogoś innego. I nic w tym złego!

Rzecz w tym, że większość pracy wykonywanej w ten sposób wpływa na ekonomię i ergonomię przedsiębiorstwa. Po prostu potrzeba dużo takich właśnie osób do obsługi tych kilku jednostek, które faktycznie wiedzą co robią i na których oparte jest działanie całej firmy. O wiele wydajniej jest nauczyć pracownika niższego szczebla wykonywania kilku prostych obowiązków niż wtajemniczać go w powody, dla których musi to robić i tłumaczyć działanie całego mechanizmu, zamiast opisać jedynie funkcję jednego trybiku.

To jednak sprawia, że pracując na tego typu stanowisku:
  • nie nabywasz (prawie) żadnych nowych umiejętności, nie rozwijasz się,
  • zapominasz te rzeczy, na których nauczeniu się spędziłeś czas w szkołach, często bardzo dobrych,
  • nie będziesz wiele zarabiać, bo łatwo Cię zastąpić (chociaż myślisz inaczej),
  • masz niewielkie szanse awansu i prawie zerowe szanse awansu na stanowisko dobrze płatne i wychodzące poza schemat,
  • nie wykorzystujesz potencjału i nie masz szans wykazania się (a co za tym idzie - patrz punkt powyżej),
  • nie czerpiesz satysfakcji, wypalasz się, tracisz entuzjazm (ten, który pojawiał się, kiedy na studiach zainteresował Cię jakiś temat), 
Wniosek - do takich prac potrzebny jest często papierek, który potwierdza "wykształcenie", a nie prawdziwa wiedza. Idąc w tym kierunku musisz mieć tego świadomość (albo jedynie "złapać" staż i lata doświadczenia zanim będą Cię mogli zatrudnić tam, gdzie naprawdę chcesz pracować). Jeśli planujesz spokojnie pracować za tę pensję, nie mieć stresów i wysiłku - to jest droga na lata.

Jeżeli planujesz coś więcej (i nie ma nic złego w tym, że nie planujesz!), to już na etapie szkoły musisz zmienić swoje podejście. Tutaj musi Ci nie zależeć na papierku, ale na wiedzy. Właśnie dlatego MUSISZ wykorzystać cały dostępny czas. Kiedy jesteś w szkole, w klasie czy na studiach, nie olewasz. Słuchasz tego, czego uczą, doczytujesz samemu, robisz zadania i naukę danego tematu uznajesz za skończoną, gdy w pełni go rozumiesz.

Skoro spędzasz w szkole te 8 godzin, to nie marnuj ich na grzebanie w telefonie. To czas przeznaczony na naukę i żeby nie był stracony, ucz się wykorzystując go w stu procentach. I tak siedzisz w szkole (na uczelni), więc co Ci szkodzi? Czy więcej przyjdzie Ci z grania w głupią grę na telefonie? Prawdopodobnie nie. Każda rzecz dodatkowa, której się nauczysz sprawi, że wyprzedzisz kolegę z ławki obok. Więc skoro "tracisz" w szkole 8 godzin każdego dnia - czy coś robisz, czy nie, lepiej coś robić. Powtórzę - to te same osiem godzin, czy coś robisz czy nie!

Dodatkowym bonusem takiego postępowania będzie wykształcenie w sobie nawyku wykorzystywania dostępnego czasu oraz łatwość wyrobienia sobie opinii pracowitego. Kiedy pójdziesz do pierwszej (drugiej i kolejnej) pracy, nie odpuszczaj - jeśli pracujesz osiem godzin, to pracuj i nie olewaj. I tak jesteś "uwięziony" przez osiem godzin - pracowanie w tym czasie Ci nie zaszkodzi. Może to da Ci awans, a może nie, ale z pewnością sobie nie zaszkodzisz. Ja bywałem niemiło zaskoczony tym, jak niewiele pracy wykonują moi współpracownicy dysponując tym samym czasem pracy, póki nie zrozumiałem, że im po prostu jest dobrze tu, gdzie są i zależy im tylko na tym, żeby "spędzić" kolejny dzień, który przybliży ich do wypłaty.

