piątek, 2 października 2026

Mniej na jedzenie

Oglądałem filmy z wariacjami na temat popularnego trendu "dzień za pięć złotych" i doszedłem do wniosku, że faktycznie nie tak trudno mniej wydawać na jedzenie. Może nie do ekstremum przeżycia dnia za piątkę, ale z pewnością jedzenie może stanowić mniejszy udziałw domowych wydatkach. I nie chodzi mi o to, by kupować jedzenie gorszje jakości - wręcz przeciwnie. Można mniej wydawać i być zdrowszym! Od razu zaznaczę, że uniwersalną poradę, by nie marnować i nie wyrzucać jedzenia przeterminowanego pomijam w poniższym zestawieniu.

Łatwym sposobem na zaoszczędzenie jest zmniejszenie spożycia miesa. Próbowałem i okazuje się, że śmiało można zjeść dwa wegetariańskie obiady w tygodniu i nie czuć głodu. Można także zamiast kotleta jeść potrawki (mięso wymieszane z warzywami, cebulą, kasza w mięsnym sosie), któe będą mieć mniej mięsa na porcję. Oczywiście mięso jest pyszne i chcemy je jeść, ale nie potrzebujemy go aż tyle, ile zwykle spożywamy, a jego przyrzadzenie ma ogromny wpływ na to ile mięsa zawiera typowa porcja obioadowa.

Nie przejadanie się to także zdrowy sposób na oszczędzanie. Tutaj sam jestem winny, bo zawsze lubiłem najeść się do syta. To błąd. Dużo zdrowiej (i taniej) jest nasycić jedynie głód i odejść od stołu bez poczucia sytości. Je się wtedy częściej, ale nasz organizm ma więcej czasu na przyswajanie składników odżywczych z każdej porcji i robi to sprawniej i efektywniej. Spróbowałem na sobie (niestety dlatego, że lekarz zalecił) i okazuje się, że to działa. Nie ma głodu, ale nie ma też uczucia przepełnienia. No a mniejsze porcje (nawet jesli jest ich więcej) to mniejsze koszta (przy tym samym czasie gotowania - po prostu obiad starcza na więcej porcji / dni).

Nie zamawiam wielu dań, które mogę zrobić w domu. Umiem gotować, mam książki kucharskie (i ulubione przepisy z internetu), więc niektórych dań nie zamawiam. Zrobienie pizzy w domu, to 15 złotych, zamówienie to 80. Oczywiście wymaga to czasu, ale poza ceną wiem takze czego dodałem i mogę sobie zrobić taką ilość, jaką chcę, a cena jednostkowa pozostaje taka sama. To samo dotyczy wielu dań. Nie dość, że taniej, to jeszcze o wiele zdrowiej a jedzenie nie stygnie w czasie dowozu.

Okazuje się, że głównym miesięcznym kosztem życia pozostają wydatki mieszkaniowe - czynsz, opłaty, media i tym podobne sprawy. Jedzenie wcale nie jest takie drogie, jeśli poświęci się trochę czasu, by jeść bardziej przemyślane, domowe (w mojej opinii smaczniejsze), zdrowsze rzeczy.

piątek, 25 września 2026

Na co zacząć wydawać

Dzisiaj zajmiemy się tym, co podczas oszczędzania musimy zrobić jako trzecie. Zakładam bowiem, że dwa pierwsze punkty są oczywiste: po pierwsze należy spłacić wszystkie zobowiązania, które nad nami ciążą, a po drugie zapewnić sobie poduszkę finansową. Kiedy jednak te dwa pierwsze cele zrealizujemy, może się wydawać, że oszczędzamy dla oszczędzania, a to nie prawda. Dla mnie zawsze chodziło o to, by zamiast wydawać na głupoty, rzeczy zbędne czy ponosić wydatki, których można uniknąć, było mnie stać na to, co jest dla mnie ważne. Kilka z tych rzeczy uważam za esencję, która powinna być ważna dla każdego. Dzisiaj zatem napiszę, na co warto wydać pieniądze jak najszybciej, kiedy tylko będzie nas już stać.

Jeśli tylko oszczędzamy na wszystkich zachciankach i przyjemnościach, to życie przestaje mieć sens. Wydajność nie ma nic wspólnego z zabawą. Dlatego właśnie uważam, że kiedy tylko zaspokoimy dwa pierwsze punkty oszczędzania i wypracujemy sobie nadwyżkę finansową, powinniśmy kupić coś dla przyjemności. W dodatku powinno być to coś, co pocieszy nas dłużej niż kwadrans po zakupie. Dlatego właśnie polecam zainwestować w hobby. Na hobby nie oszczędzajmy przesadnie. Jeśli pochłania nas wędkowanie i spędzamy długie godziny nad wodą, zaopatrzmy się w dobry sprzęt, który posłuży latami. Jeśli godzinami ślęczymy nad modelami do sklejania, kupmy sobie dobrą lampę, narzędzia i porządny model, który naprawdę będzie nas cieszył. Takie podejście sprawi, że tym chętniej będziemy odkładać pieniądze wiedząc, że później z nich naprawdę skorzystamy.

Kiedy ktoś pyta mnie w co najlepiej zainwestować na początek, zawsze tłumaczę, że najlepiej inwestować w siebie. Kursy umiejętności, kursy językowe, książki specjalistyczne, które dadzą nam solidną wiedzę (choćby na temat "w co inwestować"), ogólne poradniki (bardzo polecam "Atomowe Nawyki" Jamesa Cleara). Nauczenie się czegoś nowego to zawsze dobra inwestycja - niezależnie czy później wykorzystamy to do pracy i "spieniężymy umiejętność". Innym sposobem inwestowania w siebie jest także karnet na siłownię, basen czy inny typ karnetu uprawniającego do wstępu na obiekty sportowe. Sport to zdrowie...

A skoro o zdrowiu, to uważam, że zainwestowanie (często jedynie czasu) w badania profilaktyczne to najlepsza inwestycja, która potencjalnie może nam się zwrócić i w postaci dodatkowego czasu (przedłużenie życia) jak i pieniędzy (dodatkowe lata do dodatkowa szansa na zwrot z inwestycji). Może to brzmieć jak banał, oklepany frazes, ale gdyby nie przeprowadzone kilka lat temu badanie, nie pisałbym teraz tych słów. Nie byłoby mnie na świecie od 10 lat, a nie jestem starym człowiekiem. Polecam regularnie się badać!

Jeśli pracujesz zarobkowo "na swoim", albo przynajmniej z własnego domu, dobrym pomysłem będzie zainwestowanie w sprzęt do pracy. Zakup większego monitora, lepszego fotela, ergonomicznego biurka, lampy, słuchawek wyciszających etc. zawsze się opłaci. Nie powinno się oszczędzać na komforcie, a jeśli przy okazji mamy możliwość zwiększyć wydajność i jakość naszej pracy, to jest to zysk podwójny.

Na koniec to, co wcale nie jest najmniej ważne. Czas spędzony z rodziną i tworzenie wspólnych wspomnień nie musi być drogi, a z pewnością jest bardzo cenny. Czasem jednak wymaga od nas, byśmy nie spędzili dodatkowych godzin na pracy. Byśmy odpuścili jedno dodatkowe zadanie, albo zapłacili, by ktoś zrobił je dla nas. Czasem wymaga uszczknięcia z budżetu - kolacja w dobrej knajpie z partnerem, wypad do wesołego miasteczka z dziećmi, wyjazd nad wodę na cały weekend. To nie musi być droga impreza, ale z pewnością wymaga czasu i chęci. I jest to coś, na co zawsze chcę, by było mnie stać. 

piątek, 18 września 2026

Jedz to co lubisz

Jest pewna umiejętność, którą uważam za kluczową i przynosi ogromne oszczędności w moim domu. Zanim zdradzę co to za umiejętność, muszę jednak napisać, że bardzo lubię jeść. Wszyscy domownicy lubią jeść. Dlatego właśnie umiejętność przygotowania jedzenia uważam za kluczową, a oszczędności poczynione dzięki niej mają największy udział w budowaniu budżetu. Myślę, że jest wiele osób takich jak my, które lubią smacznie zjeść. Wiele z tych osób nie umie gotować i nie chce się nauczyć. I tutaj właśnie wchodzi najlepsza część dzisiejszego wpisu - nie musicie umieć gotować! Wystarczy wam szczątkowa umiejętność przygotowania kilku dań.

Cała rzecz polega na tym, by domowy posiłek zastąpił wyjście do knajpy lub zamówienie jedzenia do domu. W tym celu nie musicie umieć gotować. Wystarczy Wam umiejętność przygotowania konkretnych dwóch czy trzech potraw! Oto mój algorytm na uniezależnienie się od (drogich) posiłków z restauracji.

1. Po pierwsze przeprowadźcie wywiad sami ze sobą i zastanówcie się co najczęściej zamawiacie. Pizza? Frytki? Hamburgery? Curry? Chińszczyznę? A może lubicie makarony? Zróbcie listę najczęściej zamawianych dań, zaczynając od najbardziej popularnych.

2. Znajdźcie na sieci (kto dziś używa książek kucharskich, prawda?) przepis na danie, które najczęściej zamawiacie. Przetestujcie go raz czy dwa. Przepiszcie przepis na kartkę i powieście ją na lodówce. W razie potrzeby dopisujcie modyfikacje, które wprowadzacie do przepisu. Niech zacznie wychodzić taki, jak lubicie.

3. Zainwestujcie w dobrej jakości składniki i róbcie swoje ulubione danie ilekroć będziecie mieć na nie ochotę. Nawet z drogimi składnikami będzie ono tańsze niż w restauracji, a za każdym razem, kiedy będziecie je robić będzie to szybsze i łatwiejsze.

4. Kiedy pierwsze danie opanujecie, weźcie pod lupę kolejne. I tak ile razy chcecie!

Stosując te zasady bardzo szybko nauczycie się kilku ulubionych przepisów, a dużą część z nich da się przygotować szybciej niż trwa dowóz jedzenia. Oczywiście - przy dowozie jest mniej przygotować, zamiast stać w kuchni można bezmyślnie spędzić czas przed ekranem no i nie trzeba myć garów, ale policzcie jak bardzo się to opłaca! Prawda wyjdzie w finansach. Ja jestem po tym etapie i mówię - opłaca się!

Potrafię zrobić niezłe spaghetti. Nie trwa to długo, chociaż trzeba przynajmniej przez pół godziny stać w kuchni (siekanie cebuli i przesmażanie mięsa trwa najdłużej). Gotuję jednak wielki gar sosu, który starcza mojej rodzinie na 2-3 dni, a naprawdę lubimy jeść.

Kiedy uczyliśmy się przyrządzić pizzę (taką domową, nie z ciasta, które rośnie przez dobę), trwało to dłużej, ale obecnie, w domowym piekarniku bez żadnych wodotrysków jesteśmy w stanie zrobić pizzę w czasie podobnym do czasu dostawy (czas dostawy w naszej okolicy wydłużył się do prawie godziny).

