piątek, 3 lipca 2026

Róbmy swoje

Prokrastynacja i słomiany zapał to tylko część przeszkód, jakie spotykają nas na drodze do wyznaczonego celu. Tą przeszkodą, którą obserwuję najczęściej i zarazem tą, która ma największy wpływ na osoby z mojego otoczenia jest opinia osób postronnych, najczęściej nie mających z projektem nic wspólnego oraz niebędących ekspertami. Chodzi mi tutaj o tych "wszechwiedzących" - zarówno z internetu jak i z realnego świata - komentatorów i doradców wszelkiej maści. Każdego, kto mówi "robisz to źle" i "nic z tego nie będzie", którzy poza wyśmianiem pomysłu czy przebiegu całego przedsięwzięcia nie służą żadną konstruktywną krytyką.

Konstruktywna krytyka to coś zupełnie innego. Uwielbiam, kiedy ktoś zauważa błąd w tym co robię, wskazuje mi go i tłumaczy dlaczego jest to błąd oraz jak go poprawić, najczęściej posługując się przy tym przykładem własnym. Swoje błędy nieczęsto się zauważa, za to bardzo często nie wiadomo w jaki sposób je poprawić. To, że ktoś przytoczy własny przykład utwierdza mnie zarazem w przekonaniu, że towarzyszył mu ten sam cel, co mnie (czasem okazuje się, że jego proces był inny jedynie dlatego, że interesował go nieco inny rezultat). Konstruktywna krytyka to coś, co można zastosować, natomiast destruktywna to taka, dzięki której utwierdzamy się w przekonaniu, że nie warto próbować.

Bez żadnej z krytyk natomiast (podobnie jak przy braku konstruktywności) zalecam jednak robić swoje. Próbować, bo a nóż wpadniemy na dobre rozwiązanie, zauważymy problem i wymyślimy wyjście z sytuacji. Z całą pewnością jednak zajdziemy dalej niż nie próbując. Często docierając do celu z błędami i nieco w innym niż założyliśmy miejscu uczymy się o procesie więcej niż nieustannie poprawiając go w trakcie. Warto więc zrealizować zadanie z błędami, żeby móc się na nich czegoś nauczyć. Tymczasem w obecnych czasach łatwiej nam zauważyć błąd i posłuchać podszeptu, że to nie ma sensu i odpuścić zupełnie.

Dodam na koniec, że ja często podejmuję się działań, które z pewnością można przeprowadzić sprawniej i z większą skutecznością, natomiast nie w sposób tak przyjemny, jak ja to sobie wymyśliłem. Nawet znając już szybszy proces robię dalej po swojemu tylko dlatego, że daje mi to frajdę. Często jest ona ważniejsza niż wynik. Niezwracanie w takim układzie uwagi na głosy, mówiące, że to nie tak, że robi się to inaczej uważam za cenną umiejętność. 

Często działam "na przekór światu", robiąc rzeczy tak, jak sobie wymyśliłem i prosząc o radę, kiedy mój sposób nie działa (proszę o radę osoby, o których wiem, że się znają). Najczęściej uczę się w ten sposób nowych umiejętności i dochodzę do rozwiązania, a jeśli czasem naokoło, to przynajmniej wiem dlaczego inna droga jest szybsza. Wiem przy tym, że jeśli słuchałbym rad "wszechwiedzących" doradców z internetu, to pozostałoby mi odpuścić i zostawić to fachowcom.

piątek, 19 czerwca 2026

Naucz się odmawiać

Asertywność to zaleta. To umiejętność wyrażania własnego zdania w sposób kulturalny. Umiejętność odmawiania, początkowo w sposób kulturalny, a w razie konieczności definitywnie i zdecydowanie to bardzo wartościowa umiejętność. W obecnym świecie przydatna tym bardziej.

Żyjemy w rzeczywistości, w której każdy "ma prawo" do wszystkiego co przyjdzie mu do głowy i jeśli nam się to nie spodoba, będzie próbował uzasadniać, że ograniczamy jego wolność, łamiemy zasady, albo że wszyscy inni się zgadzają. Nie musimy godzić się na wszystko! Z drugiej strony mamy dalece posunięty "marketing", bazujący na zupełnie ludzkim odruchu robienia tego, co powinniśmy. Istnieje więc szereg zachowań, które, w normalnym świecie pożądane (pomoc bliźniemu, miłość do zwierząt, szacunek do starszych czy opiekuńczość wobec dzieci), obecnie zostały wypaczone przez reklamy, chciwość i roszczeniowość. Bardzo wiele mechanizmów działa na zasadzie "trudno odmówić" oraz "przecież tak trzeba". I tu niespodzianka - nie trzeba. Co więcej, nie trzeba także uzasadniać swoich wyborów. Wolna wola wciąż działa!

Pierwszą lekcją powinno być odmawianie od razu - stanowcze i zdecydowane "nie". Ten prosty komunikat powinien ucinać dyskusję, bo jest jasnym i konkretnym sygnałem. A jednak nie ucina. Przeważnie następuje po nim dalsza część dyskusji, bardziej lub mniej trafiona argumentacja albo pytania o powody rozmowy. Rzecz w tym, że nie mamy obowiązku uzasadniać naszej decyzji.

Druga lekcja to zatem nauczenie się nie kombinowania i nie usprawiedliwiania. Nie, znaczy nie. Powodów być nie musi - to decyzja, bazująca na powodach, ale powody są dla nas, a nie dla rozmówcy. Odpowiedzią na pytanie nadal może być "nie". Jedynym dodatkiem może być tu podziękowanie za propozycję (sam stosuję je niemal za każdym razem):
  • Nie, dziękuję.
  • Dziękuję, ale nie.
  • Dziękuję za ofertę, ale nie skorzystam.
  • Doceniam, ale jednak nie.

Nauczenie się tych dwóch zasad to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy. Można się oczywiście zastanawiać "co ta druga osoba o nas pomyśli", ale prawda jest taka, że jeśli zrobimy to, o co nas prosi, to ta osoba nie pomyśli o nas zupełnie nic. Zatem to, co o nas pomyśli gdy się nie zgodzimy nie powinno nas obchodzić. Za chwilkę zresztą stracimy tę osobę z oczu.

Czy to oznacza, że jesteśmy złymi ludźmi? Absolutnie nie. Tego właśnie skojarzenia należy unikać. To, że ktoś nazwie Cię złym człowiekiem (czy jakkolwiek inaczej) wcale nie oznacza, że nim jesteś. To tylko czyjaś opinia, która nie ma żadnego wpływu na Twoje życie, czy żadnej korelacji z rzeczywistością. 

piątek, 12 czerwca 2026

Punktualność jest Grzecznością Królów

Nie wierzę w to, że ktoś zawsze się spóźnia dlatego, że ma tyle ważnych spraw do zrobienia. Nie wierzę też w tłumaczenia typu "tak wyszło", "ja tak mam" albo "kazdy się spóźnia". Spóźnianie się to brak szacunku do osoby, z którą jesteśmy umówieni. To wada i tak, jak nad każdą wadą, trzeba nad nią pracować, by ją zwalczyć. Nie wolno sobie folgować i usprawiedliwiać się! Trzeba to w sobie zmienić.

Wiem natomiast w jaki sposób pracować nad punktualnością i jak zrobić plan, który pozwoli nam się nie spóźnić. I chociaż takie podejście początkowo może się wydawać skomplikowane, to bardzo łatwo przyzwyczaić się do takiego myślenia i nigdy więcej się nie spóźniać (to znaczy nigdy bez naprawdę wyjątkowych sytuacji, a nie jest tak, że wyjątkowe okoliczności zdarzają się dwa razy w tygodniu.

Jak planować, by się nie spóźniać


Aby się nie spóźnić, trzeba po prostu wiedzieć ile co nam zajmie, a następnie wyliczyć o której musimy zacząć (wyjść z domu) i nie marnować czasu po drodze. Jeśli mamy dotrzeć gdzieś na szesnastą, a po drodze musimy pojechać w dwa miejsca, to liczymy od końca:
  • dojazd z drugiego miejsca na miejsce spotkania zajmie 15-20 minut. Czyli 15.40 muszę ruszyć.
  • załatwienie sprawy numer dwa zajmie maksymalnie kwadrans. Muszę zacząć się nią zajmować o 15.25. Dam sobie jeszcze pięć munut zapasu, czyli muszę być na miejscu o 15.20.
  • dojazd na drugie miejce może mi zająć nawet pół godziny, więc 14.50 muszę wyruszyć.
  • Pierwsza sprawa zajmie mi pięć munit, a zatem muszę się nią zająć o 14.45, ale i tutaj dam sobie pięć minut zapasu. Zatem muszę być na miejscu o 14.40.
  • Dojazd z domu zajmie mi dwadzieścia minut, więc najpóźniej o 14.20 muszę ruszyć z domu.
  • Szykowanie do wyjścia to kwadrans, więc o 14.00 zacznę się szykować, żeby dać sobie dodatkowe pięć minut na tym etapie.
Teraz wiemy nie tylko kiedy musimy zacząć się szykować, ale znamy także czas, w jakim musimy robić kolejne punkty. W ten sposób zauważymy także moment, w którym łapiemy spóźnienie i będziemy mogli je skorygować, będziemy wiedzieli, czy mamy czas wstąpić po kawę, albo porozmawiać przez telefon.

Stosuję tę metodę od wielu lat i działa! Jestem w stanie w ten sposób (od tyłu) zaplanować cały dzień i zawsze wiem, jeśli łapię opóźnienie. Mogę wtedy z czegoś zrezygnować, albo nadrobić czas. W ekstremalnej sytuacji mogę zrobić coś jeszcze...

Powiadomienie o spóźnieniu


Wiedząc o tym, że jesteśmy spóźnieni, możemy uprzedzić osobę, z którą jesteśmy umówieni nawet na długo przed terminem spotkania. I to właśnie jest fantastyczne - możemy zadzwonić i przesunąć spotkanie o pół godziny, a osoba, z którą jesteśmy umówieni nie musi jeszcze nawet wyjść z domu! Jeśli uda nam się przełożyć spotkanie w taki sposób, że osoba, z którą jesteśmy umówieni nie będzie musiała na nas czekać, nie ma właściwie mowy o spóźnieniu. Byle tylko nie zdarzało nam się to zbyt często, bo wtedy też stanie się uciążliwe.

To cała nauka o szacunku za pomocą punktualności. Polecam stosować w życiu codziennym.

piątek, 29 maja 2026

A może to już?

Celem tego całego przedsięwzięcia zwanego "oszczędzanie" było dla mnie zawsze osiągnięcie finansowej niezależności. Rozumiem to tak, że nie martwię się pieniędzmi, bo nawet nie pracując jestem w stanie sie utrzymać - z inwestycji, odsetek i pobocznych źródeł dochodu. Być niezależnym od pracodawcy i klienta. Wiedzieć, że zawsze jestem w stanie się utrzymać. Przez cały ten czas chodziła mi po głowie tylko jedna myśl - "kiedy w końcu osiągnę ten stan". Myślę, że taka myśl powstaje w głowie każdego, kto wybrał taką drogę. Najciekawsze, że odpowiedź bardzo często może brzmieć "już!".