Na koniec smutna prawda - dyplom to tylko papierek. W obecnych czasach ma je prawie każdy. Sam dyplom nie sprawi, że będziesz więcej zarabiać - w najlepszym razie pozwoli Ci zarobić podobną kwotę za nieco lżejszą pracę. Ale nie będzie to szczególnie wysoka stawka, bo tę zarobisz tylko dzięki temu, że robisz więcej i lepiej niż inni. Aby to osiągnąć musisz więcej wiedzieć, więcej umieć i być bardziej pracowity. Musisz tworzyć własną jakość, zamiast jedynie wypełniać etat. To więcej niż wykonalne, ale nie wymaga studiów, a ciężkiej pracy. To nie jest tak, że kończysz studia, a reszta dzieje się sama. Lepiej być dobrym mechanikiem czy hydraulikiem bez studiach niż znudzonym przekładaczem papierków w jakimś biurze z dyplomem oprawionym w ramkę.

Nie można utyskiwać na to, że pracownik bez studiów zarabia więcej. Dyplom nie jest gwarantem zarobków - studia to szansa na nauczenie się więcej niż umie przeciętny hydraulik. Jeśli potraktowałeś studia jako sposób na zdobycie papierka, to właśnie tyle z tego masz - znajdziesz pracę, w której nie będziesz musiał przepychać kibla, ale człowiek, który potrafi to zrobić, ma doświadczenie i jest na tyle pracowity, by je wykorzystać, zarobi więcej niż Ty za biurkiem. Bo ludzie płacą za faktycznie wykonane zadania, a nie za to, że kiedyś odbębniłeś kilka dodatkowych lat w szkole i masz potwierdzenie tego faktu oprawione w ramkę.

Uczyć się samemu jest trudniej niż iść do szkoły, gdzie ktoś opowie Ci wszystko niemal bez Twojego udziału. Rzecz jednak w tym, że osoba, która uczy się samemu wykazuje się determinacją i z pewnością nie zmarnuje czasu, spędzonego nad książkami. Ona nie chce zaliczyć egzaminu, tylko posiąść wiedzę. Gdyby więcej osób z taka determinacją chodziło do szkół, a osoby, które chcą tylko dostać papier zwolniły dla nich miejsca na uczelniach i siedziały w domu przed konsolą, mielibyśmy prawdziwszy obraz świata. Edukacja to szansa, a nie wartość sama w sobie. Wykorzystaj tę szansę zamiast utyskiwać na to, że ktoś kto faktycznie się postarał zarabia lepiej niż Ty - z dyplomem ukończenia studiów wyższych.

piątek, 23 stycznia 2026

Przyzwyczajenia zdrożały

Oczywiście wiemy, że wszystko drożeje - każdy o tym mówi. Niestety nie kazdy wyciąga wnioski,  a w konsekwencji, nie robiąc użytku z tej wiedzy, traci. Zaskoczeniem jest stan konta, a przecież od początku wiadomo było, że wszystko drożeje. Rzecz w tym, że niektóre rzeczy drożeją ponad swoją wartość i czasem trzeba dokonać wyboru i zarządzić zmiany. Oto najważniejsza lekcja do wyciągnięcia z wiedzy, że wszystko drożeje.

To co się opłacało, już się nie opłaca.


Tutaj nie chodzi o to, że coś podrożało bardziej niż inne rzeczy. Nie chodzi też o to, że przez wzrost cen na coś nas już nie stać. Chodzi o subiektywne odczucie, że za tę kwotę już nie chcemy danej usługi czy produktu. Że oferowana jakość nie jest warta nowej ceny. Że coś, na co wydawaliśmy, bo było wygodne i w miarę tanie, teraz, w nowej cenie, nie wydaje się już tak wygodne.

Przykład: 
Kupowałem miętowe wykałaczki tylko dlatego, że różnica w cenie była niemal niezauważalna. Teraz jednak wyraźnie ją widzę, więc kupuję wykałaczki zwykłe.
Płaciłem za mycie okien, bo cena była przystępna. Teraz już jej tak nie widzę i wolę to zrobić samemu, kosztem czasu wolnego.
Lubię tę knajpkę, ale kawa w tej cenie to już przesada - moja kawa w domu prawie nie podrożała i jest teraz dwadzieścia razy tańsza niż tutaj.

