piątek, 3 kwietnia 2026

Kłamstwa, które przeszkadzają Ci być bogatym

Istnieje w naszej rzeczywistości szereg kłamstw, często nazywanych marketingiem, które ustawicznie drenują kieszenie zwykłych, nieświadomych obywateli. Niestety, świadomi ich ludzie często także są przez nie okradani, gdyż część z nich stało się już zwyczajem, którego nie można zmienić, a część stanowi nawet własne prawa. Dzisiaj spróbuję nazwać niektóre z nich po imieniu. Na większość nie mam rady i obawiam się, że także jej nie znajdziecie, ale wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Jesli jednak macie sposoby na radzenie sobie z nimi, dajcie proszę znać w komentarzach.

Emancypacja


Tytuł budzący kontrowersje, ale spokojnie - chodzi mi tutaj jedynie o pewien wybrany aspekt sprawy, a mianowicie namawianie kobiet na konieczność pójścia do pracy czy robienia kariery. Samo w sobie danie komukolwiek takiej możliwości, jeśli wcześniej jej nie miał nie jest złe, ale osobiście ruch ten uważam za jedno z największych kłamstw marketingowych, które obecnie zbiera żniwo.

Przed emancypacją pracujący mężczyzna był w stanie utrzymać dom i rodzinę - żonę, dzieci (często więcej niż jedno). Zapewniał byt, jedzenie, ubranie, schronienie, a zostawało jeszcze na przyjemności i wakacje. Po "uświadomieniu" kobietom, że tez mogą iść do pracy, doszło do tego, że jedna osoba w rodzinie ma trudność z utrzymaniem jej. Płace można było niepostrzeżenie obniżyć, by dwoje ludzi zarabiało na to, na co wcześniej zdołała zarobić jedna. A kiedy brak pieniędzy odzywają się głosy "no tak, twoja żona nie pracuje to nie dziwne, że wam brakuje".

Taniocha


Uwazasz, że porządne meble są bardzo drogie, ubrania szyte na miarę to zbytek a co ładniejsze przedmioty codziennego użytku są niewspółmiernie drogie? Cóż - nic dziwnego! Kiedyś to były normalne ceny. Co więcej - pensje odpowiadały tym cenom (w pewnym sensie). A później przyszły tanie, papierowe meble za ćwierć ceny, tanie chińskie ciuchy niskiej jakości i wszystko można było odlać z plastiku i zastąpić wyroby rzemieślnicze. Zachłysnęliśmy się tymi produktami, a ich ceny wdarły się do naszej świadomości. A ludzie, od których otrzymujemy wypłatę zauważyli swoją szansę - przecież nie musi Cię być stać na komodę czy kredens z kazdej wypłaty. Przecież nie ma nic złego w odkładaniu na zakup nowego łóżka. Nagle pensje zaczęły odnosić się do tych "tańszych zamienników" - kiedyś nie było Cię stać na regał i musiałeś odkładać przez trzy miesiące, a teraz proszę - regał kupisz od ręki, za jedną wypłatę. Z tym, że nikt nie mówi, że jest to ten sam regał. Teraz kupisz gorszą, dziesięć razy tańszą wersję, a to, co kiedyś nazywałeś zwykłym meblem to dzisiaj produkt premium.

Eko, Bio...


Czemu kiedy chcę kupić gruszkę, mamiony jestem ofertami gruszek "Bio"? Kiedy te zwykłe gruszki z drzewa przestały być ekologiczne? Czy teraz są niezdrowe? To może niech te "Bio" nazywają się zwykłymi, a na tych zwyczajnych dopiszcie, że to produkt szkodliwy, drugiej jakości? Jak wyprodukować gruszkę "lepszą niż zwykła", by brać za nią dodatkowe pieniądze? Ja chcę, by owoce i warzywa domyślnie były "Eko" - to produkty nieprzetworzone, wolne od konserwantów i barwników, prawda? A jednak cena tego nie odzwierciedla. A jeżeli to produkty "Eko" są takie jak kiedyś, to może niech mają one "normalne" ceny, a te zwykłe, drugiego sortu niech będą dostępne za grosze?

