piątek, 6 listopada 2026

Czy jesteś niewolnikiem?

Niewolnictwo było ciemnym okresem, ale nasz kraj w zasadzie nie uczestniczył w tym procederze (w tej oczywistej formie). Tym, którzy chcieliby porównać do niewolnictwa chłopów pańszczyźnianych odsyłam do źródeł - to jednak było niebo a ziemia (szczególnie w początkowym okresie pańszczyzny, kiedy chłop musiał pracować 1-3 dni dla pana, a resztę tygodnia mógł pracować dla siebie na polu, które od pana dostał - nawet obecny system podatkowy zabiera nam więcej). Czy jednak jesteśmy tak daleko od niewolnictwa, a raczej warunków, jakie miał niewolnik? Sprawdźmy.

Po pierwsze, niewolnik miał zapewnione jedzenie, mieszkanie i ubranie. Po drugie miał zapewnione ciepło (niewolnik był towarem, ale cennym i dbano o to, by mu się nic nie stało). Po trzecie niewolnik miał zapewnione leczenie w razie urazów czy chorób (wciąż był cenny i taniej było go leczyć niż wymienić). Być moze medycy nie byli na najwyższym poziomie, ale patrząc na służbę zdrowia obecnie - tutaj także nie ma nie wiadomo czego. No i robotnik miał zapewniony transport do pracy, co chyba oczywiste. Od czasu do czasu zgarniał także resztki z pańskiego stołu oraz miał różne profity, jeśli szczególnie dobrze się sprawił.

A zatem, jeśli Twoja wypłata starcza Ci na dach nad głową, rachunki za media, wyżywienie, ubranie, dojazdy do pracy i okolicznościową wizytę u lekarza, a od czasu do czasu dostajesz premię, za którą możesz się zabawić, ale nie stać Cię na żadne frykasy, większe przyjemności i spędzenie wakacji w miejscu, w którym chcesz je spędzić, to jesteś współczesnym niewolnikiem. Wiem, że nie słucha się tego miło, ale tak właśnie wygląda sprawa.

Pamiętasz czasy dziadka, który był żywicielem rodziny? On pracował i zarabiał na siebie, żonę i dzieci. Później przyszła emancypacja i wmówiono społeczeństwu, że kobiety mają prawo do pracy. To brawo szybko stało się obowiązkiem - teraz w przeciętnej rodzinie pracują obydwoje rodzice i często ledwie wiążą koniec z końcem - tak zaczyna się współczesne niewolnictwo. A podatki - to do Twojej ciężkiej pracy właśnie dołożyli Ci opłatę, którą musisz ponieść na rzecz "pana" za to, że możesz pracować.

Przypuśćmy jednak, że zarabiasz więcej niż wydajesz. Oto jak według mnie powinien wyglądać "program minimum", by ktoś mógł przestać uważać się za niewolnika.

1. Musisz podsumować wydatki na potrzeby, czyli to co niezbędne. Minimalne wyżywienie, mieszkanie, rachunki (ale te niezbędne). Weź pod uwagę, że być może mieszkasz w zbyt dużym (w stosunku do zarobków) domu lub masz wysokie rachunki dlatego, że dogadzasz sobie kilkoma subskrypcjami - nie licz tego w tej kategorii. Tutaj liczymy minimum. Spłatę kredytu hipotecznego także podajemy w tej kategorii!
2. Druga kategoria to zachcianki. Przyjemności, rozrywka, dodatki. To tutaj wpisz te subskrypcje z punktu powyżej. Ta kategoria powinna mieścić się w połowie poprzedniej kwoty! To jest uczciwe postawienie sprawy.
3. Przyszłość to ostatnia kategoria. To są pieniądze, które oszczędzasz z każdej wypłaty - pieniądze na poduszkę finansową, na inwestowanie. Tutaj powinna trafiać cała reszta Twojej wypłaty. Dobrze, by tę kategorię zawierało 10% Twoich miesięcznych dochodów.