Sukcesem jest zdanie sobie sprawy z tych zmian i podwyżek i zareagowanie. Niestety, jako niewolnicy nawyków, nadal idąc do marketu wrzucamy te same produkty, bo przywykliśmy to robić, tylko że teraz nie są one już warte swojej ceny. Zwykła paczka chipsów za ponad dychę? "zdrowe" pieczywo to jakiś dramat cenowy. A bakalie i orzechy w ramach "zdrowszej" przekąski? Już nie ma tańszego odpowiednika - teraz wszystkie sa drogie, a markowe mają już cenę "premium". Rzecz w tym, że lepiej się bez nich obejść, a w ramach przekąski zrobić sobie popcorn albo pochrupać marchewkę.

Wygoda bardzo podrożała - restauracje typu fast food oznaczały zawsze tanie, szybkie i niezbyt zdrowe żarcie. Obecnie ceny są bliższe restauracyjnym, szybkość nie jest już taka szybka jak kiedyś... za to pozostały tak samo niezdrowe. Pójście na burgera brzmi teraz niemal ekskluzywnie. Podobna rzecz stała się z kawą na wynos. Nie mówię o kawiarni, gdzie można usiąść z filiżanką, ale o zwykłej kawie w papierowym kubku - dlaczego ma teraz cenę luksusu? Przecież to nie jest wyjątkowe ziarno, które należy celebrować, a codzienna dawka kofeiny. Dania gotowe i mrożonki kosztują tyle, jakby zawierały produkty "bio" (swoją drogą co tak niezdrowego jest w zwykłych produktach, że za te "bio", "eko" trzeba zapłacić potrójną cenę?), a nie jak gotowa pasza z fabryki, przeznaczona dla tych, którzy nie mają czasy gotować i starcza im go tylko, by nacisnąć przycisk na mikrofalówce.

Co się stało z biletami? Zarówno tymi na przejazdy (bilety kolejowe to jakiś żart, transport publiczny także powinien być przyjazny użytkownikowi i zachęcać - przecież nie jest utrzymywany ze sprzedaży biletów, może by tak obniżka, przynajmniej w miejscu zameldowania / płacenia podatków?) jak i na wydarzenia sportowe i kulturalno - rozrywkowe. Teraz już nie ma "wyskoczenia na coś do kina" albo "pójścia na koncert, bo może będzie fajnie" - teraz to planowana wyprawa. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do innego trybu i jak zawsze po prostu płaci kartą, na koniec miesiąca bardzo się zdziwi.

Cena nie współgra z jakością


Żeby jeszcze za ceną szła jakość. Żeby kupując drogie (trzykrotnie droższe) buty można było liczyć, że posłużą dłużej... ale nie. Do gwarancji jakoś to będzie (tak samo w przypadku tanich butów), ale później na dwoje babka wróżyła. Markowe ciuchy różnią się obecnie jedynie logotypem, bo jakość mają dokładnie taką samą, jak nieoryginalne zamienniki. Płacisz więc tylko za markę, bez idącej za tą marką jakości. Czas zrezygnować ze zbędnych zakupów i skoro nie ma różnicy, to nie przepłacać.

Ja zrezygnowałem z wielu rzeczy, nie dlatego, że mnie nie stać, tylko dlatego, że przestały mi się wydawać atrakcyjne i... nie jest tak źle. To były dodatki, bez których łatwo mi się obejść. Po podwyżkach płacę mniej za zakupy, bo o wiele mniej kupuję. Mam się na baczności, zmieniłem przyzwyczajenia zakupowe, zmieniłem marki części kupowanych produktów (jeśli tańszy odpowiednik mi nie odpowiadał, poszukałem czegoś innego) i nie jest źle. Oczywiście odczuwam podwyżki, ale raczej w kwestii "wiele rzeczy nie jest już warte swojej ceny" niż "nie stać mnie". Dlatego właśnie zachęcam do świadomego podejścia do życia, chwili zastanowienia zamiast rutyny i powtórnej analizy co jakiś czas, by zweryfikować, czy od podjęcia poprzednich decyzji nie nastąpiły jakieś zmiany.

piątek, 19 grudnia 2025

Rozwiązanie "Pułapki Czasu"

Wyrzucenie z siebie problemu tydzień temu sprawiło, że łatwiej było mi ogarnąć głową to co się dzieje, a co za tym idzie, znaleźć rozwiązanie. Ok, trochę oszukane rozwiązanie, ale powinno zadziałać.