Oczywiście to kolejny wymysł marketingu - za to, co kiedyś było normalne teraz płacimy ekstra, bo teraz jest to produkt premium. Wiecie jakie wędliny sa najdroższe? Ironicznie te z dopiskiem "jak dawniej"... 


Przykładów jest wiele - cała współczesna "ekologia" (zwrot butelek to jeden ze świeższych przykładów robienia biznesu), zaniżenie wartości edukacji (o wiele bardziej opłaca się być hydraulikiem z praktyką niż magistrem, nawet jeśli jest się specjalistą w swojej dziedzinie - "danie" wykształcenia każdemu tworzy patologię, w której nikt już nie wie kto jest kto, a papier jest tylko papierem), wprowadzanie nieżyciowych przepisów (choćby w budownictwie, ale i w przepisach drogowych) i tendencyjnych norm (pasujących nielicznym) oraz prawodawstwo najeżone wyjątkami od wyjątków. Służba zdrowia, w której płąci się za możliwość zrobienia badań, dzięki którym lekarz zaproponuje leczenie, ale zażąda podpisu, że my takiego własnie leczenia chcemy i bierzemy pełną za nie odpowiedzialność. Mechanicy, którzy nie chcą podejmowac się trudnych napraw, bo lepiej zarabiają na szybkich poprawkach dla ludzi, którzy nie mają faktycznego problemu, ale można im policzyć zaporową stawkę za pięć minut roboty...

Mówiło się kiedyś, że Polacy to naród kombinatorów, którzy poradzili sobie w ciężkich czasach. A ja Wam mówię, że ciężkie czasy nadal trwają, a kombinowania już nawet nie zauważamy - teraz stało się to normą.

piątek, 27 marca 2026

Ucz się, by nie płacić

Uczenie się to nie tylko sposób na to, by mieć dobrą pracę, więcej pieniędzy i zapewnienie sobie warunków, w których na wszystko stać. To także coś o wiele bardziej wprost. Posiadanie praktycznych umiejętności oznacza, że nie trzeba wynajmować kogoś, kto będzie mógł ich użyczyć. To oszczędność na wydawaniu pieniędzy, a nie dodatkowy zarobek. Osobiście uważam, że wszystko, co nie wymaga wymiany środków płatniczych jest tańsze, chociażby o podatek i opłatę manipulacyjną. Lepiej nie zarobić i nie musieć wydać niż zarobić i wydać.  To zupełnie inne podejście do zagadnienia.

Żyjemy w czasach szeroko rozwiniętego rynku wszelakich usług. Są one jednak zupełnie inne niż kiedyś. Bardziej udziwnione i wydumane. Wymagające już nie tyle wiedzy i umiejętności, co sprzętu i sprytu oraz metod marketingowych. Mnie pociąga prawdziwe rzemiosło - krawiec, szewc, mechanik, który potrafi naprawić coś, zamiast jedynie wymieniać części. To był kiedyś resort usług. Obecnie jest to margines, być może przyziemny, za to życiowo bardziej potrzebny niż trener personalny, architekt wnętrz feng-shui czy doradca inwestycyjny.

Okazuje się, że wraz ze zmniejszeniem się ilości osób wykonujących te "przyziemne" usługi, zmalał na nie popyt. Sztucznie zmalał. Wmówiono nam bowiem, że rzeczy się nie reperuje. Że taniej i lepiej jest kupić nowe. Cóż - taniej może faktycznie jest, ale tylko dlatego, że nie ma gdzie naprawić starych, a nowe konstruowane są tak, by naprawić się ich nie dało. A przecież tyle mówi się obecnie o ekologii, zmusza obywatela do wydawania dodatkowych środków na ten szczytny cel, a nie wprowadza obowiązku producenta do tego, by produkt wytrzymał dłużej niż wynosi okres gwarancji (za którego wydłużenie przecież się płaci).