Odkąd zaczęliśmy robić w domu curry i chińszczyznę, zainwestowaliśmy w naprawdę dobry ryż. Jest 2-3 razy droższy niż ten zwykły, sklepowy, a mimo to gotowanie tych potraw wychodzi nas o wiele taniej niż zamawianie ich z dowozem.

Zakup airfryera także uprościł sprawę oraz sprawił, że zwykłe mrożone frytki nie są już suche, smakują jak prosto z oleju, ale nie potrzebują głębokiego tłuszczu. Świetnie sprawdza się także przy smażeniu kurczaka - czy to w panierce, czy nie (wychodzi jak z rożna). Jeśli ktoś jest zainteresowany dokładnie tym modelem airfryera, który posiadamy, to można go kupić tutaj.

Zaczęliśmy kolekcjonować książki kucharskie, bo skoro tak łatwo przychodzi nam przygotowanie ulubionych dań, to zaczęliśmy się zastanawiać czego nigdy nie jedliśmy oraz czego nie ma w dostawie w naszej okolicy (a nawet w naszym kraju). Odkrywamy kuchnię, której nie znaliśmy.

Zamawianie jedzenia przestało być nam potrzebne! Jeśli chcesz nauczyć się przydatnej umiejętności, nie ucz się języka obcego - naucz się gotować. Inwestowanie w siebie warto zacząć od umiejętności, która zaprocentuje właśnie dla mnie (a nie na przykład dla pracodawcy).

piątek, 11 września 2026

Linki, za które płacą!

Jakis czas temu wrzuciłem tutaj banerek (obecnie jest po lewej na górze, ale jak długo tam będzie - nie wiem), który prowadzi do programu lojalnościowego Allegro, który testuję od jakiegoś czasu. Allegro miało już kiedyś program lojalnościowy (dość kiepski, moim zdaniem), ale ten, przynajmniej na razie, wydaje się być sensowny. Chodzi o to, że można dzięki niemu polecać oferty na Allegro, a kiedy ktoś z nich skorzysta, dostaje się punkty, które później można wymienić na kupony na zakupy. Ilość zdobytych punktów zależy od ceny przedmiotu, a także od tego, czy ktoś kupił wskazaną rzecz, coś innego w tej kategorii, czy też cos w kategorii ogólnej. Najważniejsze jednak, że faktycznie da się dość łatwo uzbierać punkty na zniżkę 10 czy 20 złotych!

Polecać można poprzez stronę internetową, ale równie dobrze można podsyłać linki znajomym, jeśli uważasz, że coś ich zainteresuje. Myślę, że to świetny sposób na przekazanie znajomym, którzy nie mają pomysłu, listy prezentów urodzinowych. Co ciekawe, co jakiś czas organizowane są różne akcje i ankiety, dzięki którym można złapać kilka dodatkowych punktów.

Zapisać do programu można się pod tym linkiem i szczerze zachęcam, bo ja już parę kuponów odebrałem i użyłem w czasie zakupów.

sobota, 5 września 2026

Warszawski transport

Dzisiejszy wpis dotyczy Warszawiaków (i, ewentualnie osób odwiedzających stolicę), ale być może jest także użyteczny dla mieszkańców innych miast. Zacznę go kontrowersyjną dla niektórych tezą, że w Warszawie posiadanie samochodu nie jest koniecznością, ale luksusem. I wiem, że są tu samochodziarze, którzy uważają, że muszą podjechać samochodem wszędzie, a ograniczenia prędkości należy znieść, mandaty obniżyć, a pieszych odizolować. Powodem, który podają jest często "bo tak jest wygodnie", rzecz w tym, że im jest może wygodniej, póki wszyscy nie wpadną na ten sam pomysł. Kiedy wszyscy wsiądą do samochodów, wszystkim znów jest niewygodnie.

Warszawa posiada dobrze rozbudowany system komunikacji miejskiej, więc naprawdę można wszędzie dojechać metrem, tramwajem i autobusem. Nawet osobom mieszkającym poza aglomeracją, łatwiej jest zaparkować na obrzeżach i przesiąść się choćby w metro. Większość przyczyn hamujących komunikację miejską, równie dobrze hamuje także samochody - stoimy w tych samych korkach i mierzymy się z tymi samymi zwężeniami (chociaż na części głównych tras zlokalizowane są bus pasy, więc autobus jest w stanie prześcignąć auta stojące w korku). Oczywiście komunikację miejską zwalniają przystanki (w przypadku metra nie ma to znaczenia - metrem i tak jest szybciej), ale to nie jest aż taka "strata", a mało kto naprawdę musi się aż tak spieszyć (choć wielu uzasadnia swój wybór zaoszczędzeniem 10% cennego czasu, który potem marnuje na bezmyślne klikanie w ekran telefonu - rzecz, którą można zrobić siedząc w autobusie).

Przy dzisiejszych cenach paliwa, samochód jest drogi. Owszem - można jeździć elektrykiem (pomijam kwestie ekologii), co jest tańsze, ale równie uciążliwe. Warszawa obecnie z niezrozumiałych dla mnie powodów przechodzi szereg zmian, które utrudnią życie kierowcom, szczególnie w centralnych dzielnicach. Może się to nie podobać, ale takie są fakty - coraz mniej jest miejsca na drogach dla prywatnych aut. Transport publiczny może nie jest tani, ale z pewnością wychodzi taniej niż poruszanie się po aglomeracji autem. A jeśli ktoś dużo podróżuje, to okaże się, że bilet okresowy opłaca się jeszcze bardziej (dwa przejazdy dziennie usprawiedliwiają jego zakup, więc przy sześciu czy ośmiu środkach transportu każdego dnia okazuje się, że cena nie jest wygórowana).

Oczywiście kierowcy odpowiedzą, że samochodem można dojechać wszędzie, pod same drzwi, a metrem tylko do stacji i później trzeba przejść (albo podjechać). I byłoby to prawdą, ale raczej w przypadku taksówki. Własnym autem można podjechać wszędzie, a następnie poszukać miejsca parkingowego (co wcale może nie być "pod drzwiami") i opłacić parkometr. Opłata ta okaże się wyższa niż bilet na komunikacje miejską, zmarnujemy cza sna pobranie i umieszczenie za szybą bileciku... alternatywnie zaparkujemy w miejscu niedozwolonym, ciśniemy się na kawałek trawnika czy przystanek autobusowy i liczymy się z mandatem - koszt takiego jednego parkowania będzie wtedy wyższy niż bilet kwartalny. Często złe parkowanie nie wynika z tego, że nie ma miejsc parkingowych (bo są, tylko nieco dalej, albo płatne), ale dlatego, że "ja chce zaparkować tu i teraz, bo się spieszę i chcę mieć blisko". To są argumenty rodem z przedszkola, ale właśnie takich kierowcy używają najczęściej.

Pogodzenie się z realiami nie jest łatwe, ale w chwili obecnej (Warszawa nadal jest rozkopana po wakacyjnych remontach, drogi są zwężane, zabierane są pasy, zamieniane na takie przeznaczone dla transportu publicznego) to właśnie są realia. Transport publiczny, zbiorowy staje się rozwiązaniem relatywnie szybkim i bardzo tanim. Może się to nie podobać, ale to nie zmienia faktycznego stanu rzeczy. A dobrze wiedzieć jaka jest rzeczywistość, zamiast tkwić w świecie fikcji i wyobraźni. Na koniec dodam, że nadal można poruszać się samochodem po Warszawie - jest to drogie i mniej wygodne niż bywało, ale możliwe. Ten tekst nie ma za zadanie nikogo do niczego zmuszać - jest to zbiór obserwacji oraz wynik rozmów ze znajomymi, którzy w Warszawie (lub pod Warszawą) mieszkają i pracują.

piątek, 21 sierpnia 2026

Wszystkiego po trochu

Dla jednych będzie to łapanie wielu srok za ogon, dla innych "dywersyfikacja", dla mnie jest to robienie wielu rzeczy (przynoszących dochód lub pozwalających oszczędzić) na raz. Pozwala mi to walczyć z nudą i wypaleniem. Wypełnić dzień wieloma czynnościami, które mają potencjał, ale nie czuć się przytłoczonym. A jeśli jedna z tych rzeczy wypali, cóż... wtedy jest fajnie. Oto moja droga, a raczej jej część, do niezależności finansowej bez typowej "pracy na etacie". To rozwiązanie nie jest dla każdego i być może nie przynosi spodziewanych zysków, ale pozwala mi zachować trzeźwy, nie zamglony umysł i zdrowie (mniej stresu, którego lekarz kazał mi unikać za wszelką cenę kilka lat temu).

Po pierwsze prowadzę bloga, a nawet kilka blogów. Zysku z tego wymiernego nie ma, ale jest to coś, co pozwala mi poczuć rytm tygodnia, publikując post co piątek (tutaj), co wtorek (tam) oraz w innych okresach jeszcze w paru miejscach. To dla Was oczywiste - w końcu czytacie ten post, więc musiałem go opublikować. Jak wspomniałem - zysku z tego nawet nie liczę, ale lubię pisać, zebrać myśli na jeden konkretny pomysł, a co jakiś czas dowiedzieć się, że komuś jakiś mój pomysł się przydał.

Po drugie porządki. Jestem kolekcjonerem, na skraju zbieractwa. Wszystkie moje rzeczy są nadal ułożone i niezaniedbane (czasem tylko trochę zakurzone). Nie mam żadnego robactwa, ale ilość przedmiotów wymknęła się spod kontroli. Od lat próbuję je uprzątnąć, a że większość to nie są bezwartościowe śmieci (a wręcz przeciwnie), to staram się znaleźć im nowy dom. Mam wystawionych mnóstwo aukcji na Allegro Lokalnie i jeśli macie chęć coś ode mnie kupić - zapraszam. Obecnie wszystkie moje ogłoszenia objęte są darmową wysyłką w ramach Smart, a jeśli nie macie zaufania do sprzedawców na tej platformie (bo na "lokalnie" nie można wystawiać komentarzy), to być może macie zaufanie do mnie.
Porządki zajmują sporo czasu, podobnie jak robienie zdjęć a następnie wystawianie ogłoszeń. To także jest moje zajęcie "codzienne" - kiedy mam czas, wystawiam kilka ogłoszeń rzeczy, z którymi zgodziłem się rozstać. Skala jest olbrzymia!

Po trzecie piszę scenariusze i pomoce do gier RPG, które to gry są moją pasją już od ponad trzech dekad (stąd rzetelność drugiego bloga, o którym pisałem wcześniej). Sprzedaję te narzędzia RPGowe na stronie DriveThruRPG, gdzie można kupić ich elektroniczne wersje (planuję rozszerzyć działalność o fizyczne wydania) - jeśli ktoś zainteresowany jest tym, co tworzę, zachęcam do zakupu. To najprzyjemniejsze z rzeczy, którymi się zajmuję - tutaj naprawdę się spełniam. Jest to też najbardziej wymagająca część moich codziennych zajęć.