Otóż do swojej listy zadań pododawałem podpunkty, które wymuszą na mnie znalezienie czasu "wolnego", takie jak "obejrzeć odcinek serialu" albo "przeczytać 100 stron książki". W ten sposób będę musiał znaleźć na te czynności godzinę czasu każdego dnia (albo trochę więcej - aż tak szybko nie czytam). Rzecz w tym, że jest to rozwiązanie tymczasowe, które pozwoli mi, mam nadzieję, zmienić podejście do gospodarowania czasem.

A tymczasem minęła połowa grudnia, za pasem Święta Bożego Narodzenia, pozwolę więc sobie złożyć Wam, moi drodzy czytelnicy serdeczne życzenia świąteczne. Wszystkiego Dobrego!

piątek, 12 grudnia 2025

Pułapka czasu

Dopiero co pisałem o tym, jak to zapomniałem się w oszczędzaniu, a już muszę się przyznać, że utknąłem także w pułapce czasu. Te bardziej osobiste posty są dla mnie trudne do napisania, ale chyba mają w pewnym sensie działanie terapeutyczne. Dla mnie, prawdopodobnie nie dla Was, moi drodzy czytelnicy. Dlatego właśnie przepraszam, że ostatnio jakby ich tutaj więcej. Obiecuję poprawę... gdzieś po nowym roku. Mam nadzieję. Tymczasem jednak po cichu liczę na to, że chociaż parę osób będzie mogło utożsamić się z tym, co tu opisuję i wyciągnąć dla siebie jakąś korzyść.

Moja sytuacja wygląda tak, że mam sporo "wolnego" czasu. Piszę w cudzysłowie, gdyż czas ten jest nie tyle wolny, co niekontrolowany zewnętrznie. Mam listę rzeczy, które muszę zrobić danego dnia oraz listę innych spraw, wraz z terminami na jakie musza być zrobione. Jest jeszcze trzecia lista. Dotyczy ona wszystkiego tego, co chciałbym kiedyś zrobić, ale nie maja one szczególnego deadline. Problem w tym, że jest tego wszystkiego tak dużo, że zawsze znajdzie się coś do roboty - nawet jeśli zrobię wszystkie pilne rzeczy, to mogę sięgnąć do tych mniej pilnych i zająć się nimi. Nawet jeśli już zrobię coś wśród tych mniej pilnych, to mam możliwość zająć się jakimiś projektami, które chciałbym zrealizować "kiedyś tam" (jestem osobą, która dowozi te projekty, a nie zostawia na wieczność wśród spraw do załatwienia). I tutaj rodzi się problem.

Osoba, która ma ośmiogodzinny dzień pracy, wychodzi z biura (czy gdzie tam pracuje) i zajmuje się innymi rzeczami. Robi co musi (odbiera dziecko, robi zakupy, gotuje obiad), ale prędzej czy później przychodzi moment, kiedy wie, że wszystko jest już zrobione i może robić coś, na co ma ochotę. Ja nie mam takiego momentu. W mojej głowie zawsze jest coś do zrobienia, coś do ulepszenia, jakiś projekt do podgonienia, tekst do napisania itp. 

Uwielbiam czytać książki i paradoksalnie nie mam na to czasu. Pozwalam sobie na przyjemności dopiero wtedy, kiedy nie mam już sił na "pracowanie", a to oznacza, że często nie mam już siły na czytanie. O innych aktywnościach nie wspomnę. Czuję ciężar takiego trybu życia (piszę ten tekst po pierwszej w nocy, bo właśnie skończyłem pracę przy czymś innym i miałem poczytać, ale jeszcze mam energię, by coś napisać). Kiedy usiądę do lektury będzie druga. Jak dobrze pójdzie.

Aby zobrazować sytuację inaczej, zawsze myślę, że nadrobię. "Dzisiaj posiedzę godzinę dłużej, to jutro będę miał godzinę wolnego więcej", prawda? Otóż nie! Ja nie mam terminów, a pomysłów aż nadto. Zawsze znajdę coś do roboty i nigdy nie "nadrobię" na zapas - po prostu zrobię więcej z listy rzeczy, które fajnie będzie zrobić.