Jako, że sam potrafię nieźle ugotować to, co lubię zjeść, a regały w swoim mieszkaniu samodzielnie zaprojektowałem i skręciłem (po zamówieniu na stolarni odpowiednio przyciętych elementów) i nie płacę za wiele rzeczy, których mogę nauczyć się sam, postanowiłem zastanowić się nad listą umiejętności (od łatwych, których nauka zajmie kilka minut, a przydadzą się raz na jakiś czas po bardziej skomplikowane, które pozwolą na zaoszczędzenie sporych sum), które warto posiadać w dzisiejszych czasach. Oto ona:

  • Musisz wiedzieć jak wbić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie czy przepiłować deskę. Naucz się korzystać z miarki czy kątownika. Te podstawowe umiejętności pozwolą Ci dokonywać w domu małych napraw. Nie są one drogie, ale dojazd fachowca to koszt (a nie zawsze ma się kogo poprosić o pomoc).
  • Dowiedz się jak wykonać obsługę urządzeń w domu - jakie masz żarówki i jak się je wymienia, który bezpiecznik odpowiada za który obwód i co z tego wynika, dowiedz się jak odetkać zatkany odpływ czy przepchać toaletę. Tego ostatniego warto nauczyć się obserwując fachowca przy pracy (choć można także z filmu instruktażowego na youtube).
  • Jeśli nauczysz się jak rozłożyć namiot i krzesać ogień, a do tego poćwiczysz wiązanie kilku podstawowych węzłów, masz do dyspozycji nowe, ciekawe hobby i sposób spędzania wolnego czasu, a być może także pomysł na tanie wakacje. Nie mówiąc o tym, jak męskie jest posiadanie takich umiejętności.
  • Cerowanie i szycie to coś, co da się opanować. Choćby tylko w zakresie zaszycia małej dziurki czy przyszycia urwanego guzika. Taka szybka naprawa garderoby pozwala dłużej cieszyć się ulubionymi ciuchami, bez konieczności zanoszenia wszystkiego do krawcowej. To dosłownie kilka minut pracy (chociaż nauka szycia trwa nieco dłużej), a przydaje się bardzo często, szczególnie przy dzieciach.
  • Umiejętność zmiany koła czy naładowania akumulatora to konieczność dla wszystkich zmotoryzowanych. W awaryjnej sytuacji pozwala oszczędzić czas i pieniądze.
  • Jeśli nauczysz się gotować kilka swoich ulubionych potraw, za ułamek ceny odtworzysz przepisy i następnym razem wybierzesz gotowanie, a nie wyjście do restauracji. Dodatkowym plusem jest możliwość zastosowania lepszych produktów i wiedza o dodatkach (w tym konserwantach), które znajduja się w potrawie.
  • Możesz stworzyć sobie własny plan treningowy we własnym domu, zamiast wykupować karnet na siłowni. A jeśli mieszkasz w mieście, domowe ćwiczenia możesz uzupełnić o zestaw na plenerowej siłowni. Tanio, przyjemnie, na świeżym powietrzu. Filmów instruktażowych i darmowych aplikacji jest od groma.
  • Na koniec coś bardziej osobistego - nauczyłem się rozumieć zapisy w umowach (na usługi, obsługę, kredytowych, regulaminach), dzięki czemu nie potrzebuję prawnika podczas ich podpisywania, a jednocześnie czuję się bezpiecznie zarówno podczas negocjacji i podpisywania, jak i przez okres związania umową. Umiejętność ta pozwoliła mi zaoszczędzić ogromne pieniądze (choćby wcześniejsza spłata kredytu mieszkaniowego bez odsetek). Pomogłem też kilku znajomym rozprawić się z ich problemami na podstawie zawartych przez nich umów, pisanych wniosków i wyliczeń. Dzięki moim poradom uniknęli nieprzyjemności i odzyskali należne pieniądze. Owszem - nauczenie się tego wymagało sporo pracy, ale warto było.