Po czwarte pisuję opowiadania erotyczne dla dorosłych (dorosłych czytelników, którzy są ich ciekawi zapraszam na stronę https://erotyczneopowiadania.blogspot.com/ , ale tylko pełnoletnie osoby). Tam też znajduje się sposób na to, jak wesprzeć moją twórczość przez chociażby postawienie mi przysłowiowego piwa. Pisuję także opowiadania fantastyczne, ale te albo ukazują się w miejscach ode mnie niezależnych (magazyny fantastyczne, zbiory opowiadań), albo wysyłane są na konkursy literackie (tak, zdarzało mi się zajmować miejsce na podium). 

To nie są wszystkie moje "codzienne zajęcia zarobkowe", ale te, które zdecydowałem się tutaj przedstawić. Domyślam się, że mógłbym bardziej skoncentrować się na jednym z nich i osiągnąć wymierne zyski, ale chyba lubię pchać kilka tematów na raz i zawsze mieć coś do zrobienia, choćby tylko dla poczucia, że coś robię. Po chorobie potrzebowałem tego poczucia bardziej niż czegokolwiek i teraz nie umiem się bez niego obejść.
Czy to dywersyfikacja? Chyba nie, bo nie wiąże się z rozrzuceniem dochodu na wiele źródeł, by któreś zawsze procentowało (tak postępuję z inwestycjami). 
Czy to łapanie wielu srok za ogon? Pewnie bardziej, bo przez to podejście nie osiągam wymiernych wyników w żadnej dziedzinie, jak mogłoby to mieć miejsce, gdyby zdecydował się poświęcić jednemu celowi. 
Ale wymierny skutek jest jeszcze jeden - nie mając codziennej, dziennej pracy na etacie, mogę poświęcić więcej czasu rodzinie (i sobie samemu, o czym wiele osób zapomina i gubi sens). To jest bezcenne. Praca jest potrzebna, żeby nie zwariować (a nie tylko dla zarabiania pieniędzy), natomiast kiedy zaczyna rządzić życiem trzeba się zastanowić, czy warto. Ja uznałem, że nie warto i teraz raczej "zajmuję się" niż "pracuję". Mam pomysły, projekty i zadania, a nie konieczność robienia czegoś i wykonywania poleceń przez osiem godzin dziennie. Nie robię też chyba nic ważnego, więc mniejsza odpowiedzialność i mniejszy stres z tym związany działa dobrze dla mojego zdrowia. Wiem, że wiele osób nie może sobie pozwolić na luksus sytuacji, w której ja się znalazłem. Polecam jednak dążyć do stanu, gdy będziecie chcieli coś robić, a pieniądze, które to coś przyniesie staną się dodatkiem, a nie efektem ciężkiej walki dzień po dniu. 

Jeśli jesteście ciekawi moich pomysłów lub chcecie kupić coś, pochodzącego z mojej kolekcji - teraz macie okazję, bo podałem odpowiednie linki. Jeśli będziecie chcieli wspomóc mnie - czy to dobrym słowem, czy postawić piwo, to także macie taką możliwość. Dzięki wszystkim, którzy czytają moje posty, bo jeśli są takie osoby, to tym bardziej warto je tworzyć.

piątek, 14 sierpnia 2026

Unikaj nagłych wydatków

Ja wiem, że większość moich czytelników uzna, że ten post jest głupi. Tym samym oznajmiam, że nie jest on dla tej większości. Ja rozumiem reakcję typu "jakbym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył". Rzecz w tym, że pomysł na którym oparłem dzisiejszy wpis stosuję od wielu lat i działa on na mnie (i moją rodzinę), natomiast nie działa na moich znajomych, którzy zupełnie go nie rozumieją. No, ale oni nie widzą związku pomiędzy przyczyną a skutkiem, a przynajmniej nie rozumieją go w sposób, w jaki ja go widzę. Dla mnie to analiza ryzyka i trzymanie się bo bezpiecznej stronie (najchętniej nie podejmowanie żadnego ryzyka, przy którym strata wielokrotnie przewyższa potencjalny zysk). Statystyka mówi sama za siebie. Zatem wpis ten jest dla ludzi, o usposobieniu podobnym do mojego. Inna sprawa, że ci ludzie prawdopodobnie już stosują tę metodę bez czytania mojego wpisu...

Od lat trzymam się zasady, wedle której ograniczam potencjalne nagłe wydatki. Na przykład jeżdżąc zgodnie z przepisami i parkując jedynie w dozwolonych miejscach. Nie ważne jak daleko trzeba będzie dojść i jak długo jechać - nie łamię prawa. Skoro nie łamię prawa, to nie płacę mandatów, gdyż po prostu nie są one wystawiane. Gdy rozmawiałem ze zmotoryzowanymi znajomymi, każdy z nich ma na koncie przynajmniej (średnio) jeden mandat rocznie. Ktoś kto nie miał mandatu w ciągu ostatniego roku, w ubiegłym miał ich kilka - o to mi chodzi ze średnią. Nawet jeśli nie są to wysokie mandaty (a teraz są coraz wyższe), to nadal jest to niepotrzebnie wydane kilkaset złotych. To cena fajnej planszówki, paru komiksów lub kilku książek! Zawsze do mnie to przemawiało.

Dbam o rzeczy, które dzięki temu wolniej się zużywają i wymagają wymiany o wiele rzadziej. Na przykład - nie używam pralki drugi raz, bezpośrednio po zakończeniu cyklu prania, tylko daję się schłodzić silnikowi (poradził mi to pan od naprawy pralek), dzięki czemu faktycznie sprzęt wytrzymuje dłużej. To w ogóle zadziwiające o ile lepiej działają sprzęty AGD, kiedy przestrzega się porad zawartych w instrukcji. Równie zadziwiające jest to, jak wiele osób ignoruje to w imię wygody czy oszczędności czasu (nie czuję straconego czasu robiąc godzinną przerwę pomiędzy cyklami prania, czy niewygody otwierając szeroko zmywarkę, kiedy słyszę, że skończyła myć naczynia). 

Owszem - nie wiem o ile przedłużam żywotność urządzeń ani czy akurat dzisiaj dostałbym mandat, gdybym pojechał szybciej (i zaoszczędził kwadrans). Wiem natomiast, że w całkowitym rozrachunku jestem, jakoś tam, do przodu. Większość z Was, podobnie jak moi znajomi, uznają, że i tak będą przekraczać prędkość, bo się spieszą, a ryzyko mandatu nie jest wysokie, a ten jeden mandat rocznie, to stać ich, żeby zapłacić. Ten post nie jest dla tych osób! Ja wole bez stresu, bez ryzyka, nieco wolniej, nieco dłużej - jeśli Ci to nie przeszkadza, prawdopodobnie skorzystałbyś/skorzystałabyś na tym wpisie, gdybyś już tak nie postępował/a.

piątek, 7 sierpnia 2026

Kupuj książki tanio

Chociaż wiele osób twierdzi, że rynek książek, szczególnie tych papierowych, umiera, ja twierdzę wręcz odwrotnie. Właśnie w dobie książek elektronicznych rynek papierowego nośnika odżywa. Ludzie chcą mieć fizyczne wydania, a nie tylko pliki. Ktoś, gdzieś uznał, że drukowanie książek to marnotrawstwo papiero (zapewnie lepiej używać go do drukowania firmowych dokumentów i setek faktur), a ludzie zachłysnęli się tym pomysłem. A jednak książki papierowe nadal są wydawane, a ich cena nie maleje.

Przyznaję, że ksiązka elektroniczna ma swoje plusy - jest poręczniejsza, nie wymaga przestrzeni do magazynowania, zawiera wszystkie słowa, które autor napisał, a tłumacze przełożyli... A jednak brak jej duszy. Chociaż czytuję książki na czytniku, to jednak lubie mieć je w papierze, móc dotknąć, doświadczyć w nieco inny sposób. Dlatego nadal kupuję książki papierowe (mimo tego, że mam ich pełne regały) i nie zamierzam przestać. Jest coś wspaniałego w posiadaniu dziesiątek (choć w moim przypadku już nawet nie setek a tysięcy) tomów, które czekają na swoją kolej. Coraz częściej kupuję też książki używane, które jednak dzielę na dwie kategorie.

1. Książki pobiblioteczne, zużyte, w stanie średnim. Te książki kupuję głównie po to, by je przeczytać i puścić dalej. Czasem tylko, jesli egzemplarz w dobrym stanie jest kompletnie poza zasięgiem, po przeczytaniu zostawiam je w biblioteczce.

2. Książki w bardzo dobrym stanie, nadwyżki produkcji, książki nigdy nie czytane, które zalegały komuś na półkach. Te po przeczytaniu chętnie zostawiam. Często także zastępuje gorszy egzemplarz lepszym, a następnie odsprzedaję powtórki.

Zdarza mi się także kupować (lub przyjmować) czyjąś większą kolekcję (paczkę) książek - często od ludzi, którzy chcieliby takich książek się pozbyć, albo wyrzucić. Tutaj także odsprzedaję te, które zostaną po tym, jak już wybiorę coś dla siebie. Uzywane książki są o wiele tańsze niż nowe, dość łatwo znaleźć prawdziwe perełki w dobrym stanie i chociaż zbieram różne przedmioty kolekcjonerskie, książki wydają mi się być czymś o wiele więcej.

Zatem jeśli szukasz książek używanych i chcesz zakupić z pewnego źródła, zachęcam do zakupu u mnie. Poniżej zamieszczam link do moich ogłoszeń na portalu zakupowym, zachęcam do kontaktu i mam nadzieję, że znajdziecie tam cos dla siebie (możliwy odbiór osobisty na warszawskim Ursynowie - ul. Grzegorzewskiej).



piątek, 31 lipca 2026

Letnie zabawy na każdą kieszeń

Lato i wakacje, nawet bez wyjazdów, powinny stanowić dla dzieciaków okazję do zabaw i aktywnie spędzonego czasu. Czy to z rówieśnikami na podwórku, czy z rodzicami (nawet ci zapracowani wygospodarują trochę czasu, by cos wspólnie porobić) można przyjemnie spędzić letnie dni i wieczory i to nie wydając fortuny. Poniżej kilka pomysłów na tanie zabawki (czy też "przyrządy"), dzięki którym lato, nawet spędzane w mieście, będzie pełne rozrywek.


Zacznę od klasyki, która kojarzy mi się z latem przynajmniej od trzydziestu kilku lat, a zatem stary, poczciwy badminton. Można zakupić same rakietki i lotki albo zestaw, który zawiera także siatkę na stojaku. Być może wiele osób krzywi się teraz, słysząc ten pomysł, bo i ja miałem podobny odruch. Okazuje się jednak, że... to nadal bardzo przyjemna gra i świetna rozrywka. A dzieciaki, które zaznają odrobiny ruchu szybciej usypiają wieczorem...