Morał z tego taki, że muszę się nauczyć odpuszczać i wymóc na sobie czas, niezbędny na odpoczynek. Nie mając stałego zajęcia w stałych godzinach, czuję czasem, jakbym nic nie robił (nie wszystkie moje projekty, nie każda praca jaką wykonuję kończy się zyskiem). A to poczucie sprawia, że mam ochotę stworzyć coś jeszcze, popracować nad kolejnym zagadnieniem, dać sobie więcej szans na zarobek, skoro robię coś dla zarobku. Zaczynam czuć brak sensu, brak gratyfikacji i poczucia, że zasłużyłem na odpoczynek, a nie odpoczywając mój stan pogarsza się... I chyba tym chciałem tutaj się podzielić.

Dzisiaj bez satysfakcjonującego zakończenia, jako że jeszcze go nie znalazłem.

piątek, 5 grudnia 2025

"Niewielka", zaskakująca podwyżka

Planowałem ostatnio wyjazd rodzinny. Budżet - około 4000 PLN wydał mi się sensowny. Oferta opiewała na 3800 PLN, a zatem mieściła się w budżecie. Pomyślałem sobie, że jest to kwota "poniżej 4000 PLN" (to istotne stwierdzenie i myślę, że wiele osób w ten sposób widzi kwoty tego typu). Podczas płacenia, okazało się jednak, że cena ta dotyczy tylko płatności kartą. Przy płatności przelewem doliczana jest opłata w wysokości 150 PLN, co daje łączną kwotę 3950 PLN. I tutaj właśnie istotne jest wspomniane wyżej stwierdzenie, gdyż nadal jest to kwota "poniżej 4000 PLN", nadal mieści się w budżecie. I już miałem zapłacić, kiedy do mojego mózgu doszło "Hej! Nie tak prędko!" i zacząłem rozważać...

Czy 150 PLN to dużo? Za wyjazd pewnie nie, ale przypominam, że to opłata za inny rodzaj płatności. 150 PLN za co? Za nic! Gdyby początkowa oferta wynosiła 3950 PLN, a podczas płacenia kartą ukazywałby się rabat na 150 PLN, uznałbym, że to uczciwe i zapłacił wymagane 3950 PLN, ale w tę stronę? Dostałem karę za płacenie, czy jak?

150 PLN to nie dużo, ale pamiętam jak miałem ochotę spróbować niebywale drogiej czekolady (nie, wcale nie "dubajskiej" czy "anielskiej" - po prostu bardzo wysokiej jakości gorzkiej czekolady), ale opakowanie kosztowało 50 PLN i pomyślałem, że 50 PLN za czekoladę to za dużo. Za kwotę dopłaty miałby trzy opakowania. Przeglądając figurki do gier bitewnych trafiłem na model, który bardzo mi się podobał, ale jego cena wynosiła 135 PLN za pojedynczą figurkę i uznałem, że za drogo. Za kwotę dopłaty mógłbym po prostu mieć tę figurkę. Kupując ostatnio whisky po 100 PLN za butelkę widziałem taką za 250 PLN, ale stwierdziłem, że to przesada. Jakbym dołożył kwotę dopłaty, mógłbym ją kupić zamiast tej, którą kupiłem. A teraz mam oddać tę kwotę, której było mi żal na rzeczy, które faktycznie mógłbym zyskać za te pieniądze. Na rzeczy, które chciałem nie wydałem tych pieniędzy i mam je oddać za nic?