Ostatnia rada dotyczy tego, by cały czas uczyć się nowych umiejętności w miarę potrzeb. Warto obserwować fachowca przy pracy, więc kiedy wynajmujemy kogoś, by wykonał dla nas usługę, warto się od niego uczyć. Bierzesz fachowca do położenia tapety w pokoju? Być może później poradzisz sobie z przedpokojem samodzielnie. Wujek pomaga Ci położyć płytki w łazience? Zadawaj dużo pytań, pomagaj jak tylko możesz i ćwicz, to następnym razem zrobisz to samodzielnie. Potencjał jest nieograniczony i warto cały czas powiększać wachlarz posiadanych biegłości.

piątek, 20 marca 2026

Płacisz za wygodę

Dzisiejszy post skierowany jest do ludzi, którzy ciągle narzekają, że przerastają ich koszty zycia codziennego. A powstał z tego powodu, że spotkałem się z opisanymi poniżej sytuacjami osobiście, a usłyszałem je w rozmowie w szerszym gronie. Niestety rozsądna argumentacja nie pomogła, dlatego opublikuję ten post tutaj - tu nikt nie będzie się kłócił, no bo jak (chyba tylko w komentarzu), a jeśli kogoś nie będzie to obchodziło, to po prostu nie przeczyta. Główną zaś myślą jest to, że wiele osób po prostu się nad tym nie zastanawia - wiedzą, że tak jest, ale nie rozumieją, że są inne wyjścia.

Zagadnienie jest proste - jeżeli nie stać Cię na rzeczy dotyczące codziennego życia, zrezygnój z wygód. Jest cały szereg wygód, które w chwili obecnej stały się standardem, a które standardem nie są i w wielu przypadkach da się znaleźć inne, tańsze rozwiązania (chociaż zapewne nie tak wygodne). Owszem - jeżeli Cię stać na wygody, nie ma problemu, ale (jak pisałem), zetknąłem się z ludźmi, którzy zmagają się z zapłatą rachunków, a wciąż korzystają z dodatkowo płatnych wygód.

Pierwszym przykładem jest zamawianie jedzenia. Oczywiście, że jeśli nie stać Cię na pójście do restauracji, to najlpeije gotować w domu. Wiem też, że czasem nie starcza na to czasu (lub umiejętności) i po prostu chcemy zjeść coś innego, co przygotuje ktoś inny. Nawet wtedy jednak warto rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy dowóz to rzeczywiście "darmowa" opcja. W mojej okolicy jest zaskakująco wiele knajp (w tym moja ulubiona), które udzielają rabatu przy odbiorze osobistym, zatem jeśli zamówisz przez telefon i osobiście odbierzesz jedzonko, zapłacisz o 10% mniej. Taniej niż jeść w restauracji, taniej niż zamówić z dowozem. 

W ogóle dostawy to temat rzeka. Zaczynając od dostaw kurierskich, warto sprawdzić różnicę między dostawą do drzwi a dostawą do punktu (czy choćby paczkomatu) - mniej wygodnie, ale taniej. Dostawy zakupów - co prawda zdarzają się tu promocje, które równowarzą koszt dostawy, ale promocje te można często znaleźć także w sklepie stacjonarnym, gdzie koszt dostawy będzie zerowy. Jeśli zakupy wydają Ci się drogie - nie podnoś ich kosztu, żądając wygodnej dostawy do domu.

Raty to także temat pod rozwagę. Wiem, że teraz modne są "raty 0%" i niektóre nawet faktycznie takie są (nie ma kosztu obsługi systemu rat, prowizji i innych dodatków), ale nawet w takim przypadku pojawia się koszt ukryty w konieczności dopisania do budżetu kolejnej pozycji, która uszczupli dochód i sprawi, że w kolejnych miesiącach zostanie nam mniej środków do życia. Lepszym rozwiązaniem, z którego osobiście zawsze korzystałem jest założenie, że jeśli w tej chwili nie mam na coś pieniędzy, to znaczy, że mnie na to nie stać. Jeśli jestem w stanie uzbierać na coś pieniądze, to zależy mi wystarczająco, by to posiadać. Panowanie nad finansami stało się o wiele bardziej intuicyjne dzięki temu założeniu. I rozumiem wygodę rozwiązań ratalnych, ale uważam ją za słuszną tylko w przypadku niezwykle istotnego zakupu, którego nie dało się zaplanować (jesli lodówka zepsułaby mi się na amen i nie miałbym żadnego funduszu rezerwowego, to prawdopodobnie zmuszony sytuacją nową kupiłbym na raty, ale jeśli byłoby to zimą, to starałbym się przechowywać jedzenie na baklonie i zbierać na nową chłodziarkę).