Policzmy zatem. Skoro 10% jest w kategorii 3, to zostaje 90% wypłaty. Druga kategoria to połowa pierwszej, a zatem na zaspokojenie pierwszej powinno wystarczyć 60% wypłaty, by pozostałe 30% (czyli połowa) zasiliło kategorię numer dwa. I to jest minimum!

Jeśli na wydatki niezbędne wydajesz 70%, to na rozrywkę powinno zostac przeznaczone 35% wypłaty. Niestety w ten sposób jeszcze zanim dotrzemy do kategorii numer trzy, wydaliśmy więcej niż zarabiamy.

Jeśli jednak wydatki konieczne to jedynie 50% zarobków, to na przyjemności przeznaczymy 25% pensji i reszta, czyli 25% może zostać przeznaczona na powiekszanie kapitału i zwiększanie dochodu! Jeśli jesteś w tej sytuacji - jesteś na dobrej drodze i nie jesteś już współczesnym niewolnikiem.

Stać mnie!


Tu chciałbym odezwać się do tych, którzy uważają, że "zarabiam więc stać mnie, by wydawać". Oczywiście - taka postawa jest bardzo współczesna. Dużo zarabiam, więc wystarczy, że wydam 30% na obowiązkowe wydatki, a za kolejne 30%, 50% albo nawet całe 70% mogę się zabawić. Możesz, ale jeśli tak własnie uważasz, jesteś nie na tym blogu, na którym chcesz być. Rozsądne gospodarowanie finansami polega na tym, by pomnażać swój kapitał, zwiększać zyski z miesiąca na miesiąc i na tym, by kiedy pojawi się większy wydatek, nie załamywał się cały system. W mojej opinii przeznaczenie połowy kwoty wydawanej na warunki konieczne tylko na rozrywkę to dogadzanie sobie i życie bez żalu.

Jak wyjść z niewoli?


To nie jest tak, że każda sytuacja jest bez wyjścia. To nie jest tak, że skoro więcej niż 60% moich dochodów wydaję na jedzenie i mieszkanie, to nie mam szans. Wydostanie się z matni nie jest proste, ale jest możliwe. Oto co należy zrobić:

1. Zrezygnuj z części rozrywek. To nie sa rzeczy niezbędne! Tnij wydatki, jak tylko możesz - przynajmniej na jakiś czas.
2. Z doświadczenia wiem, że osoby takie mają zobowiązania finansowe, które ciągną je w dół. Zajmij się tym w pierwszej kolejności - oszczędzonymi pieniędzmi spłacaj zobowiązania, które generują największy koszt. W ten sposób koszta będą malały z miesiąca na miesiąc, a (prawdopodobnie) żadna inwestycja nie przyniesie Ci większego zysku niż spłata długów.
3. Po pozbyciu się długów, sprawdź jak możesz zarobić na swoich pieniądzach. Być może spłata zobowiązań sprawi, że pierwsza kategoria wydatków (potrzeby) zmniejszy się ro rozsądnego poziomu. Być może dzięki inwestycji zdołasz podnieść swój miesięczny przychód.
4. Niezależnie od powyższych - szukaj niezależnych źródeł dochodu. Nadgodziny, dodatkowa fucha, dodatkowy etat, rękodzieło, sprzedaż niepotrzebnych rzeczy - to wszystko może pomóc pozyskać fundusze.

Powodzenia!

piątek, 30 października 2026

Droga na skróty

Po co ludzie zarabiają pieniądze? Większość ludzi odpowie, że "na życie", ale nie jest to wyczerpująca odpowiedź. Chodzi o to, że gdyby ludzie zarabiali jedynie "na życie", to mieściłby się w tej kategorii program minimum. Schronienie, czyli wynajęcie niewielkiego pokoju gdzieś poza dużym miastem. Jedzenie, czyli chleb, woda (z kranu), jakieś podstawowe warzywa dla witamin i jakieś białko oraz tłuszcze - nie kosztuje to dużo. Bilet, żeby dojechać do pracy (jeśli jest za daleko, by iść na piechotę). Od czasu do czasu jakieś ubranie, kiedy to, które nosimy sie zniszczy. To jest minimum życia. To nie na to zarabiają ludzie.