Cóż - oczywiście możecie stwierdzić, że jestem skąpy. Możecie uznać, że to normalna cena. Dla mnie nie jest normalna, a skąpy - może jestem, jeśli to oznacza nie wydawanie pieniędzy na rzeczy, bez których mogę się obejść albo na coś, co jest zupełnie nieuzasadnione. Opłata za to, że płacę jest moim zdaniem nieuzasadniona. Spotykacie się z takimi niespodziewanymi dopłatami "za nic"? Jak sobie z tym radzicie? Płacicie, czy kombinujecie? Macie jakieś sposoby? Czy jednak trzeba płacić kartą?

piątek, 26 września 2025

Czas to pieniądz

To, że "czas to pieniądz" to nie tylko to, że tak się mówi. To fakt. Musimy tylko ustalić korelację pomiędzy czasem a pieniądzem i pamiętać, że zależność ta działa w obie strony. Na tym mechanizmie opiera się sprzedaż i świadczenie usług, codzienne świadczenie pracy oraz zakup usług, przy czym bardzo często sama relacja pomiędzy czasem a pieniądzem jest bardziej istotna niż to, na czym polega świadczona usługa czy wykonywana praca (powyższe nie tyczy się pracowników wykwalifikowanych i usług fachowych oraz eksperckich - w tym przypadku płacimy co prawda za czas, ale czas poświęcony na szkolenie i doskonalenie się, a nie na wykonywanie usługi). 

Przeliczanie czasu na pieniądze


To zjawisko odbywa się, kiedy świadczymy pracę. Na etacie jest to 40 godzin tygodniowo, nieco ponad 4 tygodnie w miesiącu (dla ułatwienia rachunków przyjmijmy właśnie tyle - 160 godzin). Jeśli dostajemy za swój czas (do ręki) 4 800 PLN to godzina naszego czasu daje nam 30 PLN. Czy zatem jest to przeliczenie czasu wprost? Niezupełnie. Przecież jeżeli dojeżdżamy do pracy godzinę w jedną stronę, to do 160 godzin pracy powinniśmy dodać 40 godzin dojazdów. Zatem nasze 4 800 PLN powinniśmy podzielić na 200 użytych godzin, co daje stawkę godzinową 24 PLN! Co prawda nasz pracodawca płaci nam za 160 godzin naszego czasu, ale my zużywamy 200 godzin i jeśli sprzedajemy "czas za pieniądze", to właśnie tyle wynosi nasza stawka godzinowa. 
Dlaczego?
Ano dlatego, że jeżeli mielibyśmy w domu dorobić sobie za, powiedzmy 27 PLN za godzinę i możemy poświęcić na to 10 godzin dziennie, to bardziej opłaca nam się zostać w domu i zarobić 270 PLN (10h x 27PLN/h) niż jechać do pracy i zarobić 240 PLN (8h x 30PLN/h).

Oczywiście pomijam w równaniu inne zmienne, takie jak to, że jeśli ktoś dojeżdża komunikacją, to może po drodze poczytać i nie "marnuje" tej godziny rano i wieczorem. Oczywiście w pracy nie cały czas się pracuje, jest przerwa na kawę czy na lunch. Oczywiście istnieją jednostki, które w pracy mogą się opier...lać przez pół dnia, a kiedy będą rozliczane z wykonanej pracy okaże się, że... trzeba pracować, żeby zarobić. Dlatego skupiam się tutaj jedynie na korelacji czas - pieniądze.

Powyższy przykład powinien dać Wam rozeznanie w tym, jak wycenić swój czas pracy, kiedy macie do zrobienia coś innego niż praca na etacie. Jak wycenić rękodzieło (poza pomysłem i zaangażowaniem dodaje się także poświęcony czas), proste prace (czasem warto dorobić prasując czy myjąc okna, jeśli nadarza się okazja) czy nawet udzielanie korepetycji (poza samą usługą doliczyć należy poświęcony czas).

Przeliczanie pieniędzy na czas


Zacząłem od tego, że przeliczanie działa w obie strony. Czasem bowiem wykupujemy usługę, za którą musimy zapłacić i zastanawiamy się, czy to się opłaca. Cóż - przeliczenie nie jest intuicyjne. Jeśli bowiem kupimy usługę profesjonalnego umycia okien, którą firma wykona w dwie godziny i zażyczy sobie za to 150 PLN, to wydaje się drogo. 75 PLN za godzinę za coś, co przecież możemy zrobić sami (każdy potrafi umyć okno), to więcej niż nasza stawka godzinowa! A jednak może nam się to opłacić.
W jaki sposób?
Przypuśćmy, że nie mamy wielkiego doświadczenia w myciu okien i wcale nie chcemy go nabywać. Chcemy mieć tylko umyte okna. Rzecz w tym, że jeśli sami się za to weźmiemy, zajmie nam to przynajmniej 6 godzin. Określamy swoją stawkę godzinową na 30 PLN, co oznacza, że wynajęcie nas kosztowałoby nas 180 PLN. Tyle możemy zarobić, jeśli przez czas spędzony na myciu okien moglibyśmy popracować "na swoim". A zatem zapłacenie 150 PLN, to tylko 25 PLN za każdą oszczędzoną nam godzinę. Teraz wydaje się to okazją.