Taksówki to kolejne udogodnienie, z którego rezygnuję, gdy jestem pod kreską. Owszem - są o wiele wygodniejsze od roweru czy komunikacji zbiorowej, ale nawet te z aplikacji kosztują więcej. Tłumacząc się, że "to konieczność, z której wszyscy korzystają" zwyczajnie nie masz racji. W większości przypadków możesz tak zaplanować swoje przejazdy, by dopasować się do tańszych opcji komunikacyjnych. Nie tak dawno, bo w ferie zimowe, pojechałem pociągiem o kilka godzin za wcześnie tylko dlatego, że była promocja 50%. Co prawda zanim zwolnił się pokój (zameldowanie o konkretnej godzinie), spędziliśmy trochę czasu na dworcu, ale oszczędzenie paruset złotych było tego warte. Dzęki temu stać nas było na dobry obiad i zakupy na śniadanie następnego dnia.

Takie przykłady można mnożyć. Chodzi mi o to, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że dopłacamy za wygodę, która wydaje nam się normą. Kiedy jednak portfel nas przyciśnie warto z tego zrezygnowac i poszukać tańszych rozwiązań. Do wygody powrócimy, kiedy znów będzie nas na nią stać.

piątek, 13 marca 2026

Za dużo!

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że potrafię się zapomnieć w oszczędzaniu (przy okazji historii o lodówce). To oczywiście nie jedyna moja wada i nie jedyna nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tematykę oszczędzania. Dzisiaj nadszedł dzień, kiedy wyznam kolejny mój grzeszek, który łączy się z tym tematem i skutecznie uprzykrza mi życie. Podobnie jak hałasująca lodówka, na którą byłem skazany dzień i noc i każdego dnia okradała mnie z odrobiny spokoju, tak samo i tutaj z efektami swojego postępowania mierzę się codziennie.

Z oszczędności niczego nie wyrzucam. Wszystko może być mi potrzebne. A jeśli nie mi, to komuś z mojego otoczenia. A jeśli nie, to komuś innemu, komu można to sprzedać. Rzeczy wypełniają szczelnie szafy, mam dwie piwnice i schowek, na półkach stosy... To jeszcze nie jest etap kliniczny - nie walają mi się po domu sterty przedmiotów, ale posiadam pudła pełne rzeczy, talerzy, książek, zabawek, śrubek i czego tam jeszcze można chcieć. Bo wszystko się może przydać, a w ten sposób nie będę musiałkupować.

Błąd polega na tym, że i tak muszę kupować, bo nigdy nic nie można znaleźć. Wszystko co posiadam jest bardzo użyteczne, jeśli tylko miałbym do tego dostęp. Niestety nie mam bezbłędnego systemu katalogowania, ani przestrzeni pozwalającej na wyeksponowanie kolekcji, a kiedy wszystko stoi w schowku w pudłach, do niczego nie ma dostępu, nic nie da się łatwo znaleźć.

Z perspektywy kogoś, kto jest zagubiony wśród posiadania WSZYSTKIEGO uważam, że użyteczne jest tylko to, co da się znaleźć i jest pod ręką wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Rzecz, które można kupić za kilkanaście złotych, a ja przechowuję je przez dekadę, po prostu nie warto posiadać. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego mam zamiar przeprowadzić porządki i wiem, że nie będzie to łatwe, ale ten post jest pierwszym krokiem. Jeśli macie podobny problem... odwagi!

piątek, 6 marca 2026

Cała prawda o Edukacji

Z uwagi na swój wiek i doświadczenie, zdecydowałem się dzisiaj skierować swoje słowa do młodych, do których jednak prawdopodobnie one nie dotrą (bo nie czytają blogów). Być może jednak ci, którzy czytają, podzielą się tym tematem i swoim doświadczeniem w tej dziedzinie z młodymi w ich otoczeniu, którzy być może chcą ich słuchać. Chodzi mi o edukację i jej korelację z rynkiem pracy, oraz płacą. To nie jest tak, jak mnie mówiono, więc zapewne nie jest też tak, jak mówią Wam. Obiecuję także zwrot akcji, który być może sprawi, że tego tekstu nie skwitujecie jedynie stwierdzeniem "przecież wiadomo, że tak jest". Być może uznacie, że jest tu coś więcej.