Piszę to całkiem serio - istnieje duże prawdopodobieństwo, że idąc tą drogą udało Ci się przeoczyć moment, kiedy cel został osiągnięty, a teraz po prostu osłabiają Cię błędne (a czasem zupełnie świadome) wybory. Nie wszędzie bowiem koszty zycia są takie same i nie wszystkie wydatki są konieczne. Może któryś z czynników (albo kilka z nich) sprawia, że wydaje Ci się, że przed Tobą nadal daleka droga.

  • Być może mieszkasz w złym miejscu.
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i mnie osobiście trudno pogodzić się z myślą o wyprowadzce. Jednocześnie, jeśli byłbym już przeprowadzony do miejsca, które mam na myśli, to byłbym zadowolony i prawdopodobnie byłbym w stanie obniżyć koszta życia.

Może jesteś w sytuacji, w której warto by wynająć swoje duże mieszkanie w mieści bandzie studentów, a samemu wynająć coś małego, poza dużym miastem, pożytkując jedynie część kwoty uzyskanej z wynajmu i po prostu żyć robiąc to, na co się ma ochotę? A może sprzedaż obecnego mieszkania jest dobrym pomysłem, który pozwoli kupić coś innego, w innej lokalizacji i w ten sposób uzyskać jakieś fundusze na inwestycje?

  • Być może wydajesz na swoją pracę?
Może dojazdy do pracy stanowią istotną część budżetu? A może potrzebujesz do pracy szybkiego internetu, który w innym przypadku byłby Ci zbędny? Albo masz samochód, którego używasz tylko po to, by dojeżdżać do biura? A może wystarczyłby Ci tańszy telefon czy komputer? A może nie potrzebujesz tych wszystkich spódnic, garsonek, garniturów, drogich butów? Może kupujesz je tylko po to, by iść w nich do pracy?

Warto czasem rozsądnie zastanowić się nad kosztami, które generuje praca - zarówno finansowymi jak i czasowymi. Czy to bilet, paliwo, czy może całe auto? Przeanalizowanie kosztów pracy może dać zaskakujące rezultaty w stylu "jeśli ograniczę te koszty i uzyskam dodatkowe dwie godziny dziennie, to mogę tyle zarobić robiąc coś innego obok domu". Kasa bedzie się zgadzać.

  • Być może Twoja wolność zamknięta jest w przedmiotach, które posiadasz?
A może kupujesz drogie, ekskluzywne rzeczy, masz kolekcję, spadek, który leży na strychu, dzieło sztuki, na którym aż tak bardzo Ci nie zależy? Czasem pozbycie się kilku przedmiotów, do których nie jesteśmy już specjalnie przywiązani sprawia, że uzyskujemy spore fundusze. Często są to przedmioty, z których wartości nie zdajemy sobie sprawy, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. Sam wielokrotnie odkopałem jakieś pudło z rzeczami sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, o których posiadanie bym się nie posądzał i sprzedałem je za solidne pieniądze. W moim przypadku najczęściej były to jakieś kolekcjonerskie cudeńka, w których posiadanie wszedłem w dzieciństwie (jak na przykład nie rozpakowane zabawki).


Co jakiś czas warto zwolnić i przemyśleć nie tylko następny krok, ale rozejrzeć się po okolicy i zastanowić w jakim punkcie właściwie się znajduje. Można dojść do zaskakujących wniosków. A z wiedzy tej nie trzeba koniecznie korzystać - jeśli zależy Ci na mieszkaniu w mieście, to się nie przeprowadzaj. Jeśli lubisz swoje auto lub szybki internet, to się go nie pozbwaj. Wiedz tylko, że obecnie pracujesz już tylko na te rzeczy i jeśli sytuacja będzie trudna do opanowania, pozbycie się ich może ją uratować.

piątek, 22 maja 2026

Wydawaj na siebie

Mam problem z wydawaniem na siebie. Robię to, ale odczuwam potężne wyrzuty sumienia. Nawet kiedy zbieram na jakiś konkretny cel i mam odłożone pieniądze, ciężko mi się z nimi rozstać. Prawdopodobnie nie jest to problem, który dotyczy jedynie mnie. Myślę, że wiele osób odczuwa w takich chwilach dyskomfort. Znalazłem jednak pewien sposób, który częściowo łagodzi to wrażenie. Jeśli także ciężko wydaje Ci się pieniądze na siebie, przeczytaj ten tekst, bo może Ci pomóc.

Zauważyłem, że odkąd zacząłem naprawdę dbać o swoje finanse i kwestionować każdy nowy zakup, bardzo łatwym stało się dla mnie odmawianie sobie przyjemności. W pewnym momencie doszło do tego, że nie wydawałem nawet wtedy, kiedy na dany cel odłożyłem konkretną kwotę - kiedy zbierałem właśnie na ten zakup. Dopiero żona uświadomiła mi coś, co w gruncie rzeczy już wiedziałem - że oszczędzam właśnie po to, by było mnie stać na przyjemności dla mnie. Że oszczędzanie nie jest celem samym w sobie, bo nie chodzi o gromadzenie funduszy. Mimo, że to wiedziałem, a do tego miałem potwierdzenie od kogoś, kto dzieli ze mną budżet domowy, nadal potrzebowałem czegoś więcej. Racjonalnego wyjaśnienia, które przekona mój mózg.

Odpowiedź przyszła przypadkiem, kiedy odsprzedawałem swoje używane rzeczy, odzyskując w zasadzie kwoty, które za nie kiedyś zapłaciłem - z powodu kilku czynników - cena się zmieniła, rzecz stała się poszukiwana, a ja nie niszczę rzeczy. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że część zakupów jest tak naprawdę inwestycją.

I faktycznie, o wielu rzeczach, które kupuję, myślę jak o rodzaju inwestycji. Część jest inwestycją w tym sensie, że przedmioty nadają się do odsprzedaży. Jest to najbardziej bezpośrednia kategoria. Kupując coś tracę co prawda pieniądze, ale zyskuję przedmiot o podobnej wartości, który pozostaje w moim posiadaniu i który w razie konieczności mogę spieniężyć, odzyskując większość środków. Następną kategorią jest inwestowanie w siebie - w swoje umiejętności poprzez wykupione kursy, poświęcanie czasu na samodoskonalenie czy nawet oglądanie poradników jest inwestycją w umiejętności, które mogą pozwolić mi zarobić lub oszczędzić. Każda rzecz, którą będę umiał zrobić sam oszczędza mi kosztu zatrudnienia fachowca. Okazało się tym samym, że zakup dobrych narzędzi także zwrócił się w ten sposób. Inwestuję także w swoje nadwątlone zdrowie (i samopoczucie), chociażby jadając lepiej (znów inwestycja czasowa w naukę gotowania i finansowa w lepsze składniki). Kiedy jestem najedzony, wypoczęty, zdrowy i w dobrym humorze, jestem bardziej wydajny.

Wiem, że to może brzmieć jak oszukiwanie siebie, ale wiecie co? To działa! Nawet jeśli to tylko przekonanie o tym, że inwestuję w siebie, to wydaję zaoszczędzone pieniądze zgodnie z ich przeznaczeniem, nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia, będąc przekonanym o słuszności tych wydatków.

Nie każdy wydatek to "koszt", część to "inwestycja". A jeśli coś kupujesz, to wymieniasz pieniądze na przedmiot o pewnej wartości, który nadal jest w Twoim posiadaniu i stanowi część Twojego majątku. Twój stan posiadania zmienił się zatem o wiele mniej niż kwota na rachunku. Warto o tym pamiętać.

piątek, 15 maja 2026

Nie marnuj czasu

Jeśli posługujesz się budżetem domowym, śledzisz wydatki, planujesz posiłki, by nie marnowac jedzenia i starasz się zauważyć finansowe pułapki, by nie dać się w nie złapać, to znaczy, że zależy Ci na oszczędzaniu i dbaniu o finanse. Starasz się nie dopuścić, by przez nierozważną decyzję stracić pieniądze. W tym samym jednak momencie trwonisz coś, czego także nikt nie ma w nadmiarze - marnujesz czas. A gdyby tak spróbować postąpić z czasem w sposób, jaki zwykle pozostawiamy dla finansów? Gdybyśmy postanowili nie trwonic go na głupoty? Potraktować po gospodarsku? Używać tylko do tego, do czego warto?

Moje doświadczenie


Pierwszym momentem, kiedy ta myśl zaświtała mi w głowie był okres dalekich dojazdów do pracy. Ze względu na charakter mojego ówczesnego zajęcia, okresowo zmieniałem lokalizacje, w których pracowałem na etacie. Niektóe były blisko, niektóre dalej. W pewnym momencie droga w każdą stronę przekraczała godzinę i mając dziewięciogodzinny dzień pracy, czyłem się jakbym pracował ponad jedenaście godzin. Przecież praca to sprzedawanie czasu za pieniądze, zatem jeśli dojazdy dokładają do czasu 25%, a pensja się nie zmienia, to nasza stawka godzinowa spada o 20%. To dużo!

Wyliczenie: jeśli ktoś pracuje 8 godzin za 200 PLN, to dostaje 25 PLN za godzinę. Jeśli zaś czas zwiększymy do 10 godzin, to zostaje tylko 20 PLN za godzinę, czyli o 20% mniej.

Wiem oczywiście, że pracodawca dostaje od pracownika tylko ten czas, który pracownik spędza na wykonywaniu obowiązków, a dojazdy ich nie stanowią, ale dla mnie jako pracownika wymieniającego czas na pieniądze właśnie tak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że muszę potraktować dojazdy jako czas mój, a nie zmarnowany. Czytałem książki i słuchałem muzyki. Dwie godziny dziennie (o ile miałem w autobusie miejsce, które na to pozwalało). I uważam, że lepiej jechać autobusem przez godzinę czytając książkę niż samochodem przez czterdzieści minut (chyba, że ktoś naprawdę lubi prowadzić i to był jego czas). A każdemu, komu przeszkadza marnotrawstwo, radzę zastanowić się, czy nie da rady zmienić pracę na taką, która będzie wymagała mniej dojazdów.

Po pewnym czasie, po kolejnej zmianie miejsca wykonywania obowiązków, mogłem dojechać do domu autobusem w 20 minut, albo przejść się, co zajmowało około 45 minut. Jeśli była ładna pogoda, zawsze wybierałem tę drugą opcję, bo po opuszczeniu biura natychmiast czułem się jak "po pracy". Odzyskiwałem swój czas.

Moje przekonanie


Uważam, że jest wiele osób, które chciały by więcej czytać, ale myślą, że nie mają czasu, podczas gdy spędzają czas na obserwowaniu znajomych na portalach społecznościowych, prowadzeniu niepotrzebnych dyskusji w internecie lub niekończącym się przeglądaniu rolek. To jak wyrzucanie czasu do śmieci (wierzę, że nie ma osób, które szczerze to lubią w takim wymiarze czasowym), a czasu mamy ograniczoną ilość i trudno jest ten zasób powiększyć (wymagałoby to wydłużenia doby lub długości życia). Jeśli właściwie zarządzamy czasem, z jednej strony jesteśmy bardziej efektywni, a z drugiej mamy więcej czasu na rzeczy, które naprawdę lubimy.