Oczywiście nie zawsze znajdziemy pracę zarobkową w ilości, która pozwoliłaby nam zająć każdą minutę czasu tak, by kupowanie usług od innych osób było opłacalne. Być może pracy jest tak niewiele, że mimo wysokiej stawki godzinowej dysponujemy taką ilością wolnego czasu, że zwyczajnie opłaca nam się zaoszczędzić i, tak jakby, popracować z oknami za mniejszą stawkę (zaoszczędzimy na ekipie 150 PLN, ale zużyjemy na tę pracę 6 godzin, więc oszczędzamy 25 PLN za godzinę, ale i tak w tym czasie nic innego byśmy nie robili i nic więcej nie zarobili).

To podejście pozwoli nam swobodniej podejść do wydawania pieniędzy, by zaoszczędzić czas i sprawi, że ustrzeżemy się niektórych błędów (o największym błędzie, o którym słyszałem będzie na końcu). Przeliczanie pieniędzy na czas i odwrotnie jest całkiem niezłym sposobem na ogarnięcie podstaw ekonomii usług i niezłym sposobem na lenistwo (składniki na pizzę kosztują 10 PLN, można ją zrobić w godzinę, natomiast zamówienie pizzy to 70 PLN, co oznacza, że samemu przygotowując pizzę oszczędzamy 60 PLN na godzinę - to nie jest zła stawka godzinowa, szczególnie, że możemy przygotować w tym czasie i dwie pizze).


A teraz błąd, który zauważyłem u znajomych. Koleżanka po urodzeniu dziecka wróciła do pracy. Dostała propozycje ograniczenia godzin lub dni, ale wróciła na pełny etat. Dziecko przeważnie zostawało u babci, ale dwa dni w tygodniu wynajmowana była opiekunka za 50 PLN za godzinę (początkowo chyba 45, ale stanęło na 50). Rzecz w tym, że koleżanka, po przeliczeniu pracowała za 40 PLN za godzinę, a wliczając dojazdy (piętnaście - dwadzieścia minut) już tylko około 35 PLN. Czyli gdyby zostawała w domu z dzieckiem te dwa dni w tygodniu, zamiast brać opiekunkę, oszczędzałaby dodatkowe 15 PLN za godzinę. I jej postawa miałaby uzasadnienie, gdyby lubiła swoją pracę, tęskniła za współpracownikami, ale... tak nie było.

piątek, 29 sierpnia 2025

Jak patrzeć na Pieniądze

Odkąd jako dziecko poznałem wartość pieniądza, mój sposób patrzenia na nie zmieniał się kilkakrotnie. Co ciekawe, niewiele zmienił się w momencie, kiedy zacząłem sam zarabiać, natomiast największa zmiana zaszła, gdy zacząłem oszczędzać. Pieniądze były sposobem na zaspokojenie potrzeb bieżących, a jako młody człowiek miałem ich sporo. Cały czas jednak odkładałem nadwyżkę. Kiedy jednak zrozumiałem, że odkładając nie nadwyżkę, ale świadomie wyznaczoną kwotę zaczynam panować nad własnymi finansami, stworzyłem sobie budżet, przeanalizowałem na co mogę sobie pozwolić, a z czego warto zrezygnować, zacząłem czuć pewien rodzaj komfortu. Nie bałem się utraty pracy i nie stresował mnie nagły, konieczny i jednorazowy wydatek. Gra była warta świeczki.

Po jakimś czasie tak przyzwyczaiłem się do świadomości odkładania i oszczędzania, że przegapiłem kolejną zmianę - tym razem niepożądaną. Oszczędzanie pieniędzy zaczęło stanowić cel sam w sobie. Z jednej strony - dobrze. Nie przejmuję się już tym, że czegoś sobie odmawiam - nawet tego nie zauważam. Cieszy mnie, że trochę więcej odłożę. Z drugiej strony zapomniałem czym tak naprawdę są pieniądze - środkiem do celu, a nie celem samym w sobie. Fakt, że dają mi poczucie komfortu stał się wystarczającym powodem.