Podobną grą są paletki z rzepami, do których rzuca się piłką. To rozrywka dla mniejszych dzieci, która da im sporo satysfakcji, szybko więc stanie się ulubioną grą na świeżym powietrzu. Serio - jeśli trudno Ci wymyślić grę z maluchami, która da Ci choć trochę frajdy i nie sprawi, że czuć się będziesz jakbyś odwalał(a) całą robotę - zainwestuj dychę!

Przechodzimy do gier, w które dziecko może bawić się samo. Osobiście polecam rakietkę z piłką na gumce. Zabawa wymaga zręczności i odrobiny wprawy, ale jest jednoosobowa i dziecko, które lubi samodzielne wyzwania z pewnością będzie miało frajdę. Można w to grać także w domu, ale... nie polecam.

Drugim pomysłem na samodzielną zabawę (chociaż nic nie stoi na przeszkodzie, by bawić się w parach lub w kilka osób) jest puszczanie styropianowych samolotów. Niektóre latają krzywo i wymagają korekty, po kilku sesjach samoloty się niszczą, ale ich niska cena sprawia, że nadal są ulubiona rozrywką mojej rodziny.

Wisienka na torcie jest pistolet na wodę, który sprawdza się szczególnie dobrze w upalne, letnie dni. Zabawka ta zmieniła się od moich dziecięcych czasów - teraz pistolety te ładuje się ładowarką do telefonu, a następnie napełnia używając automatycznej pompki, a strzela posiłkując się wspomaganiem. Modeli jest wiele, ale warto zacząć od czegoś tego typu.

Powyższa lista nie wyczerpuje oczywiście tematu, ale chciałem przedstawić pięć najpopularniejszych w moim otoczeniu zabawek na lato. Mam nadzieję, że wpadnie Wam coś w oko. A jeśli macie swoje pomysły, zachęcam do dzielenia się nimi pod postem.

piątek, 24 lipca 2026

Zachcianki a oszczędzanie

Odbyłem jakiś czas temu bardzo interesującą rozmowę z członkiem dalszej rodziny. Powiedział mi, że mimo to, że stać go na duży zestaw Lego i bardzo podoba mu się kilka nowych setów, to nie kupuje ich z uwagi na wysoką cenę. Nic w tym dziwnego - to w gruncie rzeczy zabawka (chociaż nie ma niczego złego w bawieniu się zabawkami), która potrafi kosztować tysiąc, albo nawet kilka tysięcy złotych. Wydawanie takiej kwoty tylko po to, żeby poukładać klocki wydaje się rozrzutnością. Tutaj jednak pojawia się drugie dno, za sprawą renomy firmy, dostępnością dużych, ciekawych zestawów oraz ich nakładem.

Rynek na Lego zdaje się być bowiem nieskończony, a te największe, najdroższe zestawy często po względnie krótkim czasie znikają z półek i przestają być dostępne w pierwszym obrocie. Owszem - można je nadal kupić z drugiej ręki, ale często te kompletne, z pudełkiem osiągają astronomiczne ceny. Tutaj właśnie tkwi siła tego pomysłu.

Jeśli bowiem mamy ochotę na pobawienie się jakimś dużym, interesującym zestawem klocków, to najlepiej kupić go na promocji, nie tuż po pojawieniu się, ale kiedy pierwsze zachwyty nieco już okrzepną i z pewnością nie po tym, jak zostanie wycofany ze sprzedaży (kiedy jego cena urośnie). Kupienie tego zestawu w promocji 10% czy 15% taniej niż cena oficjalna oznacza to właściwe posunięcie, na którym możemy nie stracić (a jeśli będziemy niecierpliwi, to stracimy, ale bardzo niewiele). Po wycofaniu zestawu ze sprzedaży, tak jak pisałem, jego cena wzrośnie. Jeśli więc nasz egzemplarz nadal będzie kompletny, z dobrze zachowanym pudełkiem, to nawet za zestaw używany możemy dostać więcej, niż zapłaciliśmy. A jeśli nawet nie (bo nie każdy zestaw przebija tę granicę), to odsprzedamy go z kilku procentową stratą, co przy zakupie w promocji nadal może oznaczać, że nie stracimy na tym.

Ten mechanizm działa z wieloma rzeczami, ale w przypadku Lego jest bardzo czytelny i realny (w innych przypadkach lepiej liczyć się ze stratą, chociaż nie wynoszącą pełnej kwoty). Nadal jednak możemy używać (no dobrze - w przypadku zachcianek raczej "bawić się") wymarzonym produktem, a o ile odsprzedamy go później, kwota którą będzie nas to kosztować będzie o wiele rozsądniejsza. PRzypuśćmy, że kupimy sobie duży zestaw za 1500 PLN, ale z 10% zniżką zapłącimy za niego 1350 PLN. Po roku zabawy decydujemy się zestaw sprzedać, a używany stracił na wartości 20% i możemy go sprzedać za 1200 PLN. Za rok zabawy zapłacimy więc nie 1500 PLN, a jedynie 150 PLN. W dodatku możemy odczekać jeszcze rok czy dwa i zniwelować ten koszt do zera. To chyba niezły interes, prawda? Czy kupilibyśmy sobie ten zestaw za 150 PLN? Oczywiście! A zatem tak należy rozpatrywać koszt tej zachcianki.

Jeśli umiecie oszczędzać i dysponujecie funduszami, które stwarzają taką możliwość, pozwalajcie sobie na takie przemyślane zachcianki, która sprawią, że będziecie mieli frajdę dzięki zaoszczędzonym środkom, a jednocześnie nie przepuścicie ich bezpowrotnie.

piątek, 17 lipca 2026

Kiedy nie odkładać?

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że każdy powinien odkładać część swoich dochodów w poczet oszczędności, by w każdej chwili dysponować większą gotówką, móc sprostać niespodziewanym wydatkom lub wpłacić zadatek na mieszkanie czy pozwolić sobie na wcześniejszą emeryturę. Jak od każdej reguły, istnieje tutaj wyjątek, który pozwala (a nawet nakazuje) nie odkładać. Najpierw jednak napiszę co nim nie jest (mimo, że spotkałem się ze zdaniem, że właśnie ten cel usprawiedliwia nie odkładanie pieniędzy z wypłaty).


Inwestowanie


Wiele osób uważa, że pieniędzy nie warto odkładać, ale trzeba je inwestować. Zgadzam się z tym stwierdzeniem tylko połowicznie. Uważam bowiem, że inwestować należy tylko te pieniądze, z których stratą możemy się pogodzić. Jeśli liczymy się z tym, że dana kwota przepadnie bezpowrotnie i nie potrzebujemy jej, możemy ją zainwestować. W innym przypadku, lepiej pozostawić ją w spokoju. Myślę, że kiedy mamy poduszkę finansową i nie mamy innych zobowiązań, możemy inwestować połowę kwoty "wolnej" (a drugą połowę odkładać) - to wystarczająco bezpieczne rozwiązanie dla osób, które chcą być ostrożne.

Poduszka Finansowa


Uważam, że etapu odkładania nie należy odkładać na kiedy indziej, jeśli nie mamy poduszki finansowej w kwocie trzymiesięcznych wydatków. To żelazna rezerwa, z której będziemy czerpać po utracie dochodów, najczęściej w przypadku straty pracy, kiedy to dajemy sobie kwartał na znalezienie nowej. Póki nie mamy poduszki finansowej, powinniśmy ją stworzyć.

No to kiedy w końcu możemy nie odkładać?


Teraz już mogę udzielić odpowiedzi na to podstawowe pytanie. Kiedy odłożyliśmy naszą żelazną rezerwę w postaci poduszki finansowej, a mamy kredyt o wysokim oprocentowaniu oraz możliwość nadpłacania rat (nie zawsze istnieje, dlatego polecam w taki sposób spisywać umowy kredytowe, by zapewnić sobie taka możliwość), polecam spłacać ten kredyt wszystkimi środkami, które w innym wypadku przeznaczylibyśmy na oszczędności i nie odkładać. Poduszka finansowa zapewnia nam bezpieczeństwo, a wcześniejsza spłata kredytu zapewnia większe oszczędności w przyszłości, gdyż od każdej spłaconej kwoty nie zapłacimy odsetek w kolejnych okresach kredytowania.

Jest to "inwestowanie bez ryzyka", ponieważ dokładnie wiemy jak oprocentowana jest pożyczka, wiemy więc jaki procent oszczędzamy. Przeważnie odsetki są wyższe niż te, które spodziewamy się uzyskać z inwestycji (dla znakomitej większości nas - nieprofesjonalnych inwestorów).

Wyjątek


W przypadku, gdy kredyt był wzięty pod inwestycję, powyższe nie ma znaczenia. Wtedy zyski przeznaczamy raczej na kolejne inwestycje, bo skalkulowaliśmy kredyt jako sposób uzyskania funduszy, a zatem nasz zarobek z inwestycji przewyższa kwotę kredytu.

Przykład: bierzemy kredyt na mieszkanie pod wynajem. Rata kredytu wynosi 2500 zł, a mieszkanie wynajmujemy tak, by po wszystkich opłatach zostawało nam 3000 zł. 2500 zł spłacamy, 500 zł to nasz zysk. Zamiast dokładać go do kredytu chcemy budować kapitał, który pozwoli nam kupić kolejny lokal, który zwiększy kwotę naszych miesięcznych przychodów, zatem wcześniejsza spłata kredytu interesuje nas tylko wtedy, gdy oznacza zmniejszającą się z miesiąca na miesiąc ratę. Z kolejnej inwestycji spodziewamy się bowiem zwrotu wyższego niż koszty (co w przypadku inwestycji jest jedynym słusznym podejściem). 

W znakomitej większości omawianych tutaj przypadków mówimy jednak o budżecie domowym, kiedy to kredyty są najwyżej oprocentowanym wydatkiem i warto je spłacić w pierwszej kolejności - zanim pomyślimy o budowaniu oszczędności.

piątek, 10 lipca 2026

Czego chcesz?

Czynność czynności nie równa i dlatego ja dzielę je na dwie główne grupy, które różnią się nie tylko poprzez to, w jaki sposób są przeze mnie postrzegane, ale także tym, w jaki sposób daną czynność wykonuję. 
Otóż grupy te są takie:
  1. Czynności, które muszą być wykonane ze względu na rezultat.
  2. Czynności, które lubię robić.

Szczególnie w dzisiejszym, szybkim świecie, nastawionym na efektywność, coraz trudniej rozeznać się w powodach, dla których coś robimy. Z każdej strony wmawia się nam, że powinniśmy więcej (i szybciej) czytać, "marnować" mniej czasu na jedzenie czy szukać efektywniejszych sposobów na przemieszczanie się. Zatracamy się w tym. Dochodzimy do tego, że wszystko robimy jak najszybciej, by przejść już do kolejnej czynności, którą także wykonamy w sposób dający jak najszybszy efekt. Uważam, że to duży błąd. Zatracamy gdzieś życie, które staje się tylko dodatkiem do trybu w którym jak najwięcej ma zostać zrobione.