Na początek śmiało napiszę tutaj niepopularną opinię o tym, że przedstawiciele wielu zawodów (głównie pracownicy biurowi, korporacyjni i urzędnicy, ale nie wyłącznie), nawet pracując na danym stanowisku przez lata, nie bardzo wiedzą co robią. Nie potrafią ocenić, czy ich praca jest ważna, trudna i unikalna. Większość myśli, że ma doświadczenie, a to jedynie przepracowane lata. Nowy pracownik, jeśli jest zdolny, może się nauczyć wykonywania tych obowiązków w kilka tygodni, maksymalnie w parę miesięcy. To smutna konkluzja, ale tak jest w bardzo wielu przypadkach - jedynie specjaliści się bronią. Bardzo często także ich przełożeni, aż do pewnego poziomu, także nie wiedzą co robią. Dostają polecenia z góry i pilnują wykonywania tego polecenia. Uczestniczą w procesie, o którym nie mają pojęcia. Realizują fragment większej całości, albo prowadzą marginalną obsługę dokumentacji, wprowadzają dane lub obsługują klienta przekazując mu usługi, produkty i informacje, przygotowane przez kogoś innego. I nic w tym złego!

Rzecz w tym, że większość pracy wykonywanej w ten sposób wpływa na ekonomię i ergonomię przedsiębiorstwa. Po prostu potrzeba dużo takich właśnie osób do obsługi tych kilku jednostek, które faktycznie wiedzą co robią i na których oparte jest działanie całej firmy. O wiele wydajniej jest nauczyć pracownika niższego szczebla wykonywania kilku prostych obowiązków niż wtajemniczać go w powody, dla których musi to robić i tłumaczyć działanie całego mechanizmu, zamiast opisać jedynie funkcję jednego trybiku.

To jednak sprawia, że pracując na tego typu stanowisku:
  • nie nabywasz (prawie) żadnych nowych umiejętności, nie rozwijasz się,
  • zapominasz te rzeczy, na których nauczeniu się spędziłeś czas w szkołach, często bardzo dobrych,
  • nie będziesz wiele zarabiać, bo łatwo Cię zastąpić (chociaż myślisz inaczej),
  • masz niewielkie szanse awansu i prawie zerowe szanse awansu na stanowisko dobrze płatne i wychodzące poza schemat,
  • nie wykorzystujesz potencjału i nie masz szans wykazania się (a co za tym idzie - patrz punkt powyżej),
  • nie czerpiesz satysfakcji, wypalasz się, tracisz entuzjazm (ten, który pojawiał się, kiedy na studiach zainteresował Cię jakiś temat), 
Wniosek - do takich prac potrzebny jest często papierek, który potwierdza "wykształcenie", a nie prawdziwa wiedza. Idąc w tym kierunku musisz mieć tego świadomość (albo jedynie "złapać" staż i lata doświadczenia zanim będą Cię mogli zatrudnić tam, gdzie naprawdę chcesz pracować). Jeśli planujesz spokojnie pracować za tę pensję, nie mieć stresów i wysiłku - to jest droga na lata.

Jeżeli planujesz coś więcej (i nie ma nic złego w tym, że nie planujesz!), to już na etapie szkoły musisz zmienić swoje podejście. Tutaj musi Ci nie zależeć na papierku, ale na wiedzy. Właśnie dlatego MUSISZ wykorzystać cały dostępny czas. Kiedy jesteś w szkole, w klasie czy na studiach, nie olewasz. Słuchasz tego, czego uczą, doczytujesz samemu, robisz zadania i naukę danego tematu uznajesz za skończoną, gdy w pełni go rozumiesz.