Mówiąc "na życie", większość ludzi ma na myśli wygody, relaks, przyjemności czy rzeczywistą poprawę swoich warunków życiowych, a w ostateczności utrzymanie ich na dotychczasowym poziomie. I to jest prawdziwy cel zarabiania pieniędzy - komfort i odpoczynek. Możliwość nic nie robienia (nie pracowania) choćby przez jakiś czas i zapewnienie sobie rozrywki na ten czas. Na to ludzie wydają większość zarobionych pieniędzy. Zdanie sobie sprawy z tego jednego faktu całkowicie zmienia postrzeganie "pracy zarobkowej". Bo co, jeśli praca przynosi co prawda mniej pieniędzy, ale za to sama z siebie oferuje wygodę i czas wolny? W ten sposób nie musielibyśmy za niego płacić, więc część pieniędzy nie byłaby nam niezbędna!

Najłatwiejszym sposobem "kupienia sobie" czasu wolnego jest bezpłatny urlop. Nie, to nie prawda. Najłatwiejszym sposobem zyskania czasu wolnego jest mniejsze jego marnotrawienie. Albo raczej "zużywanie". Praca zarobkowa kosztuje nas przeważnie osiem godzin dziennie. Plus dojazdy. Plus nadgodziny (w obecnych czasach często nie płatne, "dla dobra zespołu"). A gdyby tak pozbyć się chociaż dojazdu?

Wiele osób jest w sytuacji, w której dojeżdżają do pracy godzinę w jedną stronę. Czyli efektywnie zużywają na ośmiogodzinny dzień pracy dziesięć godzin swojego czasu. Jeśli uznamy za normalne podział dnia: 8 godzin snu, 8 godzin pracy i 8 godzin obowiązków domowych oraz czasu wolnego (ta ostatnia kategoria bardzo się różni, ale umówmy się, że jest to czas, kiedy robimy coś "dla siebie"), to dodanie 2 godzin dojazdów odejmuje nam 2 godziny czasu wolnego. A zatem nasz zarobek za godzinę czasu użytego na pracę jest o 20% mniejszy (jeśli zarabialiśmy 200 PLN za 8h, to 25 PLN/h, a teraz 200 PLN za 10h to 20 PLN/h). Oczywiście pracodawcę interesuje jedynie czas poświęcony na pracę, nie na dojazdy, ale chodzi mi o wymierny koszt dla każdego z Was. Oczywiście dojeżdżając autobusem można w tym czasie czytać książkę i "odzyskiwać" część czasu dla siebie...

Recz w tym, że jeśli znajdziemy pracę o 10% tańszą, którą możemy wykonywać z domu (lub jest w zasięgu kilkuminutowego spaceru), to nasza wypłata w przeliczeniu na godziny pracy faktycznie wzrośnie. Jeśli pracowaliśmy za 6000 PLN, a teraz otrzymamy 5400 PLN i dwie godziny wolnego czasu dziennie, to dla wielu osób taka zamiana byłaby korzystna. Oczywiście nadal znajdą się osoby, które wolałyby dołożyć 2 godziny dziennie za te 600 PLN na miesiąc, a później wydać dodatkowe pieniądze na nieco lepsze wakacje, by odpocząć od przepracowania z powodu użytkowania 10 godzin dziennie na tematy związane z pracą. Ale jeśli mamy możliwość dorobienia na nadgodzinach, które wykonamy w części zaoszczędzonego na dojazdach czasu, to wybór staje się banalnie prosty.