Są przecież czynności, których wykonywać nie musimy, a robimy je tylko dlatego, że dają nam przyjemność. I nie chodzi mi o satysfakcję z ukończenia zadania, ale właśnie z wykonywania danej czynności! Każdy kto czytał książki dla przyjemności wie, że frajdę daje obcowanie z książką, a zamknięcie ostatniej strony dobrej książki to powód do smutku, a nie radości. Chcemy obcować z powieścią, czytać, a nie przyswajać informacje. Dowiadywać się co dalej, a nie jedynie wiedzieć jak to się kończy. Jeśli odczuwamy przyjemność czytając, to czy nie chcielibyśmy, by trwała ona jak najdłużej?

Są oczywiście czynności, w których liczy się efekt. Nie lubię ścierać kurzu, ale lubię, kiedy wszystko lśni, a zatem sprzątam tak, by lśniło jak najszybciej, przy czym na sprzątaniu nie spędzać więcej czasu niż to niezbędne. Natomiast kiedy delektuję się kawą, nie zamierzam wlać jej w siebie i przejść do kolejnych rzeczy - chcę, by ta chwila trwała dłużej.

Całkowitą pomyłką dla mnie jest przyspieszanie swojego hobby. Jeśli ktoś lubi rysować, czy łowić ryby, to przecież nie stara się jak najszybciej skończyć, prawda? Ale internet serwuje nam coraz więcej "speedrunnerów życia", proponując filmy typu "jak szybko narysować twarz". W minutę, w dziesięć sekund. To samo z moim hobby, którym jest malowanie figurek. Oglądam także filmy typu "jak pomalować armię w weekend" i rozumiem, że ten film powstał dla osób, chcących mieć pomalowaną armię, by po weekendzie móc pograć ze znajomymi. Dla mnie jednak byłby to stracony weekend. Osobiście, jesli zależałoby mi na graniu, to albo grałbym armią niepomalowaną, albo zapłacił komuś, by pomalował moja armię (lub kupił juz pomalowaną). Ja lubię malować figurki i szkoda by mi było robić to na czas. Nie jestem szybkim malarzem, maluję ledwie kilka figurek rocznie, ale czerpię frajdę z całego procesu i nie mam zamiaru go przyspieszać po to, by szybciej widzieć rezultat. 

Dlatego radzę iść w tę nowoczesną efektywność z rozwagą i za każdym razem zastanowić się, czy robimy coś ze względu na proces, czy na rezultat. I zachowywać się odpowiednio, by nie przebiec przez życie bez chwili na podziwianie jego wspaniałości. Bardzo trudno zawrócić.

piątek, 3 lipca 2026

Róbmy swoje

Prokrastynacja i słomiany zapał to tylko część przeszkód, jakie spotykają nas na drodze do wyznaczonego celu. Tą przeszkodą, którą obserwuję najczęściej i zarazem tą, która ma największy wpływ na osoby z mojego otoczenia jest opinia osób postronnych, najczęściej nie mających z projektem nic wspólnego oraz niebędących ekspertami. Chodzi mi tutaj o tych "wszechwiedzących" - zarówno z internetu jak i z realnego świata - komentatorów i doradców wszelkiej maści. Każdego, kto mówi "robisz to źle" i "nic z tego nie będzie", którzy poza wyśmianiem pomysłu czy przebiegu całego przedsięwzięcia nie służą żadną konstruktywną krytyką.

Konstruktywna krytyka to coś zupełnie innego. Uwielbiam, kiedy ktoś zauważa błąd w tym co robię, wskazuje mi go i tłumaczy dlaczego jest to błąd oraz jak go poprawić, najczęściej posługując się przy tym przykładem własnym. Swoje błędy nieczęsto się zauważa, za to bardzo często nie wiadomo w jaki sposób je poprawić. To, że ktoś przytoczy własny przykład utwierdza mnie zarazem w przekonaniu, że towarzyszył mu ten sam cel, co mnie (czasem okazuje się, że jego proces był inny jedynie dlatego, że interesował go nieco inny rezultat). Konstruktywna krytyka to coś, co można zastosować, natomiast destruktywna to taka, dzięki której utwierdzamy się w przekonaniu, że nie warto próbować.

Bez żadnej z krytyk natomiast (podobnie jak przy braku konstruktywności) zalecam jednak robić swoje. Próbować, bo a nóż wpadniemy na dobre rozwiązanie, zauważymy problem i wymyślimy wyjście z sytuacji. Z całą pewnością jednak zajdziemy dalej niż nie próbując. Często docierając do celu z błędami i nieco w innym niż założyliśmy miejscu uczymy się o procesie więcej niż nieustannie poprawiając go w trakcie. Warto więc zrealizować zadanie z błędami, żeby móc się na nich czegoś nauczyć. Tymczasem w obecnych czasach łatwiej nam zauważyć błąd i posłuchać podszeptu, że to nie ma sensu i odpuścić zupełnie.

Dodam na koniec, że ja często podejmuję się działań, które z pewnością można przeprowadzić sprawniej i z większą skutecznością, natomiast nie w sposób tak przyjemny, jak ja to sobie wymyśliłem. Nawet znając już szybszy proces robię dalej po swojemu tylko dlatego, że daje mi to frajdę. Często jest ona ważniejsza niż wynik. Niezwracanie w takim układzie uwagi na głosy, mówiące, że to nie tak, że robi się to inaczej uważam za cenną umiejętność. 

Często działam "na przekór światu", robiąc rzeczy tak, jak sobie wymyśliłem i prosząc o radę, kiedy mój sposób nie działa (proszę o radę osoby, o których wiem, że się znają). Najczęściej uczę się w ten sposób nowych umiejętności i dochodzę do rozwiązania, a jeśli czasem naokoło, to przynajmniej wiem dlaczego inna droga jest szybsza. Wiem przy tym, że jeśli słuchałbym rad "wszechwiedzących" doradców z internetu, to pozostałoby mi odpuścić i zostawić to fachowcom.

piątek, 19 czerwca 2026

Naucz się odmawiać

Asertywność to zaleta. To umiejętność wyrażania własnego zdania w sposób kulturalny. Umiejętność odmawiania, początkowo w sposób kulturalny, a w razie konieczności definitywnie i zdecydowanie to bardzo wartościowa umiejętność. W obecnym świecie przydatna tym bardziej.

Żyjemy w rzeczywistości, w której każdy "ma prawo" do wszystkiego co przyjdzie mu do głowy i jeśli nam się to nie spodoba, będzie próbował uzasadniać, że ograniczamy jego wolność, łamiemy zasady, albo że wszyscy inni się zgadzają. Nie musimy godzić się na wszystko! Z drugiej strony mamy dalece posunięty "marketing", bazujący na zupełnie ludzkim odruchu robienia tego, co powinniśmy. Istnieje więc szereg zachowań, które, w normalnym świecie pożądane (pomoc bliźniemu, miłość do zwierząt, szacunek do starszych czy opiekuńczość wobec dzieci), obecnie zostały wypaczone przez reklamy, chciwość i roszczeniowość. Bardzo wiele mechanizmów działa na zasadzie "trudno odmówić" oraz "przecież tak trzeba". I tu niespodzianka - nie trzeba. Co więcej, nie trzeba także uzasadniać swoich wyborów. Wolna wola wciąż działa!

Pierwszą lekcją powinno być odmawianie od razu - stanowcze i zdecydowane "nie". Ten prosty komunikat powinien ucinać dyskusję, bo jest jasnym i konkretnym sygnałem. A jednak nie ucina. Przeważnie następuje po nim dalsza część dyskusji, bardziej lub mniej trafiona argumentacja albo pytania o powody rozmowy. Rzecz w tym, że nie mamy obowiązku uzasadniać naszej decyzji.

Druga lekcja to zatem nauczenie się nie kombinowania i nie usprawiedliwiania. Nie, znaczy nie. Powodów być nie musi - to decyzja, bazująca na powodach, ale powody są dla nas, a nie dla rozmówcy. Odpowiedzią na pytanie nadal może być "nie". Jedynym dodatkiem może być tu podziękowanie za propozycję (sam stosuję je niemal za każdym razem):
  • Nie, dziękuję.
  • Dziękuję, ale nie.
  • Dziękuję za ofertę, ale nie skorzystam.
  • Doceniam, ale jednak nie.

Nauczenie się tych dwóch zasad to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy. Można się oczywiście zastanawiać "co ta druga osoba o nas pomyśli", ale prawda jest taka, że jeśli zrobimy to, o co nas prosi, to ta osoba nie pomyśli o nas zupełnie nic. Zatem to, co o nas pomyśli gdy się nie zgodzimy nie powinno nas obchodzić. Za chwilkę zresztą stracimy tę osobę z oczu.

Czy to oznacza, że jesteśmy złymi ludźmi? Absolutnie nie. Tego właśnie skojarzenia należy unikać. To, że ktoś nazwie Cię złym człowiekiem (czy jakkolwiek inaczej) wcale nie oznacza, że nim jesteś. To tylko czyjaś opinia, która nie ma żadnego wpływu na Twoje życie, czy żadnej korelacji z rzeczywistością. 

piątek, 12 czerwca 2026

Punktualność jest Grzecznością Królów

Nie wierzę w to, że ktoś zawsze się spóźnia dlatego, że ma tyle ważnych spraw do zrobienia. Nie wierzę też w tłumaczenia typu "tak wyszło", "ja tak mam" albo "kazdy się spóźnia". Spóźnianie się to brak szacunku do osoby, z którą jesteśmy umówieni. To wada i tak, jak nad każdą wadą, trzeba nad nią pracować, by ją zwalczyć. Nie wolno sobie folgować i usprawiedliwiać się! Trzeba to w sobie zmienić.

Wiem natomiast w jaki sposób pracować nad punktualnością i jak zrobić plan, który pozwoli nam się nie spóźnić. I chociaż takie podejście początkowo może się wydawać skomplikowane, to bardzo łatwo przyzwyczaić się do takiego myślenia i nigdy więcej się nie spóźniać (to znaczy nigdy bez naprawdę wyjątkowych sytuacji, a nie jest tak, że wyjątkowe okoliczności zdarzają się dwa razy w tygodniu.