Rzecz w tym, że ta efektywność wielu osobom po prostu się nie opłaca. Jesli jesteśmy niezauważalnym trybikiem w naszej firmie, większa efektywność oznacza jedynie, że zrobimy więcej w tym samym lub krótszym czasie (albo będziemy się nudzić, albo dostaniemy więcej obowiązków), co nie musi przełożyć się na awans, podwyżkę czy premię. Wiele osób wybiera więc obijanie się w pracy, a następnie to samo postępowanie przenosi na czas po pracy - rezygnują z hobby, bo jest ono czasochłonne, nie czytają, nie cieszy ich czas spędzony z dziećmi. Przeczekują życie od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.

Moja rada


Potraktuj czas jak pieniądze! To moja rada. Staraj się go nie marnować. Wykorzystaj do cna. Każdą minutę obejrzyj i sprawdź, czy na pewno chcesz ją wydać w ten włąśnie sposób. Myśl o tym, jak oszczędzić czas, jak szybciej "odbębić" rzeczy, które mają być zrobione, jak wykorzystać pozostały czas na zarobienie pieniędzy, odpoczynek, uprawianie hobby lub inne przyjemności.

Jednocześnie nie myśl o tym, że musisz być w 100% gotowy, żeby zacząć coś robić. Zacznij już dziś, a dopiero później dowiedz się czego potrzeba, by kontynuować. Dokup niezbędny sprzęt i akcesoria, keidy będziesz już robić to, co chcesz robić. To najlepszy sposób na walkę z prokrastynacją. Jeśli po to, by iść na siłownię potrzebujesz specjalistycznych rękawicze, które kurier dostarczy dopiero za trzy dni, nie przejmuj się tym. Idź na siłownię dziś i zrób świczenia na nogi. Weź stare rękawiczki, jeśli musisz je mieć i zacznij dzisiaj. W ten sposób nie stracisz dnia, a kiedy przyjdzie przesyłka po prostu ulepszysz coś, co już robisz, zamiast zastanawiać się czego Ci teraz brakuje.

piątek, 8 maja 2026

W długach po uszy (jak spłacać)

Jeśli chodzi o długi, czy to kredyty bankowe, czy pożyczki gotówkowe (nawet te od rodziny czy znajomych), podstawowa zasada brzmi: lepiej ich nie zaciągać. Niestety rzeczywistość nie zawsze kieruje się zasadami i czasami zdarza się, że znajdujemy się w sytuacji, kiedy musimy spłacić jakiś kredyt (chociażby mieszkaniowy). Co więcej - kredyt mieszkaniowy, sam w sobie (przy zachowaniu pewnych zasad) potrafi być opłacalny (mieszkania drożeją i czasem ta zmiana ceny prześciga odsetki - biorąc kredyt mamy mieszkanie w dzisiejszej cenie i możemy zapłacić za nie jutro, kiedy nieruchomość jest już warta więcej - musimy się tylko upewnić, że będziemy mieli możliwość wcześniejszej spłaty).

Czasem jednak budzimy się w sytuacji, kiedy kredytów mamy klika. Pojawia się możliwość spłaty i zastanawiamy się, z którym zadłużeniem poradzić sobie najpierw. Co zrobić z nadwyżką pieniędzy? Jak postąpić, żeby nie stracić? Według mnie są dwie podstawowe zasady, zależne od możliwości, ale też charakteru osoby, która znajdzie się w tej sytuacji.

Po pierwsze - spłać kredyt o najwyższych odsetkach. Jeśli spłacisz kwotę, od której dzięki temu nie zapłacisz w następnym miesiącu 3% odsetek, to lepsze niż spłącenie tą samą kwotą kredytu, który powoduje jedynie 1% obciążenia w miesiącu. Ta część jest oczywista.

Po drugie - jeśli nie stresuje Cię pozostawanie w długach, a widzisz możliwość zarobienia na tych funduszach więcej niż wyniosą obciążające Cię odsetki - zrób to! Jeśli masz wolne 10 000 zł i jesteś w stanie wygenerować z nich 3000 zł w dwa miesiące, a kredyt o największym oprocentowaniu to około 1% miesięcznie, spłacając zaoszczędzisz tylko 2 000 zł, podczas gdy inwestując, możesz odsetki spłącić po dwóch miesiącach i nadal być "do przodu". W tej sytuacji rozsądnym będzie zainwestowanie.

Niestety - tak jak napisałem na początku, sposób ten działa tylko wtedy, gdy Cię to nie stresuje. Jeśli odczuwasz duży dyskomfort związany z tym, że zalegasz z płatnością, że w ogóle masz długi - lepiej je spłacić jak najszybciej. Dla zdrowia psychicznego. Wiem z doświadczenia.

Na koniec rada bonusowa. Jeśli kredyt Cię wykańcza i pozostało do spłąty już nie dużo, a masz połowę tej kwoty, spróbuj pożyczyć resztę od rodziny i spłacić całość wcześniej, a następnie spłacić członka rodziny tak, jakby się spłacało kredyt. W ten sposób przestajesz płącić odsetki (a jeśli nawet członek rodziny zażąda spłaty z odsetkami, to "wszystko zostaje w rodzinie"). Dla mnie pozbycie się każdego długu, obarczonego odsetkami było jak ponowne nabranie powietrza i jeśli tylko będę mógł obejść się bez kredytów, to na pewno będę próbował. Byłem też już po tej drugiej stronie, kiedy pożyczyłem komuś pieniądze po to, by nie męczył się z odsetkami (bo sam mu tak doradziłem).

piątek, 1 maja 2026

Jak ważny jest cel

Zawsze wierzyłem w celowość swoich działań. W intencyjność. W dążenie do konkretu. W moim odczuciu jest to bardzo ważne w każdej dziedzinie życia - ta pełna świadomość otaczającego nas świata, naszego miejsca w nim, podejmowania konkretnych działań, a nie jedynie płynięcia z prądem. Tak samo, albo nawet bardziej, działa to w przypadku oszczędzania, inwestowania, dążenia do finansowej niezależności. Panowanie nad finansami zaczyna się od konkretu! Od wiedzy na temat środków, zysków, kosztów i potrzeb.

Wizualizowanie sobie celu, a następnie dążenie do niego, pomaga uniknąć ślepych uliczek (dosłownie). W moim przypadku oznacza to nie rozmienianie się na drobne. I jest to błąd, który robię wielokrotnie. Ale staram się nad sobą pracować i już widać efekty. Zacznę więc od swojego przykładu.

Moje aukcje - moje błędy


Sprzedaję sporo rzeczy na allegro. To nie jest "biznes", po prostu zorientowałem się, że mam w szafach i schowku całe góry niepotrzebnych rzeczy, a że kiedyś byłem kolekcjonerem, to część z nich przedstawia jakąś tam wartość, albo może być użyteczne dla kogoś (lub stać się częścią jego kolekcji). A zatem to, czego już nie potrzebuję, próbuję sprzedać. Rzecz w tym, że sprzedawanie rzeczy zabiera sporo czasu - najpierw stworzenie zdjęć i opisów, następnie znalezienie rozsądnego miejsca na przechowywanie, a gdy już coś się sprzeda, to na pakowanie i wysyłkę. I przy wielu przedmiotach się to opłaca! Natomiast mam cała górę gratów, które w zasadzie powinienem wyrzucić, bo ich ceny to dosłownie parę złotych. Niestety - zmarnowałem czas na robienie zdjęć, opisów i wystawianie ich i teraz zwyczajnie nie opłaca mi się ich wywalać - czekają aż ktoś je kupi. W czasie, który straciłem mógłbym robić coś innego - pomysłów mam sporo, co przyniosło by mi lepszy zysk. Albo dało jakąś satysfakcję. Czas, który straciłem na wystawienie dziesiątek aukcji, które zarobią może 200 złotych mógłbym wykorzystać śmiało na lekturę, nadrobienie paru sezonów jakiegoś serialu lub jakiekolwiek przyjemniejsze zajęcie. Ale zrozumiałem to po fakcie.


Teraz wiem, że celem sprzedaży rzeczy na portalu aukcyjnym jest wyłącznie zarobek (czasem chciałem, by coś trafiło w dobre ręce, ale pewności i tak nie mam), więc zamierzam wystawiać wyłącznie ogłoszenia, które faktycznie są tego warte i odpuścić sobie resztę, a zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczyć na jakieś przyjemniejsze zajęcie. I to własnie chcę dzisiaj przekazać - nie chodzi o to, by robić cokolwiek, ale by działać z celem, rozumiejąc ten cel i dążąc do niego.

Projekt zamiast Marzenia


Realizowanie celu na zasadzie "im szybciej tym lepiej" ma wiele sensu, jeśli chodzi o finanse. Przypuśćmy, że mamy projekt, który pozwoli nam na dodatkowe źródło dochodu, ale musimy zgromadzić kapitał. Zgodnie z zasadą "im szybciej tym lepiej", powinniśmy zacisnąć pasa, odżywiać się resztkami, niczego nie marnować, jak najmniej kupować - wszystko po to by jak najszybciej zrealizować cel! Bez usprawiedliwiania się, że "przecież trzeba jeść" - można jeść zadziwiająco mało i przeżyć za przysłowiowe pięć złotych dziennie, ale taką determinację możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy faktycznie znamy swój cel i dążymy do niego!

To wcale nie musi być tak drastyczne, jak poprzedni przykład. Wystarczy po prostu rozumieć kurs na którym się znalazło i korygować go tak, by realizować to, w co się wierzy. Jeśli wiemy, że nie wyjeżdżanie na wakacje przez trzy następne lata pozwoli nam odłożyć pieniądze na zakup kampera, a marzymy o wczasach w domu na kółkach i będziemy mogli to marzenie realizować rok po roku, to dużo łatwiej nam powstrzymać się od wydawania. Chodzi jednak o to, by marzenia urzeczywistniać zanim staną się rzeczywistością - niech najpierw staną się PLANEM. Dokonajmy obliczeń. Sprawdźmy, czy w teorii wszystko się zgadza. Zaplanujmy etapy, które musimy zrealizować. Spisujmy postępy i dążmy do konkretu, zamiast gonić za marzeniem, że "kiedyś się uda". Zamieńmy chęci w projekt, nad którym już dzisiaj zaczniemy pracować. Jeśli to Was zpierwszy raz, to zdziwicie się ile można osiągnąć zanim faktycznie odłoży się pierwszą złotówkę.

piątek, 24 kwietnia 2026

Niech Twój indywidualizm działa dla Ciebie

Każdy z nas jest w innej sytuacji, ma inne cele i indywidualne predyspozycje. Głupotą byłoby przypuszczać, że wszystkie plany podziałają dla każdego tak samo, czy nawet że dana porada sprawdzi się w każdym indywidualnym przypadku. Dlatego właśnie dobrze troszeczkę poznać samego siebie, by lepiej wykorzystać swoje atuty i znaleźć remedium na swoje słabe strony. Wtedy można ułożyć strategię, która idealnie dopasuje się do naszej osobowości, charakteru i umiejętności, a także, co równie ważne, naszych indywidualnych oczekiwań.

Tydzień temu pisałem o tym, by poznać swoje wydatki i dzisiaj podtrzymuję tę tendencję. Warto jednak, poza wydatkami, znać także dochody i umieć się do nich odnieść. Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak bardzo podstawową kwestią jest w tym przypadku wiedza o dochodach i rozchodach. Ma ona niebagatelne znaczenie przy określaniu co dla kogo jest okazją.