Ja zawsze ceniłem swój czas wolny i to właśnie na kategorię "relaks i przyjemności" przeznaczam nadwyżki pieniędzy. Sądzę, że wiele osób tak właśnie postępuje. Dlatego kiedy tylko mogę, rozsądnie wymieniam pieniądze na czas wolny. Czym bowiem jest wynajęcie osoby do sprzątania, jeśli nie kupieniem sobie czasu wolnego od porządków? Czym jest wyjście do knajpy lub zamówienie jedzenia, jeśli nie kupieniem sobie czasu wolnego od gotowania i zmywania? Czym jest zakup zmywarki? Robota-odkurzacza? Automatyzowanie procesów służy nam do pozyskania czasu wolnego. Możliwość pozyskania godziny niepracowania także jest coś warta, prawda? Można ja liczyć w różnicy wypłaty. A to z kolei prowadzi do kolejnego tropu - jeśli pracujesz za dużo i starcza Ci na Twoje potrzeby, rozważ pracę na część etatu. Czas wolny w zamian za pieniądze!

To jest właśnie tytułowa droga na skróty. Zamiast:
  1. zużywam czas, żeby zarabiać pieniądze
  2. jestem zmęczony / zmęczona
  3. wydaję pieniądze, by zapewnić sobie wypoczynek
  4. relaksuję się
  5. nie jestem zmęczony / zmęczona i mam siłę na dalsze działanie
Można skrócić proces:
  1. zużywam część czasu na pracę, a resztę na odpoczynek
  2. nie jestem zmęczony / zmęczona i mam siłę na dalsze działanie

3/4 etatu to 2 godziny wolnego dziennie więcej. Owszem, także o 25% mniej pieniędzy, ale jeśli nie potrzebujesz lub masz dodatkowe źródło dochodu, to 2 godziny wolnego są do pozazdroszczenia. Jeśli w tym czasie wykonasz obowiązki domowe, to być może nawet oszczędzisz. Jak? Cóż, przypuśćmy, że pracujesz za 40 PLN/h a zatrudniana przez Ciebie sprzątaczka bierze trzysta złotych za posprzątanie domu (w tym przypadku nie jest istotne ile jej to zajmuje). Ty posprzątasz dom w pięć godzin. W pięć godzin zarobiłbyś 5x40=200 PLN. Sprzątaczka wzięłaby 300 PLN. A zatem nie pracując "stracisz" 200 PLN, a "zarobisz" 300 PLN. Owszem - zamiast pracować na swoim stanowisku pracy musisz sprzątać - czasem wiąże się to z uciążliwościami, ale rachunki pokazują co się bardziej opłaca.

Nadal wiele osób stwierdzi, że może przecież pracować przez osiem godzin, a potem dołożyć godzinę sprzątania dziennie i w tydzien posprzątać dom nie tracąc czasu pracy. Oczywiście! Jednak nadal wydacie pieniądze na wypoczynek, który jest Wam potrzebny z powodu przemęczenia, przepracowania. A możecie być mniej zmęczeni na co dzień. Dla mnie w kategorii czas / pieniądze, czas zawsze wart był więcej. Czas dla mnie. Czas dla rodziny. Czas na spacery. Spowolnienie szalonego tempa życia. Czas na refleksję. Czas na czytanie. Jeśli wydamy pieniądze, zawsze możemy pozyskać nowe. Jeśli zmarnujemy czas, część naszego życia przepadnie na zawsze, bo dodatkowy czas kupić jest bardzo trudno. Czasu mamy zawsze ograniczoną ilość, dlatego tak ważne jest na co go pożytkujemy.

Żyjcie jak chcecie, ale bądźcie świadomi tego, że czas jest bezcenny i warto przemyśleć system wartości i zastanowić się, na co wydacie te ciężko zarobione pieniądze i czy nie będziecie za nie chcieli kupić sobie tego straconego na ich zarobienie czasu. Bo wtedy będzie o wiele drożej.

piątek, 23 października 2026

Nie marnuj czasu!