Jak planować, by się nie spóźniać


Aby się nie spóźnić, trzeba po prostu wiedzieć ile co nam zajmie, a następnie wyliczyć o której musimy zacząć (wyjść z domu) i nie marnować czasu po drodze. Jeśli mamy dotrzeć gdzieś na szesnastą, a po drodze musimy pojechać w dwa miejsca, to liczymy od końca:
  • dojazd z drugiego miejsca na miejsce spotkania zajmie 15-20 minut. Czyli 15.40 muszę ruszyć.
  • załatwienie sprawy numer dwa zajmie maksymalnie kwadrans. Muszę zacząć się nią zajmować o 15.25. Dam sobie jeszcze pięć munut zapasu, czyli muszę być na miejscu o 15.20.
  • dojazd na drugie miejce może mi zająć nawet pół godziny, więc 14.50 muszę wyruszyć.
  • Pierwsza sprawa zajmie mi pięć munit, a zatem muszę się nią zająć o 14.45, ale i tutaj dam sobie pięć minut zapasu. Zatem muszę być na miejscu o 14.40.
  • Dojazd z domu zajmie mi dwadzieścia minut, więc najpóźniej o 14.20 muszę ruszyć z domu.
  • Szykowanie do wyjścia to kwadrans, więc o 14.00 zacznę się szykować, żeby dać sobie dodatkowe pięć minut na tym etapie.
Teraz wiemy nie tylko kiedy musimy zacząć się szykować, ale znamy także czas, w jakim musimy robić kolejne punkty. W ten sposób zauważymy także moment, w którym łapiemy spóźnienie i będziemy mogli je skorygować, będziemy wiedzieli, czy mamy czas wstąpić po kawę, albo porozmawiać przez telefon.

Stosuję tę metodę od wielu lat i działa! Jestem w stanie w ten sposób (od tyłu) zaplanować cały dzień i zawsze wiem, jeśli łapię opóźnienie. Mogę wtedy z czegoś zrezygnować, albo nadrobić czas. W ekstremalnej sytuacji mogę zrobić coś jeszcze...

Powiadomienie o spóźnieniu


Wiedząc o tym, że jesteśmy spóźnieni, możemy uprzedzić osobę, z którą jesteśmy umówieni nawet na długo przed terminem spotkania. I to właśnie jest fantastyczne - możemy zadzwonić i przesunąć spotkanie o pół godziny, a osoba, z którą jesteśmy umówieni nie musi jeszcze nawet wyjść z domu! Jeśli uda nam się przełożyć spotkanie w taki sposób, że osoba, z którą jesteśmy umówieni nie będzie musiała na nas czekać, nie ma właściwie mowy o spóźnieniu. Byle tylko nie zdarzało nam się to zbyt często, bo wtedy też stanie się uciążliwe.

To cała nauka o szacunku za pomocą punktualności. Polecam stosować w życiu codziennym.

piątek, 29 maja 2026

A może to już?

Celem tego całego przedsięwzięcia zwanego "oszczędzanie" było dla mnie zawsze osiągnięcie finansowej niezależności. Rozumiem to tak, że nie martwię się pieniędzmi, bo nawet nie pracując jestem w stanie sie utrzymać - z inwestycji, odsetek i pobocznych źródeł dochodu. Być niezależnym od pracodawcy i klienta. Wiedzieć, że zawsze jestem w stanie się utrzymać. Przez cały ten czas chodziła mi po głowie tylko jedna myśl - "kiedy w końcu osiągnę ten stan". Myślę, że taka myśl powstaje w głowie każdego, kto wybrał taką drogę. Najciekawsze, że odpowiedź bardzo często może brzmieć "już!".

Piszę to całkiem serio - istnieje duże prawdopodobieństwo, że idąc tą drogą udało Ci się przeoczyć moment, kiedy cel został osiągnięty, a teraz po prostu osłabiają Cię błędne (a czasem zupełnie świadome) wybory. Nie wszędzie bowiem koszty zycia są takie same i nie wszystkie wydatki są konieczne. Może któryś z czynników (albo kilka z nich) sprawia, że wydaje Ci się, że przed Tobą nadal daleka droga.

  • Być może mieszkasz w złym miejscu.
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i mnie osobiście trudno pogodzić się z myślą o wyprowadzce. Jednocześnie, jeśli byłbym już przeprowadzony do miejsca, które mam na myśli, to byłbym zadowolony i prawdopodobnie byłbym w stanie obniżyć koszta życia.

Może jesteś w sytuacji, w której warto by wynająć swoje duże mieszkanie w mieści bandzie studentów, a samemu wynająć coś małego, poza dużym miastem, pożytkując jedynie część kwoty uzyskanej z wynajmu i po prostu żyć robiąc to, na co się ma ochotę? A może sprzedaż obecnego mieszkania jest dobrym pomysłem, który pozwoli kupić coś innego, w innej lokalizacji i w ten sposób uzyskać jakieś fundusze na inwestycje?

  • Być może wydajesz na swoją pracę?
Może dojazdy do pracy stanowią istotną część budżetu? A może potrzebujesz do pracy szybkiego internetu, który w innym przypadku byłby Ci zbędny? Albo masz samochód, którego używasz tylko po to, by dojeżdżać do biura? A może wystarczyłby Ci tańszy telefon czy komputer? A może nie potrzebujesz tych wszystkich spódnic, garsonek, garniturów, drogich butów? Może kupujesz je tylko po to, by iść w nich do pracy?

Warto czasem rozsądnie zastanowić się nad kosztami, które generuje praca - zarówno finansowymi jak i czasowymi. Czy to bilet, paliwo, czy może całe auto? Przeanalizowanie kosztów pracy może dać zaskakujące rezultaty w stylu "jeśli ograniczę te koszty i uzyskam dodatkowe dwie godziny dziennie, to mogę tyle zarobić robiąc coś innego obok domu". Kasa bedzie się zgadzać.

  • Być może Twoja wolność zamknięta jest w przedmiotach, które posiadasz?
A może kupujesz drogie, ekskluzywne rzeczy, masz kolekcję, spadek, który leży na strychu, dzieło sztuki, na którym aż tak bardzo Ci nie zależy? Czasem pozbycie się kilku przedmiotów, do których nie jesteśmy już specjalnie przywiązani sprawia, że uzyskujemy spore fundusze. Często są to przedmioty, z których wartości nie zdajemy sobie sprawy, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. Sam wielokrotnie odkopałem jakieś pudło z rzeczami sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, o których posiadanie bym się nie posądzał i sprzedałem je za solidne pieniądze. W moim przypadku najczęściej były to jakieś kolekcjonerskie cudeńka, w których posiadanie wszedłem w dzieciństwie (jak na przykład nie rozpakowane zabawki).


Co jakiś czas warto zwolnić i przemyśleć nie tylko następny krok, ale rozejrzeć się po okolicy i zastanowić w jakim punkcie właściwie się znajduje. Można dojść do zaskakujących wniosków. A z wiedzy tej nie trzeba koniecznie korzystać - jeśli zależy Ci na mieszkaniu w mieście, to się nie przeprowadzaj. Jeśli lubisz swoje auto lub szybki internet, to się go nie pozbwaj. Wiedz tylko, że obecnie pracujesz już tylko na te rzeczy i jeśli sytuacja będzie trudna do opanowania, pozbycie się ich może ją uratować.

piątek, 22 maja 2026

Wydawaj na siebie

Mam problem z wydawaniem na siebie. Robię to, ale odczuwam potężne wyrzuty sumienia. Nawet kiedy zbieram na jakiś konkretny cel i mam odłożone pieniądze, ciężko mi się z nimi rozstać. Prawdopodobnie nie jest to problem, który dotyczy jedynie mnie. Myślę, że wiele osób odczuwa w takich chwilach dyskomfort. Znalazłem jednak pewien sposób, który częściowo łagodzi to wrażenie. Jeśli także ciężko wydaje Ci się pieniądze na siebie, przeczytaj ten tekst, bo może Ci pomóc.

Zauważyłem, że odkąd zacząłem naprawdę dbać o swoje finanse i kwestionować każdy nowy zakup, bardzo łatwym stało się dla mnie odmawianie sobie przyjemności. W pewnym momencie doszło do tego, że nie wydawałem nawet wtedy, kiedy na dany cel odłożyłem konkretną kwotę - kiedy zbierałem właśnie na ten zakup. Dopiero żona uświadomiła mi coś, co w gruncie rzeczy już wiedziałem - że oszczędzam właśnie po to, by było mnie stać na przyjemności dla mnie. Że oszczędzanie nie jest celem samym w sobie, bo nie chodzi o gromadzenie funduszy. Mimo, że to wiedziałem, a do tego miałem potwierdzenie od kogoś, kto dzieli ze mną budżet domowy, nadal potrzebowałem czegoś więcej. Racjonalnego wyjaśnienia, które przekona mój mózg.

Odpowiedź przyszła przypadkiem, kiedy odsprzedawałem swoje używane rzeczy, odzyskując w zasadzie kwoty, które za nie kiedyś zapłaciłem - z powodu kilku czynników - cena się zmieniła, rzecz stała się poszukiwana, a ja nie niszczę rzeczy. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że część zakupów jest tak naprawdę inwestycją.

I faktycznie, o wielu rzeczach, które kupuję, myślę jak o rodzaju inwestycji. Część jest inwestycją w tym sensie, że przedmioty nadają się do odsprzedaży. Jest to najbardziej bezpośrednia kategoria. Kupując coś tracę co prawda pieniądze, ale zyskuję przedmiot o podobnej wartości, który pozostaje w moim posiadaniu i który w razie konieczności mogę spieniężyć, odzyskując większość środków. Następną kategorią jest inwestowanie w siebie - w swoje umiejętności poprzez wykupione kursy, poświęcanie czasu na samodoskonalenie czy nawet oglądanie poradników jest inwestycją w umiejętności, które mogą pozwolić mi zarobić lub oszczędzić. Każda rzecz, którą będę umiał zrobić sam oszczędza mi kosztu zatrudnienia fachowca. Okazało się tym samym, że zakup dobrych narzędzi także zwrócił się w ten sposób. Inwestuję także w swoje nadwątlone zdrowie (i samopoczucie), chociażby jadając lepiej (znów inwestycja czasowa w naukę gotowania i finansowa w lepsze składniki). Kiedy jestem najedzony, wypoczęty, zdrowy i w dobrym humorze, jestem bardziej wydajny.

Wiem, że to może brzmieć jak oszukiwanie siebie, ale wiecie co? To działa! Nawet jeśli to tylko przekonanie o tym, że inwestuję w siebie, to wydaję zaoszczędzone pieniądze zgodnie z ich przeznaczeniem, nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia, będąc przekonanym o słuszności tych wydatków.

Nie każdy wydatek to "koszt", część to "inwestycja". A jeśli coś kupujesz, to wymieniasz pieniądze na przedmiot o pewnej wartości, który nadal jest w Twoim posiadaniu i stanowi część Twojego majątku. Twój stan posiadania zmienił się zatem o wiele mniej niż kwota na rachunku. Warto o tym pamiętać.

piątek, 15 maja 2026

Nie marnuj czasu

Jeśli posługujesz się budżetem domowym, śledzisz wydatki, planujesz posiłki, by nie marnowac jedzenia i starasz się zauważyć finansowe pułapki, by nie dać się w nie złapać, to znaczy, że zależy Ci na oszczędzaniu i dbaniu o finanse. Starasz się nie dopuścić, by przez nierozważną decyzję stracić pieniądze. W tym samym jednak momencie trwonisz coś, czego także nikt nie ma w nadmiarze - marnujesz czas. A gdyby tak spróbować postąpić z czasem w sposób, jaki zwykle pozostawiamy dla finansów? Gdybyśmy postanowili nie trwonic go na głupoty? Potraktować po gospodarsku? Używać tylko do tego, do czego warto?