Na przykład szukając okazji do dodatkowego zarobku można napotkać ofertę, która pozwoli zarobić w rok tyle, ile normalnie zarabia się w pięć lat. Dla tej oferty opłaca się zrobić sobie przerwę w pracy, wziąć bezpłatny urlop. Jeśli jednak zarabiamy trzy razy tyle, oferta, która pozwoli nam zarobić dodatkowe 2/3 tej kwoty nie wyda się już tak atrakcyjna, gdyż w przypadku utraty podstawowej pracy okaże się, że w dłuższej perspektywie gra nie była warta ryzyka.

Dochody są jednak tylko jedną z szeregu indywidualnych cech, które mogą wpływać na to, co zadziała w naszym, konkretnym przypadku. Dlatego właśnie, kiedy słuchamy porad, albo czytamy o nich na interesującym blogu, powinniśmy rozważyć czy mają szansę zadziałać u nas lib sprawdzić to, zanim postawimy wszystko na tę jedną kartę.

W świetle powyższego, poznanie sposobów, które działają u innych jest dobre, natomiast ślepe ich stosowanie nie jest. Nie warto podążać za tłumem już choćby dlatego, że naszym celem nie jest równanie do tłumu, ale wyprzedzenie go. To oznacza, że musimy stosować indywidualne rozwiązania, nie licząc się z opinią innych (chociaż mając ją na uwadze), a kiedy znajdziemy sposób, który działa u nas, po prostu stosować go bez względu na to, czy ktoś inny go popiera, czy nie. Tłum jest zachowawczy, a inwestowanie i poszukiwanie finansowej niezależności wymaga ryzyka (przy którym każdy indywidualnie ma akceptowalny, komfortowy poziom). Nie bójmy się więc działać inaczej i przecierać nowe szlaki. Nie bójmy się ubierać inaczej, nie starając się imponować na zewnątrz, ale realizować swój plan nosząc tanie, nieznane marki zamiast logo wielkich korporacji. Nie bójmy się inaczej jeść, kupować produktów marek ogólnych, bezimiennych, inaczej podróżować, inaczej spędzać czas - jeśli tylko zauważyliśmy, że dla nas to działa. A jeśli ktoś ma na ten temat inne zdanie - uszanujmy je i nie narzucajmy się ze swoim. Jak to śpiewał Ś.P. pan Wojciech Młynarski - "Róbmy swoje".

piątek, 17 kwietnia 2026

Poznaj swój "plan minimum"

Jeśli poważnie traktujesz finanse i chcesz panować nad swoim budżetem, jest jedna, podstawowa i pierwsza rzecz, którą musisz zrobić. Bez tego jednego kroku, poznania tej jednej, tajemniczej liczby, całe dalsze obcowanie z finansami nie ma sensu. Bez tej wiedzy to jak wróżenie z fusów. Dlatego właśnie na samym początku swojej finansowej przygody (lub, jeśli nigdy tego nie zrobiłeś), policz tę jedną rzecz - swój "plan minimum". Jest to absolutnie minimalna kwota, która jest Ci niezbędna, by żyć na obecnym (w pewnym sensie) poziomie. Oczywiście ta kwota będzie się zmieniała w czasie, ale kiedy raz się ją policzy, później będzie o wiele łatwiej się do niej odnieść.

Jak obliczyć swój "plan minimum"


Obliczenie nie jest takie trudne, jak się wydaje, ale nie jest także wcale proste. Pierwsze, co trzeba zrobić, to policzyć swoje stałe wydatki, zaczynając od rachunków za życie do zapłacenia (prąd, woda, mieszkanie), oraz rachunków, które także uważamy za niezbędne (abonamenty za telefon, internet). Teraz dodajemy wydatki na usługi (w tym także abonamenty za platformy streamingowe) oraz jedzenie. Ważne, byśmy także uwzględnili tak zwany "fundusz awaryjny", czyli pieniądze, które będziemy musieli wydać na przykład u dentysty.

Kiedy już mamy tę kwotę (zapiszmy ją gdzieś), powinniśmy odjąć wszystko to, bez czego możemy się obejść. To, z czego możemy zrezygnować, jeśli sytuacja nas do tego zmusi (albo to, z czego gotowi jesteśmy zrezygnować, jeśli pozwoli nam to osiągnąć inne korzyści, o których za chwilę).

Otrzymana kwota to nasz "plan minimum". Poprzednia (większa) kwota, to "plan realizowany" obecnie. Różnica między nimi to kwota, która wydajemy dobrowolnie na wszystkie dodatki do życia.

Korzyść krótkoterminowa


Kiedy zorientujemy się ile wynosi "plan minimum" a ile wydajemy dokładajac do tego co niezbędne, być może uruchomi się w nas mechanizm, który zdopinguje nas do oszczędzania. Może coś nie jest już warte tej kwoty. Może zmniejszenie jej pozwoli zgromadzić środki, albo załata dziurę w comiesięcznym budżecie. Może okaże się, że rezygnując z jednej czy drugiej usługi stać nas będzie na coś, o czym myśleliśmy, że jest poza naszym zasięgiem.

Korzyść długoterminowa


Warto zdać sobie teraz sprawę, że jeśli znajdziemy źródło pasywnego dochodu (lub po części pasywnego), które zaspokoi nasz "plan minimum", to możemy... przestać pracować. Osiągnięcie przychodu rzędu tej kwoty oznacza dla nas finansowa niezależność! To jest właśnie minimum, o które możemy walczyć.

A jeśli nie dochód pasywny, to może zmotywuje nas to do zmiany pracy na coś bliżej domu, albo w lepszych godzinach czy w przyjemniejszym środowisku. Jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę po zmniejszeniu pensji, to mamy jasną odpowiedź. Kosztem może być pozbycie się jakiegoś abonamentu, ale teraz możemy rozważyć, czy warto.

Od razu powiem, że ja i moi najbliżsi byli w tej sytuacji wielokrotnie - zmiana miejsca pracy z uwagi na krótsze dojazdy, bliżej domu, w lepszym towarzystwie itp. powtarzały się wielokrotnie. Wiedza o tym ile wynosi "plan minimum" oraz ile wynosi "plan realizowany" były w tych momentach nieodzowne.

Korzyść codzienna


Wiedza na temat budżetu domowego powinna zacząć się od określenia kwoty, jaką musimy wydać oraz tej, którą faktycznie wydajemy. Planując budżet musimy wiedzieć którą jego częścią możemy sterować. Oczywiście zaoszczędzić można także na tych "niezmiennych częściach", ale wymaga to bardziej zdecydowanych posunięć (jak na przykład przeprowadzki). Jeśli jednak nie wiemy które z naszych wydatków są nie do ruszenia i nigdy nie zastanawialiśmy się z czego możemy zrezygnować, to o domowym budżecie wiemy niewiele. Polecam zastosować eksperyment z policzeniem swojego "planu minimum" choćby po to, by dowiedzieć się ile potrzebujemy do życia, by zyskać pojęcie o tym, na jakie posunięcia zawodowe jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

A jeżeli nie wiesz ile tak naprawdę potrzebujesz, to zawsze będziesz gonić za "więcej", nawet jeśli możesz już się zrelaksować. Oczywiście czasem warto mieć nadwyżkę i ją zainwestować, ale jeśli żyjesz na poziomie, który Ci odpowiada i brakuje Ci tylko czasu, zorientowanie się, że już wystarczy funduszy na dotychczasowe życie pozwoli Ci zartoszczyć się o znalezienie większej ilości czasu. 

piątek, 10 kwietnia 2026

Pożądana zmiana procedury

Procedury przetargowe, szczególnie w przypadku instytucji publicznych, nie działają zgodnie z założeniami. Powodów jest co najmniej kilka i dzisiaj wspomnę o dwóch najważniejszych. Zaproponuję także rozwiązanie, które nie dość, że przeprowadzić może zwykły człowiek, jedynie pośrednio związany z daną instytucją, ale dodatkowo jest w stanie na tym oszczędzić. Posłużę się także przykładem z życia wziętym, by nie zawiesić całego tego wywodu w próżni. Zachęcam do przeczytania tego tekstu nawet, jeśli wydaje Ci się, że Ciebie ten problem nie dotyczy.

Idea


Idea procedury przetargowej wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze liczono na to, że w ramach przetargu uda się uzyskać cenę niższą niż ogólnie dostępna. Że oferta dla instytucji, która przecież robi zamówienie większe niż osoba prywatna, będzie bardziej atrakcyjna, szczególnie gdy kilka firm będzie ze sobą rywalizowało o zamówienie. Po drugie zaś, dzięki zastosowaniu procedury (na przykład konkursu ofert) miano zapobiec mataczeniu i przekazywaniu zamówienia znajomemu, który mógłby nieuczciwie zarobić.

Niestety efekt jest przeciwny. Firmy, które składają ofertę do instytucji celowo zawyżają swoje oferty (bardzo często ceny w ofercie są wyższe niż ceny w ich własnym cenniku), gdyż chcą dodatkowo zarobić na intratnym kontrakcie. Pieniądze publiczne są często niepilnowane, nikomu nie zależy więc, by były wydawane rozsądnie. W dodatku konkurs ofert często służy temu, by uzasadnić wybór drogiej (często znajomej) firmy dzięki przedstawieniu kilku ofert jeszcze gorszych od wybranej.

Pomysł ten nie działa więc z obu stron - z jednej z powodu nieuczciwości oferentów (kwestia dyskusyjna, wyjaśniona poniżej), z drugiej z powodu nieuczciwości komisji.

Nieuczciwością oferentów w moim odczuciu jest przedstawianie w ofercie cen wyższych niż normalne. Teoretycznie nie jest to niezgodne z prawem, a jedynie nieetyczne. Przeważnie nie ma też żadnego uzasadnienia - większe zamówienie powinno mieć niższe ceny jednostkowe, a firmy często tłumaczą się koniecznością dodatkowych nakładów, magazynowania, transportu. W praktyce duże zamówienia to dla firmy szansa, a nie problem i z pewnością znalazłaby się firma, która uznałaby to właśnie za szansę.

Nieuczciwość komisji to przeważnie nie dopuszczenie do przetargu "niepożądanych" firm, które mogłyby niepotrzebnie zaniżyć cenę. Bardzo często informacja o przetargu udzielana jest w sposób tendencyjny - albo warunki sformułowane są tak, by nie dopuścić części rynku do przetargu, albo informacja ogólna o przetargu publikowana jest bez rozgłosu, jakby nikomu nie zależało na tym, by wzięło w nim udział więcej oferentów.

Przykład


Z całą pewnością znają Państwo sytuację, gdy wychodzi na jaw absurdalnie wysoka cena za jakiś plac zabaw, ławkę, skwerek czy cokolwiek innego, kupionego za wysokie pieniądze. Urzędnicy tłumaczą się, że "taka była najniższa oferta", sprzedawca, że "trudno było spełnić wymogi przetargu", a w rzeczywistości nikomu nie zależało, żeby było tanio. Jak jest tanio, to nie ma się czym dzielić. Jedynie podatnik ma żal, że podzielono się jego pieniędzmi, które można by było przeznaczyć na inne cele.