Czy zauważasz to, że w miarę dorastania czas biegnie coraz szybciej? Kiedy jesteś dzieckiem, biegnie jakby wolniej miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Na studiach biegnie jakby troszkę szybciej. Kiedy masz trzydzieści kilka i czterdzieści kilka lat, zaczynasz odmierzać czas porami roku. Ten proces narasta! I co z tego, że to złudzenie, skoro dla mnie liczy się moje odczucie i nie pomaga mi świadomość, że "tylko tak mi się wydaje". Wręcz zaczyna mi to przeszkadzać.

Dodam tutaj, że przeżyłem (na szczęście) ciężką chorobę, która dodatkowo uświadomiła mi, że należy cenić każdą chwilę, bo dosłownie nie wiadomo ile ich jeszcze przede mną...

I to właśnie stało się punktem wyjścia! Nie marnuj czasu, ceń każdą chwilę i staraj się ją wykorzystać. Żyj na 100%, jeśli tylko możesz - to poprawi jakość Twojego życia i pozwoli Ci czerpać więcej. Może się nawet okazać, że czerpiąc więcej nie będziesz chciał/a wydawać, by tę jakość poprawiać w inny sposób (tak jest u mnie, dlatego ten post trafia na blog poświęcony oszczędzaniu).

Z początku może się wydawać, że sam koncept jest dziwny, bo co oznacza, żeby robić wszystko na 100%? Odpowiedź też zdaje się dziwna, ale wysłuchajcie (a raczej przeczytajcie), proszę. Chodzi mi o to, że kiedy cokolwiek robicie, postarajcie się robić to w pełni. 

Kiedy jesteście w pracy - pracujcie najlepiej jak umiecie i nie obijajcie się. Bądźcie w tym. Zobaczycie jak skoczy Wasza wydajność, jak prosta wyda się Wam Wasza praca i w jak łatwy sposób wszystko ogarniecie, poukładacie i załatwicie. Wiele osób z mojej pracy, kiedy spotykam ich na przerwie opowiada jak bardzo są zawaleni robotą. A mimo to, mają czas na przerwę. I tutaj pojęcie przerwy - jeśli robisz sobie w pracy przerwę, kiedy nie ogarniasz już bałaganu, nawet w czasie przerwy Twój poziom kortyzolu (hormonu stresu) rośnie. Tak naprawdę łapiesz oddech i nie masz przyjemności z przerwy, z kawy czy nawet z papierosa. Kiedy jednak czujesz, że masz wszystko pod kontrolą, przerwa jest naprawdę przerwą. Wychodząc z pracy do domu masz poczucie, że zasługujesz na odpoczynek i nie myślisz o pracy. To jest higiena pracy i można ją wypracować... cóż, pracuję i nie obijając się. Obijanie nic nie daje.

Kiedy zajmujesz się dzieckiem i nie zrobisz w tym czasie niczego produktywnego, naprawdę poświęć czas dziecku. Przejmij się jego problemami, naucz je czegoś, zagraj w grę i ciesz się tym. Oddaj się tej chwili. Widziałem rodziców pochłoniętych telefonami w czasie "zabawy z dzieckiem" - dziecko coś robi, rodzic scrolluje. Scrollowanie nie jest ważniejsze i nie daje frajdy (chyba, że masz przewidziany czas na scrollowanie i robisz właśnie to). Bądź tu gdzie jesteś, zajmij się tym, co jest obok.