Moje doświadczenie


Pierwszym momentem, kiedy ta myśl zaświtała mi w głowie był okres dalekich dojazdów do pracy. Ze względu na charakter mojego ówczesnego zajęcia, okresowo zmieniałem lokalizacje, w których pracowałem na etacie. Niektóe były blisko, niektóre dalej. W pewnym momencie droga w każdą stronę przekraczała godzinę i mając dziewięciogodzinny dzień pracy, czyłem się jakbym pracował ponad jedenaście godzin. Przecież praca to sprzedawanie czasu za pieniądze, zatem jeśli dojazdy dokładają do czasu 25%, a pensja się nie zmienia, to nasza stawka godzinowa spada o 20%. To dużo!

Wyliczenie: jeśli ktoś pracuje 8 godzin za 200 PLN, to dostaje 25 PLN za godzinę. Jeśli zaś czas zwiększymy do 10 godzin, to zostaje tylko 20 PLN za godzinę, czyli o 20% mniej.

Wiem oczywiście, że pracodawca dostaje od pracownika tylko ten czas, który pracownik spędza na wykonywaniu obowiązków, a dojazdy ich nie stanowią, ale dla mnie jako pracownika wymieniającego czas na pieniądze właśnie tak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że muszę potraktować dojazdy jako czas mój, a nie zmarnowany. Czytałem książki i słuchałem muzyki. Dwie godziny dziennie (o ile miałem w autobusie miejsce, które na to pozwalało). I uważam, że lepiej jechać autobusem przez godzinę czytając książkę niż samochodem przez czterdzieści minut (chyba, że ktoś naprawdę lubi prowadzić i to był jego czas). A każdemu, komu przeszkadza marnotrawstwo, radzę zastanowić się, czy nie da rady zmienić pracę na taką, która będzie wymagała mniej dojazdów.

Po pewnym czasie, po kolejnej zmianie miejsca wykonywania obowiązków, mogłem dojechać do domu autobusem w 20 minut, albo przejść się, co zajmowało około 45 minut. Jeśli była ładna pogoda, zawsze wybierałem tę drugą opcję, bo po opuszczeniu biura natychmiast czułem się jak "po pracy". Odzyskiwałem swój czas.

Moje przekonanie


Uważam, że jest wiele osób, które chciały by więcej czytać, ale myślą, że nie mają czasu, podczas gdy spędzają czas na obserwowaniu znajomych na portalach społecznościowych, prowadzeniu niepotrzebnych dyskusji w internecie lub niekończącym się przeglądaniu rolek. To jak wyrzucanie czasu do śmieci (wierzę, że nie ma osób, które szczerze to lubią w takim wymiarze czasowym), a czasu mamy ograniczoną ilość i trudno jest ten zasób powiększyć (wymagałoby to wydłużenia doby lub długości życia). Jeśli właściwie zarządzamy czasem, z jednej strony jesteśmy bardziej efektywni, a z drugiej mamy więcej czasu na rzeczy, które naprawdę lubimy.

Rzecz w tym, że ta efektywność wielu osobom po prostu się nie opłaca. Jesli jesteśmy niezauważalnym trybikiem w naszej firmie, większa efektywność oznacza jedynie, że zrobimy więcej w tym samym lub krótszym czasie (albo będziemy się nudzić, albo dostaniemy więcej obowiązków), co nie musi przełożyć się na awans, podwyżkę czy premię. Wiele osób wybiera więc obijanie się w pracy, a następnie to samo postępowanie przenosi na czas po pracy - rezygnują z hobby, bo jest ono czasochłonne, nie czytają, nie cieszy ich czas spędzony z dziećmi. Przeczekują życie od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.

Moja rada


Potraktuj czas jak pieniądze! To moja rada. Staraj się go nie marnować. Wykorzystaj do cna. Każdą minutę obejrzyj i sprawdź, czy na pewno chcesz ją wydać w ten włąśnie sposób. Myśl o tym, jak oszczędzić czas, jak szybciej "odbębić" rzeczy, które mają być zrobione, jak wykorzystać pozostały czas na zarobienie pieniędzy, odpoczynek, uprawianie hobby lub inne przyjemności.

Jednocześnie nie myśl o tym, że musisz być w 100% gotowy, żeby zacząć coś robić. Zacznij już dziś, a dopiero później dowiedz się czego potrzeba, by kontynuować. Dokup niezbędny sprzęt i akcesoria, keidy będziesz już robić to, co chcesz robić. To najlepszy sposób na walkę z prokrastynacją. Jeśli po to, by iść na siłownię potrzebujesz specjalistycznych rękawicze, które kurier dostarczy dopiero za trzy dni, nie przejmuj się tym. Idź na siłownię dziś i zrób świczenia na nogi. Weź stare rękawiczki, jeśli musisz je mieć i zacznij dzisiaj. W ten sposób nie stracisz dnia, a kiedy przyjdzie przesyłka po prostu ulepszysz coś, co już robisz, zamiast zastanawiać się czego Ci teraz brakuje.

piątek, 8 maja 2026

W długach po uszy (jak spłacać)

Jeśli chodzi o długi, czy to kredyty bankowe, czy pożyczki gotówkowe (nawet te od rodziny czy znajomych), podstawowa zasada brzmi: lepiej ich nie zaciągać. Niestety rzeczywistość nie zawsze kieruje się zasadami i czasami zdarza się, że znajdujemy się w sytuacji, kiedy musimy spłacić jakiś kredyt (chociażby mieszkaniowy). Co więcej - kredyt mieszkaniowy, sam w sobie (przy zachowaniu pewnych zasad) potrafi być opłacalny (mieszkania drożeją i czasem ta zmiana ceny prześciga odsetki - biorąc kredyt mamy mieszkanie w dzisiejszej cenie i możemy zapłacić za nie jutro, kiedy nieruchomość jest już warta więcej - musimy się tylko upewnić, że będziemy mieli możliwość wcześniejszej spłaty).

Czasem jednak budzimy się w sytuacji, kiedy kredytów mamy klika. Pojawia się możliwość spłaty i zastanawiamy się, z którym zadłużeniem poradzić sobie najpierw. Co zrobić z nadwyżką pieniędzy? Jak postąpić, żeby nie stracić? Według mnie są dwie podstawowe zasady, zależne od możliwości, ale też charakteru osoby, która znajdzie się w tej sytuacji.

Po pierwsze - spłać kredyt o najwyższych odsetkach. Jeśli spłacisz kwotę, od której dzięki temu nie zapłacisz w następnym miesiącu 3% odsetek, to lepsze niż spłącenie tą samą kwotą kredytu, który powoduje jedynie 1% obciążenia w miesiącu. Ta część jest oczywista.

Po drugie - jeśli nie stresuje Cię pozostawanie w długach, a widzisz możliwość zarobienia na tych funduszach więcej niż wyniosą obciążające Cię odsetki - zrób to! Jeśli masz wolne 10 000 zł i jesteś w stanie wygenerować z nich 3000 zł w dwa miesiące, a kredyt o największym oprocentowaniu to około 1% miesięcznie, spłacając zaoszczędzisz tylko 2 000 zł, podczas gdy inwestując, możesz odsetki spłącić po dwóch miesiącach i nadal być "do przodu". W tej sytuacji rozsądnym będzie zainwestowanie.

Niestety - tak jak napisałem na początku, sposób ten działa tylko wtedy, gdy Cię to nie stresuje. Jeśli odczuwasz duży dyskomfort związany z tym, że zalegasz z płatnością, że w ogóle masz długi - lepiej je spłacić jak najszybciej. Dla zdrowia psychicznego. Wiem z doświadczenia.

Na koniec rada bonusowa. Jeśli kredyt Cię wykańcza i pozostało do spłąty już nie dużo, a masz połowę tej kwoty, spróbuj pożyczyć resztę od rodziny i spłacić całość wcześniej, a następnie spłacić członka rodziny tak, jakby się spłacało kredyt. W ten sposób przestajesz płącić odsetki (a jeśli nawet członek rodziny zażąda spłaty z odsetkami, to "wszystko zostaje w rodzinie"). Dla mnie pozbycie się każdego długu, obarczonego odsetkami było jak ponowne nabranie powietrza i jeśli tylko będę mógł obejść się bez kredytów, to na pewno będę próbował. Byłem też już po tej drugiej stronie, kiedy pożyczyłem komuś pieniądze po to, by nie męczył się z odsetkami (bo sam mu tak doradziłem).

piątek, 1 maja 2026

Jak ważny jest cel

Zawsze wierzyłem w celowość swoich działań. W intencyjność. W dążenie do konkretu. W moim odczuciu jest to bardzo ważne w każdej dziedzinie życia - ta pełna świadomość otaczającego nas świata, naszego miejsca w nim, podejmowania konkretnych działań, a nie jedynie płynięcia z prądem. Tak samo, albo nawet bardziej, działa to w przypadku oszczędzania, inwestowania, dążenia do finansowej niezależności. Panowanie nad finansami zaczyna się od konkretu! Od wiedzy na temat środków, zysków, kosztów i potrzeb.

Wizualizowanie sobie celu, a następnie dążenie do niego, pomaga uniknąć ślepych uliczek (dosłownie). W moim przypadku oznacza to nie rozmienianie się na drobne. I jest to błąd, który robię wielokrotnie. Ale staram się nad sobą pracować i już widać efekty. Zacznę więc od swojego przykładu.

Moje aukcje - moje błędy


Sprzedaję sporo rzeczy na allegro. To nie jest "biznes", po prostu zorientowałem się, że mam w szafach i schowku całe góry niepotrzebnych rzeczy, a że kiedyś byłem kolekcjonerem, to część z nich przedstawia jakąś tam wartość, albo może być użyteczne dla kogoś (lub stać się częścią jego kolekcji). A zatem to, czego już nie potrzebuję, próbuję sprzedać. Rzecz w tym, że sprzedawanie rzeczy zabiera sporo czasu - najpierw stworzenie zdjęć i opisów, następnie znalezienie rozsądnego miejsca na przechowywanie, a gdy już coś się sprzeda, to na pakowanie i wysyłkę. I przy wielu przedmiotach się to opłaca! Natomiast mam cała górę gratów, które w zasadzie powinienem wyrzucić, bo ich ceny to dosłownie parę złotych. Niestety - zmarnowałem czas na robienie zdjęć, opisów i wystawianie ich i teraz zwyczajnie nie opłaca mi się ich wywalać - czekają aż ktoś je kupi. W czasie, który straciłem mógłbym robić coś innego - pomysłów mam sporo, co przyniosło by mi lepszy zysk. Albo dało jakąś satysfakcję. Czas, który straciłem na wystawienie dziesiątek aukcji, które zarobią może 200 złotych mógłbym wykorzystać śmiało na lekturę, nadrobienie paru sezonów jakiegoś serialu lub jakiekolwiek przyjemniejsze zajęcie. Ale zrozumiałem to po fakcie.