Aby nie być gołosłownym - w spółdzielni mieszkaniowej potrzebowano ławek - kilkunastu sztuk zwyczajnych, parkowych ławek. Chodziło o to, by miały około 180cm długości, wysokie wygodne oparcie i siedzisko i były zabezpieczone antykorozyjnie. To nie są "dziwne wymagania", ale już pozostawiają miejsce na odrzucenie producenta, który zaproponuje ławki nieco dłuższe...

Przyszły trzy oferty (członkowie spółdzielni mogą mieć wgląd w dokumenty): na 750 zł, 820 zł i 850 zł za ławkę. Rzecz w tym, że na stronie internetowej można znaleźć ławki po 670 zł. Szczęśliwie spółdzielnia uznała, że właśnie takie ławki można kupić (w drodze negocjacji udało się tę cenę jeszcze zbić, a później znalazła się firma, która dała jeszcze lepszą cenę), ale oferent, który wygrał przetarg się odwołał, bo przecież wygrał. No tak, tylko że tym razem spółdzielnia pokierowała się zdrowym rozsądkiem, mając na uwadze dobro mieszkańców oraz ideę, która stała za tym, by w ogóle organizować przetarg. Skoro jego wynik był niezgodny z ideą, postanowiono zadziałać w jej duchu, a idea była taka, by znaleźć jak najtańszego dostawcę ławek.

Konkluzja


Jako członek spółdzielni mogę mieć wpływ na to, jak wydawane są moje pieniądze, a nie tylko narzekać na nieuczciwość i niegospodarność władz spółdzielni. Mogę się zaangażować, choćby tylko pisząc pismo. Warto czasem się zainteresować!

Procedury w spółdzielni mają służyć członkom spółdzielni. To nie gra, w której należy zapewnić równe szanse firmom, składającym ofertę i nagradzać je za wygranie przetargu. Przetarg jest jedynie sposobem na osiągnięcie celu i jeśli celu nie da się osiągnąć w ten sposób, należy próbować go osiągnąć w inny sposób.

Warto więc proponować zmianę procedur przetargowych i zamiast zakończyć je na "wyborze najlepszej oferty" dodać zapis o porównaniu jej z ogólnie dostępnymi ofertami (na przykład w internecie) oraz ofertami firm, które wcześniej współpracowały z daną instytucją (tutaj spółdzielnią) - tym firmom można zaproponować złożenie ofert z wolnej ręki. Przedstawienie takiej propozycji zmiany zapisu (jako członek spółdzielni) pokaże, czy spółdzielni nadal zależy na tym, by spełnić ideę, która stała za przygotowaniem procedury przetargowej, czy przetarg jest już tylko szansą na wzbogacenie się zewnętrznej firmy oraz osób decydujących o jej wyborze (w takim przypadku odpowiedź będzie brzmiała, że nie można nic zmienić, bo procedura jest jaka jest). Procedura ma służyć temu, kto ją organizuje, a nie na odwrót!

piątek, 3 kwietnia 2026

Kłamstwa, które przeszkadzają Ci być bogatym

Istnieje w naszej rzeczywistości szereg kłamstw, często nazywanych marketingiem, które ustawicznie drenują kieszenie zwykłych, nieświadomych obywateli. Niestety, świadomi ich ludzie często także są przez nie okradani, gdyż część z nich stało się już zwyczajem, którego nie można zmienić, a część stanowi nawet własne prawa. Dzisiaj spróbuję nazwać niektóre z nich po imieniu. Na większość nie mam rady i obawiam się, że także jej nie znajdziecie, ale wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Jesli jednak macie sposoby na radzenie sobie z nimi, dajcie proszę znać w komentarzach.

Emancypacja


Tytuł budzący kontrowersje, ale spokojnie - chodzi mi tutaj jedynie o pewien wybrany aspekt sprawy, a mianowicie namawianie kobiet na konieczność pójścia do pracy czy robienia kariery. Samo w sobie danie komukolwiek takiej możliwości, jeśli wcześniej jej nie miał nie jest złe, ale osobiście ruch ten uważam za jedno z największych kłamstw marketingowych, które obecnie zbiera żniwo.

Przed emancypacją pracujący mężczyzna był w stanie utrzymać dom i rodzinę - żonę, dzieci (często więcej niż jedno). Zapewniał byt, jedzenie, ubranie, schronienie, a zostawało jeszcze na przyjemności i wakacje. Po "uświadomieniu" kobietom, że tez mogą iść do pracy, doszło do tego, że jedna osoba w rodzinie ma trudność z utrzymaniem jej. Płace można było niepostrzeżenie obniżyć, by dwoje ludzi zarabiało na to, na co wcześniej zdołała zarobić jedna. A kiedy brak pieniędzy odzywają się głosy "no tak, twoja żona nie pracuje to nie dziwne, że wam brakuje".

Taniocha


Uwazasz, że porządne meble są bardzo drogie, ubrania szyte na miarę to zbytek a co ładniejsze przedmioty codziennego użytku są niewspółmiernie drogie? Cóż - nic dziwnego! Kiedyś to były normalne ceny. Co więcej - pensje odpowiadały tym cenom (w pewnym sensie). A później przyszły tanie, papierowe meble za ćwierć ceny, tanie chińskie ciuchy niskiej jakości i wszystko można było odlać z plastiku i zastąpić wyroby rzemieślnicze. Zachłysnęliśmy się tymi produktami, a ich ceny wdarły się do naszej świadomości. A ludzie, od których otrzymujemy wypłatę zauważyli swoją szansę - przecież nie musi Cię być stać na komodę czy kredens z kazdej wypłaty. Przecież nie ma nic złego w odkładaniu na zakup nowego łóżka. Nagle pensje zaczęły odnosić się do tych "tańszych zamienników" - kiedyś nie było Cię stać na regał i musiałeś odkładać przez trzy miesiące, a teraz proszę - regał kupisz od ręki, za jedną wypłatę. Z tym, że nikt nie mówi, że jest to ten sam regał. Teraz kupisz gorszą, dziesięć razy tańszą wersję, a to, co kiedyś nazywałeś zwykłym meblem to dzisiaj produkt premium.

Eko, Bio...


Czemu kiedy chcę kupić gruszkę, mamiony jestem ofertami gruszek "Bio"? Kiedy te zwykłe gruszki z drzewa przestały być ekologiczne? Czy teraz są niezdrowe? To może niech te "Bio" nazywają się zwykłymi, a na tych zwyczajnych dopiszcie, że to produkt szkodliwy, drugiej jakości? Jak wyprodukować gruszkę "lepszą niż zwykła", by brać za nią dodatkowe pieniądze? Ja chcę, by owoce i warzywa domyślnie były "Eko" - to produkty nieprzetworzone, wolne od konserwantów i barwników, prawda? A jednak cena tego nie odzwierciedla. A jeżeli to produkty "Eko" są takie jak kiedyś, to może niech mają one "normalne" ceny, a te zwykłe, drugiego sortu niech będą dostępne za grosze?

Oczywiście to kolejny wymysł marketingu - za to, co kiedyś było normalne teraz płacimy ekstra, bo teraz jest to produkt premium. Wiecie jakie wędliny sa najdroższe? Ironicznie te z dopiskiem "jak dawniej"... 


Przykładów jest wiele - cała współczesna "ekologia" (zwrot butelek to jeden ze świeższych przykładów robienia biznesu), zaniżenie wartości edukacji (o wiele bardziej opłaca się być hydraulikiem z praktyką niż magistrem, nawet jeśli jest się specjalistą w swojej dziedzinie - "danie" wykształcenia każdemu tworzy patologię, w której nikt już nie wie kto jest kto, a papier jest tylko papierem), wprowadzanie nieżyciowych przepisów (choćby w budownictwie, ale i w przepisach drogowych) i tendencyjnych norm (pasujących nielicznym) oraz prawodawstwo najeżone wyjątkami od wyjątków. Służba zdrowia, w której płąci się za możliwość zrobienia badań, dzięki którym lekarz zaproponuje leczenie, ale zażąda podpisu, że my takiego własnie leczenia chcemy i bierzemy pełną za nie odpowiedzialność. Mechanicy, którzy nie chcą podejmowac się trudnych napraw, bo lepiej zarabiają na szybkich poprawkach dla ludzi, którzy nie mają faktycznego problemu, ale można im policzyć zaporową stawkę za pięć minut roboty...

Mówiło się kiedyś, że Polacy to naród kombinatorów, którzy poradzili sobie w ciężkich czasach. A ja Wam mówię, że ciężkie czasy nadal trwają, a kombinowania już nawet nie zauważamy - teraz stało się to normą.

piątek, 27 marca 2026

Ucz się, by nie płacić

Uczenie się to nie tylko sposób na to, by mieć dobrą pracę, więcej pieniędzy i zapewnienie sobie warunków, w których na wszystko stać. To także coś o wiele bardziej wprost. Posiadanie praktycznych umiejętności oznacza, że nie trzeba wynajmować kogoś, kto będzie mógł ich użyczyć. To oszczędność na wydawaniu pieniędzy, a nie dodatkowy zarobek. Osobiście uważam, że wszystko, co nie wymaga wymiany środków płatniczych jest tańsze, chociażby o podatek i opłatę manipulacyjną. Lepiej nie zarobić i nie musieć wydać niż zarobić i wydać.  To zupełnie inne podejście do zagadnienia.

Żyjemy w czasach szeroko rozwiniętego rynku wszelakich usług. Są one jednak zupełnie inne niż kiedyś. Bardziej udziwnione i wydumane. Wymagające już nie tyle wiedzy i umiejętności, co sprzętu i sprytu oraz metod marketingowych. Mnie pociąga prawdziwe rzemiosło - krawiec, szewc, mechanik, który potrafi naprawić coś, zamiast jedynie wymieniać części. To był kiedyś resort usług. Obecnie jest to margines, być może przyziemny, za to życiowo bardziej potrzebny niż trener personalny, architekt wnętrz feng-shui czy doradca inwestycyjny.

Okazuje się, że wraz ze zmniejszeniem się ilości osób wykonujących te "przyziemne" usługi, zmalał na nie popyt. Sztucznie zmalał. Wmówiono nam bowiem, że rzeczy się nie reperuje. Że taniej i lepiej jest kupić nowe. Cóż - taniej może faktycznie jest, ale tylko dlatego, że nie ma gdzie naprawić starych, a nowe konstruowane są tak, by naprawić się ich nie dało. A przecież tyle mówi się obecnie o ekologii, zmusza obywatela do wydawania dodatkowych środków na ten szczytny cel, a nie wprowadza obowiązku producenta do tego, by produkt wytrzymał dłużej niż wynosi okres gwarancji (za którego wydłużenie przecież się płaci).