Skoro spędzasz w szkole te 8 godzin, to nie marnuj ich na grzebanie w telefonie. To czas przeznaczony na naukę i żeby nie był stracony, ucz się wykorzystując go w stu procentach. I tak siedzisz w szkole (na uczelni), więc co Ci szkodzi? Czy więcej przyjdzie Ci z grania w głupią grę na telefonie? Prawdopodobnie nie. Każda rzecz dodatkowa, której się nauczysz sprawi, że wyprzedzisz kolegę z ławki obok. Więc skoro "tracisz" w szkole 8 godzin każdego dnia - czy coś robisz, czy nie, lepiej coś robić. Powtórzę - to te same osiem godzin, czy coś robisz czy nie!

Dodatkowym bonusem takiego postępowania będzie wykształcenie w sobie nawyku wykorzystywania dostępnego czasu oraz łatwość wyrobienia sobie opinii pracowitego. Kiedy pójdziesz do pierwszej (drugiej i kolejnej) pracy, nie odpuszczaj - jeśli pracujesz osiem godzin, to pracuj i nie olewaj. I tak jesteś "uwięziony" przez osiem godzin - pracowanie w tym czasie Ci nie zaszkodzi. Może to da Ci awans, a może nie, ale z pewnością sobie nie zaszkodzisz. Ja bywałem niemiło zaskoczony tym, jak niewiele pracy wykonują moi współpracownicy dysponując tym samym czasem pracy, póki nie zrozumiałem, że im po prostu jest dobrze tu, gdzie są i zależy im tylko na tym, żeby "spędzić" kolejny dzień, który przybliży ich do wypłaty.

Na koniec smutna prawda - dyplom to tylko papierek. W obecnych czasach ma je prawie każdy. Sam dyplom nie sprawi, że będziesz więcej zarabiać - w najlepszym razie pozwoli Ci zarobić podobną kwotę za nieco lżejszą pracę. Ale nie będzie to szczególnie wysoka stawka, bo tę zarobisz tylko dzięki temu, że robisz więcej i lepiej niż inni. Aby to osiągnąć musisz więcej wiedzieć, więcej umieć i być bardziej pracowity. Musisz tworzyć własną jakość, zamiast jedynie wypełniać etat. To więcej niż wykonalne, ale nie wymaga studiów, a ciężkiej pracy. To nie jest tak, że kończysz studia, a reszta dzieje się sama. Lepiej być dobrym mechanikiem czy hydraulikiem bez studiach niż znudzonym przekładaczem papierków w jakimś biurze z dyplomem oprawionym w ramkę.

Nie można utyskiwać na to, że pracownik bez studiów zarabia więcej. Dyplom nie jest gwarantem zarobków - studia to szansa na nauczenie się więcej niż umie przeciętny hydraulik. Jeśli potraktowałeś studia jako sposób na zdobycie papierka, to właśnie tyle z tego masz - znajdziesz pracę, w której nie będziesz musiał przepychać kibla, ale człowiek, który potrafi to zrobić, ma doświadczenie i jest na tyle pracowity, by je wykorzystać, zarobi więcej niż Ty za biurkiem. Bo ludzie płacą za faktycznie wykonane zadania, a nie za to, że kiedyś odbębniłeś kilka dodatkowych lat w szkole i masz potwierdzenie tego faktu oprawione w ramkę.

Uczyć się samemu jest trudniej niż iść do szkoły, gdzie ktoś opowie Ci wszystko niemal bez Twojego udziału. Rzecz jednak w tym, że osoba, która uczy się samemu wykazuje się determinacją i z pewnością nie zmarnuje czasu, spędzonego nad książkami. Ona nie chce zaliczyć egzaminu, tylko posiąść wiedzę. Gdyby więcej osób z taka determinacją chodziło do szkół, a osoby, które chcą tylko dostać papier zwolniły dla nich miejsca na uczelniach i siedziały w domu przed konsolą, mielibyśmy prawdziwszy obraz świata. Edukacja to szansa, a nie wartość sama w sobie. Wykorzystaj tę szansę zamiast utyskiwać na to, że ktoś kto faktycznie się postarał zarabia lepiej niż Ty - z dyplomem ukończenia studiów wyższych.