Teraz wiem, że celem sprzedaży rzeczy na portalu aukcyjnym jest wyłącznie zarobek (czasem chciałem, by coś trafiło w dobre ręce, ale pewności i tak nie mam), więc zamierzam wystawiać wyłącznie ogłoszenia, które faktycznie są tego warte i odpuścić sobie resztę, a zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczyć na jakieś przyjemniejsze zajęcie. I to własnie chcę dzisiaj przekazać - nie chodzi o to, by robić cokolwiek, ale by działać z celem, rozumiejąc ten cel i dążąc do niego.

Projekt zamiast Marzenia


Realizowanie celu na zasadzie "im szybciej tym lepiej" ma wiele sensu, jeśli chodzi o finanse. Przypuśćmy, że mamy projekt, który pozwoli nam na dodatkowe źródło dochodu, ale musimy zgromadzić kapitał. Zgodnie z zasadą "im szybciej tym lepiej", powinniśmy zacisnąć pasa, odżywiać się resztkami, niczego nie marnować, jak najmniej kupować - wszystko po to by jak najszybciej zrealizować cel! Bez usprawiedliwiania się, że "przecież trzeba jeść" - można jeść zadziwiająco mało i przeżyć za przysłowiowe pięć złotych dziennie, ale taką determinację możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy faktycznie znamy swój cel i dążymy do niego!

To wcale nie musi być tak drastyczne, jak poprzedni przykład. Wystarczy po prostu rozumieć kurs na którym się znalazło i korygować go tak, by realizować to, w co się wierzy. Jeśli wiemy, że nie wyjeżdżanie na wakacje przez trzy następne lata pozwoli nam odłożyć pieniądze na zakup kampera, a marzymy o wczasach w domu na kółkach i będziemy mogli to marzenie realizować rok po roku, to dużo łatwiej nam powstrzymać się od wydawania. Chodzi jednak o to, by marzenia urzeczywistniać zanim staną się rzeczywistością - niech najpierw staną się PLANEM. Dokonajmy obliczeń. Sprawdźmy, czy w teorii wszystko się zgadza. Zaplanujmy etapy, które musimy zrealizować. Spisujmy postępy i dążmy do konkretu, zamiast gonić za marzeniem, że "kiedyś się uda". Zamieńmy chęci w projekt, nad którym już dzisiaj zaczniemy pracować. Jeśli to Was zpierwszy raz, to zdziwicie się ile można osiągnąć zanim faktycznie odłoży się pierwszą złotówkę.

piątek, 24 kwietnia 2026

Niech Twój indywidualizm działa dla Ciebie

Każdy z nas jest w innej sytuacji, ma inne cele i indywidualne predyspozycje. Głupotą byłoby przypuszczać, że wszystkie plany podziałają dla każdego tak samo, czy nawet że dana porada sprawdzi się w każdym indywidualnym przypadku. Dlatego właśnie dobrze troszeczkę poznać samego siebie, by lepiej wykorzystać swoje atuty i znaleźć remedium na swoje słabe strony. Wtedy można ułożyć strategię, która idealnie dopasuje się do naszej osobowości, charakteru i umiejętności, a także, co równie ważne, naszych indywidualnych oczekiwań.

Tydzień temu pisałem o tym, by poznać swoje wydatki i dzisiaj podtrzymuję tę tendencję. Warto jednak, poza wydatkami, znać także dochody i umieć się do nich odnieść. Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak bardzo podstawową kwestią jest w tym przypadku wiedza o dochodach i rozchodach. Ma ona niebagatelne znaczenie przy określaniu co dla kogo jest okazją.

Na przykład szukając okazji do dodatkowego zarobku można napotkać ofertę, która pozwoli zarobić w rok tyle, ile normalnie zarabia się w pięć lat. Dla tej oferty opłaca się zrobić sobie przerwę w pracy, wziąć bezpłatny urlop. Jeśli jednak zarabiamy trzy razy tyle, oferta, która pozwoli nam zarobić dodatkowe 2/3 tej kwoty nie wyda się już tak atrakcyjna, gdyż w przypadku utraty podstawowej pracy okaże się, że w dłuższej perspektywie gra nie była warta ryzyka.

Dochody są jednak tylko jedną z szeregu indywidualnych cech, które mogą wpływać na to, co zadziała w naszym, konkretnym przypadku. Dlatego właśnie, kiedy słuchamy porad, albo czytamy o nich na interesującym blogu, powinniśmy rozważyć czy mają szansę zadziałać u nas lib sprawdzić to, zanim postawimy wszystko na tę jedną kartę.

W świetle powyższego, poznanie sposobów, które działają u innych jest dobre, natomiast ślepe ich stosowanie nie jest. Nie warto podążać za tłumem już choćby dlatego, że naszym celem nie jest równanie do tłumu, ale wyprzedzenie go. To oznacza, że musimy stosować indywidualne rozwiązania, nie licząc się z opinią innych (chociaż mając ją na uwadze), a kiedy znajdziemy sposób, który działa u nas, po prostu stosować go bez względu na to, czy ktoś inny go popiera, czy nie. Tłum jest zachowawczy, a inwestowanie i poszukiwanie finansowej niezależności wymaga ryzyka (przy którym każdy indywidualnie ma akceptowalny, komfortowy poziom). Nie bójmy się więc działać inaczej i przecierać nowe szlaki. Nie bójmy się ubierać inaczej, nie starając się imponować na zewnątrz, ale realizować swój plan nosząc tanie, nieznane marki zamiast logo wielkich korporacji. Nie bójmy się inaczej jeść, kupować produktów marek ogólnych, bezimiennych, inaczej podróżować, inaczej spędzać czas - jeśli tylko zauważyliśmy, że dla nas to działa. A jeśli ktoś ma na ten temat inne zdanie - uszanujmy je i nie narzucajmy się ze swoim. Jak to śpiewał Ś.P. pan Wojciech Młynarski - "Róbmy swoje".

piątek, 17 kwietnia 2026

Poznaj swój "plan minimum"

Jeśli poważnie traktujesz finanse i chcesz panować nad swoim budżetem, jest jedna, podstawowa i pierwsza rzecz, którą musisz zrobić. Bez tego jednego kroku, poznania tej jednej, tajemniczej liczby, całe dalsze obcowanie z finansami nie ma sensu. Bez tej wiedzy to jak wróżenie z fusów. Dlatego właśnie na samym początku swojej finansowej przygody (lub, jeśli nigdy tego nie zrobiłeś), policz tę jedną rzecz - swój "plan minimum". Jest to absolutnie minimalna kwota, która jest Ci niezbędna, by żyć na obecnym (w pewnym sensie) poziomie. Oczywiście ta kwota będzie się zmieniała w czasie, ale kiedy raz się ją policzy, później będzie o wiele łatwiej się do niej odnieść.

Jak obliczyć swój "plan minimum"


Obliczenie nie jest takie trudne, jak się wydaje, ale nie jest także wcale proste. Pierwsze, co trzeba zrobić, to policzyć swoje stałe wydatki, zaczynając od rachunków za życie do zapłacenia (prąd, woda, mieszkanie), oraz rachunków, które także uważamy za niezbędne (abonamenty za telefon, internet). Teraz dodajemy wydatki na usługi (w tym także abonamenty za platformy streamingowe) oraz jedzenie. Ważne, byśmy także uwzględnili tak zwany "fundusz awaryjny", czyli pieniądze, które będziemy musieli wydać na przykład u dentysty.

Kiedy już mamy tę kwotę (zapiszmy ją gdzieś), powinniśmy odjąć wszystko to, bez czego możemy się obejść. To, z czego możemy zrezygnować, jeśli sytuacja nas do tego zmusi (albo to, z czego gotowi jesteśmy zrezygnować, jeśli pozwoli nam to osiągnąć inne korzyści, o których za chwilę).

Otrzymana kwota to nasz "plan minimum". Poprzednia (większa) kwota, to "plan realizowany" obecnie. Różnica między nimi to kwota, która wydajemy dobrowolnie na wszystkie dodatki do życia.

Korzyść krótkoterminowa


Kiedy zorientujemy się ile wynosi "plan minimum" a ile wydajemy dokładajac do tego co niezbędne, być może uruchomi się w nas mechanizm, który zdopinguje nas do oszczędzania. Może coś nie jest już warte tej kwoty. Może zmniejszenie jej pozwoli zgromadzić środki, albo załata dziurę w comiesięcznym budżecie. Może okaże się, że rezygnując z jednej czy drugiej usługi stać nas będzie na coś, o czym myśleliśmy, że jest poza naszym zasięgiem.

Korzyść długoterminowa


Warto zdać sobie teraz sprawę, że jeśli znajdziemy źródło pasywnego dochodu (lub po części pasywnego), które zaspokoi nasz "plan minimum", to możemy... przestać pracować. Osiągnięcie przychodu rzędu tej kwoty oznacza dla nas finansowa niezależność! To jest właśnie minimum, o które możemy walczyć.

A jeśli nie dochód pasywny, to może zmotywuje nas to do zmiany pracy na coś bliżej domu, albo w lepszych godzinach czy w przyjemniejszym środowisku. Jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę po zmniejszeniu pensji, to mamy jasną odpowiedź. Kosztem może być pozbycie się jakiegoś abonamentu, ale teraz możemy rozważyć, czy warto.

Od razu powiem, że ja i moi najbliżsi byli w tej sytuacji wielokrotnie - zmiana miejsca pracy z uwagi na krótsze dojazdy, bliżej domu, w lepszym towarzystwie itp. powtarzały się wielokrotnie. Wiedza o tym ile wynosi "plan minimum" oraz ile wynosi "plan realizowany" były w tych momentach nieodzowne.

Korzyść codzienna


Wiedza na temat budżetu domowego powinna zacząć się od określenia kwoty, jaką musimy wydać oraz tej, którą faktycznie wydajemy. Planując budżet musimy wiedzieć którą jego częścią możemy sterować. Oczywiście zaoszczędzić można także na tych "niezmiennych częściach", ale wymaga to bardziej zdecydowanych posunięć (jak na przykład przeprowadzki). Jeśli jednak nie wiemy które z naszych wydatków są nie do ruszenia i nigdy nie zastanawialiśmy się z czego możemy zrezygnować, to o domowym budżecie wiemy niewiele. Polecam zastosować eksperyment z policzeniem swojego "planu minimum" choćby po to, by dowiedzieć się ile potrzebujemy do życia, by zyskać pojęcie o tym, na jakie posunięcia zawodowe jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

A jeżeli nie wiesz ile tak naprawdę potrzebujesz, to zawsze będziesz gonić za "więcej", nawet jeśli możesz już się zrelaksować. Oczywiście czasem warto mieć nadwyżkę i ją zainwestować, ale jeśli żyjesz na poziomie, który Ci odpowiada i brakuje Ci tylko czasu, zorientowanie się, że już wystarczy funduszy na dotychczasowe życie pozwoli Ci zartoszczyć się o znalezienie większej ilości czasu.