Jako, że sam potrafię nieźle ugotować to, co lubię zjeść, a regały w swoim mieszkaniu samodzielnie zaprojektowałem i skręciłem (po zamówieniu na stolarni odpowiednio przyciętych elementów) i nie płacę za wiele rzeczy, których mogę nauczyć się sam, postanowiłem zastanowić się nad listą umiejętności (od łatwych, których nauka zajmie kilka minut, a przydadzą się raz na jakiś czas po bardziej skomplikowane, które pozwolą na zaoszczędzenie sporych sum), które warto posiadać w dzisiejszych czasach. Oto ona:

  • Musisz wiedzieć jak wbić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie czy przepiłować deskę. Naucz się korzystać z miarki czy kątownika. Te podstawowe umiejętności pozwolą Ci dokonywać w domu małych napraw. Nie są one drogie, ale dojazd fachowca to koszt (a nie zawsze ma się kogo poprosić o pomoc).
  • Dowiedz się jak wykonać obsługę urządzeń w domu - jakie masz żarówki i jak się je wymienia, który bezpiecznik odpowiada za który obwód i co z tego wynika, dowiedz się jak odetkać zatkany odpływ czy przepchać toaletę. Tego ostatniego warto nauczyć się obserwując fachowca przy pracy (choć można także z filmu instruktażowego na youtube).
  • Jeśli nauczysz się jak rozłożyć namiot i krzesać ogień, a do tego poćwiczysz wiązanie kilku podstawowych węzłów, masz do dyspozycji nowe, ciekawe hobby i sposób spędzania wolnego czasu, a być może także pomysł na tanie wakacje. Nie mówiąc o tym, jak męskie jest posiadanie takich umiejętności.
  • Cerowanie i szycie to coś, co da się opanować. Choćby tylko w zakresie zaszycia małej dziurki czy przyszycia urwanego guzika. Taka szybka naprawa garderoby pozwala dłużej cieszyć się ulubionymi ciuchami, bez konieczności zanoszenia wszystkiego do krawcowej. To dosłownie kilka minut pracy (chociaż nauka szycia trwa nieco dłużej), a przydaje się bardzo często, szczególnie przy dzieciach.
  • Umiejętność zmiany koła czy naładowania akumulatora to konieczność dla wszystkich zmotoryzowanych. W awaryjnej sytuacji pozwala oszczędzić czas i pieniądze.
  • Jeśli nauczysz się gotować kilka swoich ulubionych potraw, za ułamek ceny odtworzysz przepisy i następnym razem wybierzesz gotowanie, a nie wyjście do restauracji. Dodatkowym plusem jest możliwość zastosowania lepszych produktów i wiedza o dodatkach (w tym konserwantach), które znajduja się w potrawie.
  • Możesz stworzyć sobie własny plan treningowy we własnym domu, zamiast wykupować karnet na siłowni. A jeśli mieszkasz w mieście, domowe ćwiczenia możesz uzupełnić o zestaw na plenerowej siłowni. Tanio, przyjemnie, na świeżym powietrzu. Filmów instruktażowych i darmowych aplikacji jest od groma.
  • Na koniec coś bardziej osobistego - nauczyłem się rozumieć zapisy w umowach (na usługi, obsługę, kredytowych, regulaminach), dzięki czemu nie potrzebuję prawnika podczas ich podpisywania, a jednocześnie czuję się bezpiecznie zarówno podczas negocjacji i podpisywania, jak i przez okres związania umową. Umiejętność ta pozwoliła mi zaoszczędzić ogromne pieniądze (choćby wcześniejsza spłata kredytu mieszkaniowego bez odsetek). Pomogłem też kilku znajomym rozprawić się z ich problemami na podstawie zawartych przez nich umów, pisanych wniosków i wyliczeń. Dzięki moim poradom uniknęli nieprzyjemności i odzyskali należne pieniądze. Owszem - nauczenie się tego wymagało sporo pracy, ale warto było.

Ostatnia rada dotyczy tego, by cały czas uczyć się nowych umiejętności w miarę potrzeb. Warto obserwować fachowca przy pracy, więc kiedy wynajmujemy kogoś, by wykonał dla nas usługę, warto się od niego uczyć. Bierzesz fachowca do położenia tapety w pokoju? Być może później poradzisz sobie z przedpokojem samodzielnie. Wujek pomaga Ci położyć płytki w łazience? Zadawaj dużo pytań, pomagaj jak tylko możesz i ćwicz, to następnym razem zrobisz to samodzielnie. Potencjał jest nieograniczony i warto cały czas powiększać wachlarz posiadanych biegłości.

piątek, 20 marca 2026

Płacisz za wygodę

Dzisiejszy post skierowany jest do ludzi, którzy ciągle narzekają, że przerastają ich koszty zycia codziennego. A powstał z tego powodu, że spotkałem się z opisanymi poniżej sytuacjami osobiście, a usłyszałem je w rozmowie w szerszym gronie. Niestety rozsądna argumentacja nie pomogła, dlatego opublikuję ten post tutaj - tu nikt nie będzie się kłócił, no bo jak (chyba tylko w komentarzu), a jeśli kogoś nie będzie to obchodziło, to po prostu nie przeczyta. Główną zaś myślą jest to, że wiele osób po prostu się nad tym nie zastanawia - wiedzą, że tak jest, ale nie rozumieją, że są inne wyjścia.

Zagadnienie jest proste - jeżeli nie stać Cię na rzeczy dotyczące codziennego życia, zrezygnój z wygód. Jest cały szereg wygód, które w chwili obecnej stały się standardem, a które standardem nie są i w wielu przypadkach da się znaleźć inne, tańsze rozwiązania (chociaż zapewne nie tak wygodne). Owszem - jeżeli Cię stać na wygody, nie ma problemu, ale (jak pisałem), zetknąłem się z ludźmi, którzy zmagają się z zapłatą rachunków, a wciąż korzystają z dodatkowo płatnych wygód.

Pierwszym przykładem jest zamawianie jedzenia. Oczywiście, że jeśli nie stać Cię na pójście do restauracji, to najlpeije gotować w domu. Wiem też, że czasem nie starcza na to czasu (lub umiejętności) i po prostu chcemy zjeść coś innego, co przygotuje ktoś inny. Nawet wtedy jednak warto rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy dowóz to rzeczywiście "darmowa" opcja. W mojej okolicy jest zaskakująco wiele knajp (w tym moja ulubiona), które udzielają rabatu przy odbiorze osobistym, zatem jeśli zamówisz przez telefon i osobiście odbierzesz jedzonko, zapłacisz o 10% mniej. Taniej niż jeść w restauracji, taniej niż zamówić z dowozem. 

W ogóle dostawy to temat rzeka. Zaczynając od dostaw kurierskich, warto sprawdzić różnicę między dostawą do drzwi a dostawą do punktu (czy choćby paczkomatu) - mniej wygodnie, ale taniej. Dostawy zakupów - co prawda zdarzają się tu promocje, które równowarzą koszt dostawy, ale promocje te można często znaleźć także w sklepie stacjonarnym, gdzie koszt dostawy będzie zerowy. Jeśli zakupy wydają Ci się drogie - nie podnoś ich kosztu, żądając wygodnej dostawy do domu.

Raty to także temat pod rozwagę. Wiem, że teraz modne są "raty 0%" i niektóre nawet faktycznie takie są (nie ma kosztu obsługi systemu rat, prowizji i innych dodatków), ale nawet w takim przypadku pojawia się koszt ukryty w konieczności dopisania do budżetu kolejnej pozycji, która uszczupli dochód i sprawi, że w kolejnych miesiącach zostanie nam mniej środków do życia. Lepszym rozwiązaniem, z którego osobiście zawsze korzystałem jest założenie, że jeśli w tej chwili nie mam na coś pieniędzy, to znaczy, że mnie na to nie stać. Jeśli jestem w stanie uzbierać na coś pieniądze, to zależy mi wystarczająco, by to posiadać. Panowanie nad finansami stało się o wiele bardziej intuicyjne dzięki temu założeniu. I rozumiem wygodę rozwiązań ratalnych, ale uważam ją za słuszną tylko w przypadku niezwykle istotnego zakupu, którego nie dało się zaplanować (jesli lodówka zepsułaby mi się na amen i nie miałbym żadnego funduszu rezerwowego, to prawdopodobnie zmuszony sytuacją nową kupiłbym na raty, ale jeśli byłoby to zimą, to starałbym się przechowywać jedzenie na baklonie i zbierać na nową chłodziarkę).

Taksówki to kolejne udogodnienie, z którego rezygnuję, gdy jestem pod kreską. Owszem - są o wiele wygodniejsze od roweru czy komunikacji zbiorowej, ale nawet te z aplikacji kosztują więcej. Tłumacząc się, że "to konieczność, z której wszyscy korzystają" zwyczajnie nie masz racji. W większości przypadków możesz tak zaplanować swoje przejazdy, by dopasować się do tańszych opcji komunikacyjnych. Nie tak dawno, bo w ferie zimowe, pojechałem pociągiem o kilka godzin za wcześnie tylko dlatego, że była promocja 50%. Co prawda zanim zwolnił się pokój (zameldowanie o konkretnej godzinie), spędziliśmy trochę czasu na dworcu, ale oszczędzenie paruset złotych było tego warte. Dzęki temu stać nas było na dobry obiad i zakupy na śniadanie następnego dnia.

Takie przykłady można mnożyć. Chodzi mi o to, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że dopłacamy za wygodę, która wydaje nam się normą. Kiedy jednak portfel nas przyciśnie warto z tego zrezygnowac i poszukać tańszych rozwiązań. Do wygody powrócimy, kiedy znów będzie nas na nią stać.

piątek, 13 marca 2026

Za dużo!

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że potrafię się zapomnieć w oszczędzaniu (przy okazji historii o lodówce). To oczywiście nie jedyna moja wada i nie jedyna nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tematykę oszczędzania. Dzisiaj nadszedł dzień, kiedy wyznam kolejny mój grzeszek, który łączy się z tym tematem i skutecznie uprzykrza mi życie. Podobnie jak hałasująca lodówka, na którą byłem skazany dzień i noc i każdego dnia okradała mnie z odrobiny spokoju, tak samo i tutaj z efektami swojego postępowania mierzę się codziennie.

Z oszczędności niczego nie wyrzucam. Wszystko może być mi potrzebne. A jeśli nie mi, to komuś z mojego otoczenia. A jeśli nie, to komuś innemu, komu można to sprzedać. Rzeczy wypełniają szczelnie szafy, mam dwie piwnice i schowek, na półkach stosy... To jeszcze nie jest etap kliniczny - nie walają mi się po domu sterty przedmiotów, ale posiadam pudła pełne rzeczy, talerzy, książek, zabawek, śrubek i czego tam jeszcze można chcieć. Bo wszystko się może przydać, a w ten sposób nie będę musiałkupować.

Błąd polega na tym, że i tak muszę kupować, bo nigdy nic nie można znaleźć. Wszystko co posiadam jest bardzo użyteczne, jeśli tylko miałbym do tego dostęp. Niestety nie mam bezbłędnego systemu katalogowania, ani przestrzeni pozwalającej na wyeksponowanie kolekcji, a kiedy wszystko stoi w schowku w pudłach, do niczego nie ma dostępu, nic nie da się łatwo znaleźć.