Tutaj jednak pojawia się "ale", gdyż zauważyłem jak duży problem mam z wydaniem czegoś ze zgromadzonej kwoty. Wszystkie oszczędności mają służyć większemu celowi (do którego nadal jednak daleko) i w rezultacie nie używam pieniędzy, które mam - one po prostu są. Część z nich pracuje, by powiększyć kwotę, część stanowi poduszkę finansową i fundusz na czarną godzinę, część po prostu leży, dla mojego komfortu.

Dlatego właśnie postanowiłem, że czasem muszę skorzystać z pieniędzy, nie patrząc na nic innego i zrobić sobie prezent, dać sobie nagrodę. Mogę kupić sobie książkową trylogię, która kosztuje zbyt drogo (bo książki podrożały od czasu, kiedy kupowałem nowe książki, a nie wszystko jeszcze można kupić używane). Mogę od czasu do czasu iść do restauracji. Mogę napić się dobrego piwa, które kosztuje pięć razy tyle co zwykłe. 

Ta zmiana sposobu myślenia o pieniądzach spowodowała, że znów patrzę na nie jak na środek do celu, a nie cel sam w sobie. Paradoksalnie wydanie części funduszy przybliżyło mnie do głównego celu, bo zrozumiałem, że to ten cel jest ważny, a nie samo oszczędzanie i gromadzenie pieniędzy. Cel w oszczędzaniu jest bardzo ważny. Powinniśmy go mieć, kiedy podejmujemy się dążenia do niego, inaczej to droga donikąd. 

piątek, 15 sierpnia 2025

Małe oszczędności, duże konieczności

To, co najbardziej wkurza mnie w oszczędzaniu, to że pomimo tego, że najważniejsza jest systematyczność, jeden błąd, jedno wydarzenie potrafi zniweczyć dłuższy wysiłek. To nie jest powód, żeby się poddawać i jedno z drugim tak naprawdę niewiele ma wspólnego (nie ma tu związku), ale potrafi dopiec i sprawić, że zaczyna się wątpić w zasadność całego procesu. Już wyjaśniam o czym mowa.

Przypuśćmy, że odmawiam sobie czegoś, co lubię, a co kosztuje mnie każdorazowo 20 PLN. W pracujący tydzień oszczędzam w ten sposób 100 PLN. W dwa takie tygodnie oszczędzam 200 PLN. Dwa tygodnie bez tego czegoś, na co codziennie mam ochotę. I nagle, w weekend dostaje mandat za złe parkowanie - 200 PLN. No przecież oszczędzenie tej kwoty kosztowało mnie tyle wyrzeczeń!

Albo wyszukuję towary na promocjach, zmieniam sklepy i robię zakupy w 2-3, żeby zaoszczędzić te trzy dychy. Zakupy są raz na tydzień, więc oszczędzenie trzech stów zajmuje jakoś około dwóch miesięcy. I nagle podczas jedzenia ukrusza mi się ząb. Wizyta u dentysty i reperacja to dokładnie trzy stówy... Przepadły oszczędności i starania.

Tak się niestety dzieje, bo oszczędzanie małych kwot codziennie daje wyniki, ale sytuacje awaryjne zawsze skutkują wydatkami o wiele większymi niż taka jednorazowo zaoszczędzona kwota. Dysproporcja. Ta sytuacja sprawia, że wątpię w zasadność moich starań i wyrzeczeń. A przecież jeśli nie będę oszczędzać, to nadal ukruszę ten ząb i nadal będę musiał ponieść koszty. Tylko, że nie wyjdę na zero, ale będę trzy stówy w plecy. Po prostu cała sytuacja jest demotywująca, ale... nie można się poddawać. Nadal systematyczność jest kluczem. Nadal jestem za tym, by inwestować zaoszczędzone kwoty i nadal fundusz "na czarną godzinę" sprawdza się - po prostu nie jest miło musieć z niego korzystać.