Z perspektywy kogoś, kto jest zagubiony wśród posiadania WSZYSTKIEGO uważam, że użyteczne jest tylko to, co da się znaleźć i jest pod ręką wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Rzecz, które można kupić za kilkanaście złotych, a ja przechowuję je przez dekadę, po prostu nie warto posiadać. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego mam zamiar przeprowadzić porządki i wiem, że nie będzie to łatwe, ale ten post jest pierwszym krokiem. Jeśli macie podobny problem... odwagi!

piątek, 6 marca 2026

Cała prawda o Edukacji

Z uwagi na swój wiek i doświadczenie, zdecydowałem się dzisiaj skierować swoje słowa do młodych, do których jednak prawdopodobnie one nie dotrą (bo nie czytają blogów). Być może jednak ci, którzy czytają, podzielą się tym tematem i swoim doświadczeniem w tej dziedzinie z młodymi w ich otoczeniu, którzy być może chcą ich słuchać. Chodzi mi o edukację i jej korelację z rynkiem pracy, oraz płacą. To nie jest tak, jak mnie mówiono, więc zapewne nie jest też tak, jak mówią Wam. Obiecuję także zwrot akcji, który być może sprawi, że tego tekstu nie skwitujecie jedynie stwierdzeniem "przecież wiadomo, że tak jest". Być może uznacie, że jest tu coś więcej.

Na początek śmiało napiszę tutaj niepopularną opinię o tym, że przedstawiciele wielu zawodów (głównie pracownicy biurowi, korporacyjni i urzędnicy, ale nie wyłącznie), nawet pracując na danym stanowisku przez lata, nie bardzo wiedzą co robią. Nie potrafią ocenić, czy ich praca jest ważna, trudna i unikalna. Większość myśli, że ma doświadczenie, a to jedynie przepracowane lata. Nowy pracownik, jeśli jest zdolny, może się nauczyć wykonywania tych obowiązków w kilka tygodni, maksymalnie w parę miesięcy. To smutna konkluzja, ale tak jest w bardzo wielu przypadkach - jedynie specjaliści się bronią. Bardzo często także ich przełożeni, aż do pewnego poziomu, także nie wiedzą co robią. Dostają polecenia z góry i pilnują wykonywania tego polecenia. Uczestniczą w procesie, o którym nie mają pojęcia. Realizują fragment większej całości, albo prowadzą marginalną obsługę dokumentacji, wprowadzają dane lub obsługują klienta przekazując mu usługi, produkty i informacje, przygotowane przez kogoś innego. I nic w tym złego!

Rzecz w tym, że większość pracy wykonywanej w ten sposób wpływa na ekonomię i ergonomię przedsiębiorstwa. Po prostu potrzeba dużo takich właśnie osób do obsługi tych kilku jednostek, które faktycznie wiedzą co robią i na których oparte jest działanie całej firmy. O wiele wydajniej jest nauczyć pracownika niższego szczebla wykonywania kilku prostych obowiązków niż wtajemniczać go w powody, dla których musi to robić i tłumaczyć działanie całego mechanizmu, zamiast opisać jedynie funkcję jednego trybiku.

To jednak sprawia, że pracując na tego typu stanowisku:
  • nie nabywasz (prawie) żadnych nowych umiejętności, nie rozwijasz się,
  • zapominasz te rzeczy, na których nauczeniu się spędziłeś czas w szkołach, często bardzo dobrych,
  • nie będziesz wiele zarabiać, bo łatwo Cię zastąpić (chociaż myślisz inaczej),
  • masz niewielkie szanse awansu i prawie zerowe szanse awansu na stanowisko dobrze płatne i wychodzące poza schemat,
  • nie wykorzystujesz potencjału i nie masz szans wykazania się (a co za tym idzie - patrz punkt powyżej),
  • nie czerpiesz satysfakcji, wypalasz się, tracisz entuzjazm (ten, który pojawiał się, kiedy na studiach zainteresował Cię jakiś temat), 
Wniosek - do takich prac potrzebny jest często papierek, który potwierdza "wykształcenie", a nie prawdziwa wiedza. Idąc w tym kierunku musisz mieć tego świadomość (albo jedynie "złapać" staż i lata doświadczenia zanim będą Cię mogli zatrudnić tam, gdzie naprawdę chcesz pracować). Jeśli planujesz spokojnie pracować za tę pensję, nie mieć stresów i wysiłku - to jest droga na lata.

Jeżeli planujesz coś więcej (i nie ma nic złego w tym, że nie planujesz!), to już na etapie szkoły musisz zmienić swoje podejście. Tutaj musi Ci nie zależeć na papierku, ale na wiedzy. Właśnie dlatego MUSISZ wykorzystać cały dostępny czas. Kiedy jesteś w szkole, w klasie czy na studiach, nie olewasz. Słuchasz tego, czego uczą, doczytujesz samemu, robisz zadania i naukę danego tematu uznajesz za skończoną, gdy w pełni go rozumiesz.

Skoro spędzasz w szkole te 8 godzin, to nie marnuj ich na grzebanie w telefonie. To czas przeznaczony na naukę i żeby nie był stracony, ucz się wykorzystując go w stu procentach. I tak siedzisz w szkole (na uczelni), więc co Ci szkodzi? Czy więcej przyjdzie Ci z grania w głupią grę na telefonie? Prawdopodobnie nie. Każda rzecz dodatkowa, której się nauczysz sprawi, że wyprzedzisz kolegę z ławki obok. Więc skoro "tracisz" w szkole 8 godzin każdego dnia - czy coś robisz, czy nie, lepiej coś robić. Powtórzę - to te same osiem godzin, czy coś robisz czy nie!

Dodatkowym bonusem takiego postępowania będzie wykształcenie w sobie nawyku wykorzystywania dostępnego czasu oraz łatwość wyrobienia sobie opinii pracowitego. Kiedy pójdziesz do pierwszej (drugiej i kolejnej) pracy, nie odpuszczaj - jeśli pracujesz osiem godzin, to pracuj i nie olewaj. I tak jesteś "uwięziony" przez osiem godzin - pracowanie w tym czasie Ci nie zaszkodzi. Może to da Ci awans, a może nie, ale z pewnością sobie nie zaszkodzisz. Ja bywałem niemiło zaskoczony tym, jak niewiele pracy wykonują moi współpracownicy dysponując tym samym czasem pracy, póki nie zrozumiałem, że im po prostu jest dobrze tu, gdzie są i zależy im tylko na tym, żeby "spędzić" kolejny dzień, który przybliży ich do wypłaty.

Na koniec smutna prawda - dyplom to tylko papierek. W obecnych czasach ma je prawie każdy. Sam dyplom nie sprawi, że będziesz więcej zarabiać - w najlepszym razie pozwoli Ci zarobić podobną kwotę za nieco lżejszą pracę. Ale nie będzie to szczególnie wysoka stawka, bo tę zarobisz tylko dzięki temu, że robisz więcej i lepiej niż inni. Aby to osiągnąć musisz więcej wiedzieć, więcej umieć i być bardziej pracowity. Musisz tworzyć własną jakość, zamiast jedynie wypełniać etat. To więcej niż wykonalne, ale nie wymaga studiów, a ciężkiej pracy. To nie jest tak, że kończysz studia, a reszta dzieje się sama. Lepiej być dobrym mechanikiem czy hydraulikiem bez studiach niż znudzonym przekładaczem papierków w jakimś biurze z dyplomem oprawionym w ramkę.

Nie można utyskiwać na to, że pracownik bez studiów zarabia więcej. Dyplom nie jest gwarantem zarobków - studia to szansa na nauczenie się więcej niż umie przeciętny hydraulik. Jeśli potraktowałeś studia jako sposób na zdobycie papierka, to właśnie tyle z tego masz - znajdziesz pracę, w której nie będziesz musiał przepychać kibla, ale człowiek, który potrafi to zrobić, ma doświadczenie i jest na tyle pracowity, by je wykorzystać, zarobi więcej niż Ty za biurkiem. Bo ludzie płacą za faktycznie wykonane zadania, a nie za to, że kiedyś odbębniłeś kilka dodatkowych lat w szkole i masz potwierdzenie tego faktu oprawione w ramkę.

Uczyć się samemu jest trudniej niż iść do szkoły, gdzie ktoś opowie Ci wszystko niemal bez Twojego udziału. Rzecz jednak w tym, że osoba, która uczy się samemu wykazuje się determinacją i z pewnością nie zmarnuje czasu, spędzonego nad książkami. Ona nie chce zaliczyć egzaminu, tylko posiąść wiedzę. Gdyby więcej osób z taka determinacją chodziło do szkół, a osoby, które chcą tylko dostać papier zwolniły dla nich miejsca na uczelniach i siedziały w domu przed konsolą, mielibyśmy prawdziwszy obraz świata. Edukacja to szansa, a nie wartość sama w sobie. Wykorzystaj tę szansę zamiast utyskiwać na to, że ktoś kto faktycznie się postarał zarabia lepiej niż Ty - z dyplomem ukończenia studiów wyższych.

piątek, 27 lutego 2026

Życie w pętli

Zauważyliście, że kiedy już macie wszystkie urządzenia, które chcieliście mieć, osiągacie stan, kiedy wszystko działa i nie musicie kupować niczego dodatkowego, coś się psuje i zużywa i kiedy wymieniacie ten jeden niedziałający sprzęt, psuje się następny i kolejny? No właśnie. Współczesny sprzęt zaprojektowany jest tak, byśmy nigdy nie osiągnęli stanu, kiedy "mamy wszystko, czego nam potrzeba". Nieustannie musimy wymieniać zepsutą rzecz na nową, z założenia lepszą, a w praktyce taką, która też niebawem się zepsuje i będzie wymagała wymiany. Powyższe sprawia, że nie możemy przeskoczyć pewnego etapu - nawet jeśli udaje nam się odkładać pieniądze, są one wydawane wciąż na te same rzeczy! W dodatku te rzeczy są coraz droższe, a więc nawet jeśli dostajemy podwyżkę, to rekompensuje ona tylko zmianę cen, a nie pozwala nam "wejść na kolejny poziom". To skłania do refleksji i nasuwają się dwa wnioski.

Po pierwsze - samo odkładanie pieniędzy nie wystarczy. Trzeba dodatkowo inwestowac tę nadwyżkę, by (przynajmniej) nie traciła na wartości. Trzeba dać sobie szansę na jakiś profit z tytułu oszczędzania.

Oraz po drugie - warto wymieniając zepsute sprzęty na nowe, zastanowić sie nad zastąpieniem ich dawną, niepsującą się wersją. I to, uważam, jest sposób na przerwanie pętli. Skoro współczesne rzeczy szybko się psują, a niegdysiejsze były używane przez lata (nawet jeśli nie były aż tak wygodne), to może czas wymienić część przedmiotów na takie sprzed lat?

Oto, na szybko, kilka przedmiotów, które warto posiadać w wersji "jak kiedyś":
  • Garnki, a już szczególnie patelnię. Ciężka, żeliwna patelnia, albo taka porządna z nierdzewki jest może nieco trudniejsza w obsłudze niż współczesne patelnie z powłokami, ale za to jest nieśmiertelna. Dosłownie - można ją przekazywać z pokolenia na pokolenie.
  • Narzędzia - te najprostsze, nieelektryczne. Kiedyś za ich pomocą można było dokonywać dowolnych napraw, więc i teraz się da. Dobry (stary) młotek, wiertarka z korbą (może nie zastąpi udarowej do żelbetu, ale w pracach stolarskich sobie poradzi), dłuta, strugi, piły. To wszystko można kupić i używać.
  • Sweter, najlepiej robiony na drutach z owczej wełny. Porządnie wykonany może być przekazywany z pokolenia na pokolenie (chociaż ja wyrosłem ze swetra po dziadku, który nowił także mój taka, to dostanie go mój syn, bo nadal jest w bardzo dobrym stanie). Są o wiele trwalsze niż ubrania produkowane w fabrykach i cieplejsze nić bielizna termiczna. Nie ma to jak natura.
  • Nóż, szczególnie stary, wojskowy, który sprawdzi się w terenie. Kiedyś nóż (w szczególności wojskowy) robiony byłtak, by przetrwać wszystko. Można go ostrzyć niemal w nieskończoność, nie złamie się, raczej nie wyszczerbi (chyba, że zrobimy to specjalnie). Przecina skórę zwierzęcą, kości, ostrzy patyki, można nim strugać i przekroi niemal wszystko. Sprawdzi się więc także w kuchni.
  • Metalowy kubek. Zwyczajny, najprostszy. Wciąż można w nim pić kawę czy herbatę, a jest niezwykle wręcz trwały. Charakter ma nieco surowy - przyznaję, ale za to jest nie do zdarcia.
Moja rodzina, która mieszkała w miejscu, gdzie ciepłą wodę trzeba było sobie zagrzać, do niedawna używała w tym celu starej pralki (trochę nowszej niż Frania, ale o tej samej budowie). Działało doskonale przez cztedzieści lat. Dopiero dociągnięcie wodociągu zakończyło ten system, ale pralka, nadal w stanie nadającym się do użycia, wylądowała w piwnicy "na wszelki wypadek". Posiadanie "starych, dobrych" rzeczy może się okazać sposobem na przerwanie pętli. Albo chociaż na rozciągnięcie jej...

piątek, 20 lutego 2026

To nie jest sposób na "pchanie spraw" do przodu

Ciekawym zjawiskiem, które szerzy się w ostatnich latach są zakupy, które nie tylko wydają się niezbędne "by zacząć", ale także zakupy, które dają iluzję tego, że w sprawie już coś zrobiono. Dzięki narzędziom promocji i reklamy, a także zmianie sposobu myślenia oraz tego jak jesteśmy odbierani i kojarzeni z różnymi atrybutami, otrzymujemy złudzenie zmiany stylu życia zanim jeszcze cokolwiek naprawdę zrobimy. Co więcej - im więcej wydamy, tym iluzja jest silniejsza. Dotyczy to głównie poważnych, pozytywnych zmian życiowych, które są bardzo trudne do wykonania. To właśnie w takich momentach przepłacamy, by zyskać poczucie "no, teraz początek już za mną" i "proces się rozpoczął i trwa".

Co ciekawe, sprawa dotyczy (chociaż nie wyłącznie) zachowań prozdrowotnych - diety, ćwiczeń, chudnięcia, dbania o siebie i o swoje zdrowie. Ktoś może się przekonać, że do rozpoczęcia zdrowej diety potrzebna mu będzie książka ze zdrowymi przepisami i druga, która wyjaśni zagadnienie diet. Prawdopodobnie jednak nigdy ich nie przeczyta, albo ugotuje jedną potrawę z przepisem i tyle. Ale poczucie "bycia na diecie" zostało zaspokojone. A jeśli przeczyta książkę, może dojść do wniosku, że aby faktycznie zacząć zdrowo się odżywiać zgodnie z książką, musi kupić sobie drogie urządzenie do kuchni (malakser, air fryer, grill elektryczny czy co tam jeszcze), bo bez tego ani rusz. I znów dieta zostaje odsunięta o kilka dni, bo zakupy w toku. Później trochę czasu zejdzie na czytaniu instrukcji, zamówieniu tego jednego nieodzownego a trudno dostępnego składnika, bez którego to wszystko nie ma sensu... zawsze znajdzie się kolejny zakup, który da nam poczucie robienia czegoś w odpowiednim kierunku...

Podobnie jest ze sportem. Zakup drogiego roweru, bo na starej damce nie da się przecież ćwiczyć w zoptymalizowany sposób. Nie mogę ćwiczyć w domu, bo muszę kupić sobie najpierw hantle / bieżnię / stepper / inne urządzenia. Potem jeszcze napoje izotoniczne, ale te specjalne, sprowadzane, ponoć najlepsze. Bez nich z pewnością dostanę skurczu, bo znany kolarz mówił, że dostał. Już sam zakup karnetu na siłownie jest często bez sensu, bo nie zawsze motywuje do ćwiczenia (kiedy pierwszy raz szedłem na siłownię kupiłem sobie jednorazowy wstęp. Drugi raz też. I trzeci. Dopiero kiedy uznałem, że chodzę regularnie, zapłaciłem za miesiąc z góry - polecam takie podejście).

Jeśli chcesz zacząć coś robić, nie zaczynaj od drogich zakupów, które zastąpić mają to, co musisz zrobić. Zacznij od czegoś w odpowiednim kierunku - chcesz iść na dietę? Zacznij od notowania kalorii tego co jesz, spróbuj zmniejszyć ich ilość, jedz mniej tłuszczu, zrezygnuj z podjadania między posiłkami i słodzonych napojów, sprawdź czy jesteś gotów / gotowa na poświęcenia i dopiero gdy przekonasz się, że dasz radę, zainwestuj w coś, co pomoże Ci wytrwać, co ułatwi Ci codzienne trzymanie diety, przygotowanie posiłków i tak dalej. Poza oszczędzeniem pieniędzy na, inaczej, bezsensowny zakup, zmotywuje Cię to lepiej do realizowania wyznaczonego celu. 

A dobre, zdrowe i proste do przygotowania przepisy znajdziesz w tej książce.

piątek, 13 lutego 2026

Oszustwo na procentach

Większość ludzi nie rozumie procentów. Nie umie ich policzyć, nie wie jak działają, ich wiedza szkolna kuleje w tym temacie. Dlatego właśnie sklepy mają tutaj pole do popisu i kłamią. Tak - nazywam oszustwem to, co w świecie biznesu zwie się "marketingiem", ponieważ tym własnie zajmuje się ten dział - wymyślaniem nowych sposobów, w jaki może oszukać konsumenta i sprawić, by zapłacił za coś na podstawie fałszywych przesłanek, fałszywego przekonania. Przy czym perfidia marketingu polega na tym, że jest to oszustwo sankcjonowane przez prawo - wszystko było niby jasno opisane, po prostu twórca wiedział, że konsument nie zrozumie tego na czas (albo w ogóle).

I tu wkraczam ja, cały na biało i oznajmiam - nie rozumiesz procentów, więc nie posiłkuj się nimi podczas zakupu! Jasne - 40% obniżki działa na wyobraźnię, ale czy umiesz tak na szybko policzyć 57% obniżki z 812 złotych? Zapewne nie.


Na czym polega oszustwo?


Widzisz w sklepie nową cenę: 999 PLN. Obok widnieje stara cena, przekreślona. Wielki znak informuje, że to 40% obniżki. A malutkimi literkami napisane jest: najniższa cena z ostatnich 30 dni: 1150 PLN. I to już wszystko. Co tu nie gra? Dlaczego to oszustwo? Przecież cena 999 PLN jest konkurencyjna, najlepsza! 

Cóż, obniżka faktycznie jest, ale jedynie o 13% w stosunku do najniższej ceny z ostatnich 30 dni. W międzyczasie podniesiono cenę, by następnie skreślić ją i dać działający na wyobraźnię baner z hasłem: 35% obniżki. Wiele osób, które kupiło produkt z powodu takiej przeceny nie zwróciło by na niego uwagi, gdyby zobaczyło, że obniżka to jedynie 13%. Zatem zakupu dokonało na podstawie niewłaściwych, fałszywych przesłanek - zatem oszustwo!

Jak się chronić?


I myślicie pewnie, że to wydumany przykład. Ale weźcie kalkulator i idźcie do sklepu. Porównajcie aktualną cenę po podwyżce z "najniższą ceną z ostatnich 30 dni" i sprawdźcie jak procentowo wygląda ta promocja. Przekonacie się jak wiele przypadków nie odpowiada rzeczywistości.

A najlepiej w ogóle nie patrzeć na procenty (jeśli ich nie rozumiesz). Zrezygnuj z przesłanek, które odbierasz jedynie emocjonalnie, a nie na logikę. Kieruj się jedynie ceną i potrzebą zakupu. Porównuj tylko cenę za określoną ilość (niekoniecznie za opakowanie, ale za kilogram, litr czy metr).

piątek, 6 lutego 2026

Fundusze Awaryjne w 2026 roku

Fundusze awaryjne to coś, co uważam za konieczność dla spokoju ducha i zmniejszenia codziennego stresu. To osobna kategoria oszczędzania, nie wchodząca w żaden cel oszczędzaniowy, w zwyczajne "odkładanie" na wszelki wypadek ani nie są funduszami na inwestycję. A jednak mają swój własny cel - pozwolić na poczucie bezpieczeństwa! Tego nie da się niczym zastąpić i bardzo gorąco polecam założyć fundusz (lub fundusze) awaryjne, kiedy tylko  będzie taka możliwość. Sam kiedyś zaniedbałem (choć nie do końca ze swojej winy) i pozbieranie się w takiej sytuacji staje się znacznie bardziej skomolikowane i wymaga pomocy osób trzecich. A przecież nie o to chodzi w tej całej finansowej niezależności.

Myślę, że są 3 typy funduszy, przy czym pierwszy jest w mojej opinii koniecznością, a do tego warto mieć któryś z pozostałych dwóch (ale nie trzeba mieć obu, bo poniekąd pokrywają się, różniąc jedynie podejściem).

1. Fundusz "na czarną godzinę"


Ten fundusz ma pokryć nieprzewidziane wydatki, które nadejdą nagle. Mam tu na myśli konieczność drogiego leczenia, wstawianie implanta - głównie wydatki medyczne (ale zapewnie nie tylko - te wydają mi się najważniejsze, co nie znaczy że ktoś nie ma doświadczeń z innym typem nagłych, koniecznych wydatków).

Zalecałbym, by ten fundusz w 2026 roku wynosił przynajmniej 5 000 PLN.

2. Fundusz "na wypadek utraty pracy"


Jeśli w przypadku utraty pracy chcesz mieć czas na szukanie nowej, nie pogarszając swojego poziomu życia, zalecam, by odłożyć pieniądze na ten cel, które pozwolą uniknąć pożyczek, czy to od znajomych, czy tak zwanych "chwilówek" (chociaż, jeśli taka konieczność nastąpi, to oczywiście jest to opcja do sprawdzenia).

Dobrze by było, żeby ten fundusz zawierał w sobie kwotę w wysokości trzymiesięcznych dochodów (całego gospodarstwa domowego). Wydaje się to dużo, ale być może nigdy nie będzie musiało zostać użyte i może leżeć na jakimś koncie oszczędnościowym, albo nawet na lokacie. Tę można przecież w razie czego zerwać, tracąc jedynie odsetki.

3. Fundusz "na opłaty"


W tym przypadku chronimy się przed odsetkami za zaleganie z opłatami w przypadku utraty pracy. Jest to nieco mniej intensywna wersja poprzedniego funduszu, gdzie odkładamy jedynie kwotę, wystarczającą na opłacenie rachunków (czynsz, woda, prąd, gaz, abonamenty) przez określony czas.

Tutaj zalecałbym, podobnie jak w wariancie poprzednim, trzymać kwotę w wysokości sumy trzymiesięcznych opłat.