Kiedy jesz, nie wrzucaj w siebie kolejnych kęsów gapiąc się w ekran. Skoncentruj się na jedzeniu i czerp z niego przyjemność. Albo z towarzystwa przy stole. Z atmosfery, rozmowy, smaku. Bądź w tej jednej chwili. To zdrowo, ale także przyjemnie. Taka chwila sprawia, że zauważasz posiłek, nie musisz kupować droższych składników czy czegokolwiek poprawiać - ciesząc się tym, co masz w danej chwili zerujesz w sobie chęć poprawiania czegoś, co tak naprawdę działa. W jednym z moich ulubionych seriali główny bohater uczył znajomą picia alkoholu. Ona myślała, że chodzi o to, by wypić jak najszybciej całą butelkę, ale on (pijak z doświadczeniem) ja zatrzymał, mówiąc "czekaj, czy nie jest Ci teraz miło, ciepło, przyjemnie? To przystopuj. Chodziło Ci o osiągnięcie tego stanu. Teraz go masz, ciesz się tym. Nie pij, bo pójdziesz dalej. Zaczekaj, a jeśli zacznie mijać, wypij trochę, by do niego wrócić."

Uczestnicząc w tym wszystkim, co tak naprawdę lubimy w naszej codzienności (zakładam, że robimy rzeczy, które lubimy) i zagłębiając się w te czynności, chłoniemy je na 100% i mamy więcej przyjemności z każdej z tych rzeczy. A przecież część naszych zakupów robimy dlatego, że nie mamy dość przyjemności i szukamy jej więcej. Więcej wrażeń, więcej smaków, więcej wolności, więcej adrenaliny, więcej wypoczynku, więcej rozrywki... Jest spora szansa, że mamy to wszystko, tylko dajemy temu przejść obok. Świadome uczestniczenie we własnym życiu pozwoli zwolnić czas, który nieubłaganie ucieka. Tworzenie wspomnień go cofa.

Na koniec proste pytanie, które warto sobie zadać - jak często "zabijam czas"? Czy naprawdę mam go za dużo, że z taką lekkością go zabijam? Na co tak nie mogę się doczekać, że zabijam czas, by już się tam znaleźć? Zabijanie czasu to główna przyczyna tego, że ucieka nam coraz szybciej. Lepiej wykorzystać każdą chwile oczekiwania, bo skoro mamy czas do zabicia, to możemy go użyć do czegokolwiek innego - czy to pożytecznego, czy po prostu przyjemnego.

piątek, 16 października 2026

Ustawiona walka

Czy chcesz brać udział w walce, która jest z góry ustawiona, czy wolisz odejść zamiast przegrać? To pytanie należy sobie zadać w codziennym życiu - czy jestem sprytniejszy od wszystkich specjalistów razem wziętych? Czy mam szansę rywalizować z miliardowymi inwestycjami? Czy mogę walczyć przeciwko korporacjom, za którymi stoją lata badań, personel liczony w setkach tysięcy osób i majątek, o którym nie mam pojęcia? Czy wygram z kimś, kto ma niemal niezliczone zasoby? Czy nie lepiej w takim przypadku w ogóle nie przystępować do walki, zamiast dawać im szansę do ataku?

Wielkie korporacje wydają miliardy na marketing. Kupują reklamy i opłacają ekspertów, którzy podpowiadają im w jaki sposób sprzedać więcej produktów. W jaki sposób namówić Ciebie, byś kupował, nawet jeśli tego nie potrzebujesz. A Ty pozwalasz im na to! Za każdym razem, kiedy oglądasz telewizję, przeglądasz internet, scrollujesz... na każdym kroku. Badania dowodzą, że im bardziej jesteś znudzony, tym większa szansa, że reklama, która zaoferuje Ci odrobinę rozrywki odniesie skutek. Tym większa szansa, że kupisz, opłacisz i wypożyczysz - że zapłacisz!

Przemysł reklamowy wart jest miliony. Oglądając reklamy, dosłownie walczysz przeciwko miliarderom, specjalistom i technikom manipulacji. Każdego dnia się narażasz, a koniec końców nawet nie wiesz, że wygrywają. Przecież kupujesz dany produkt, bo go potrzebujesz, bo nie ma alternatywy, bo jest najlepszy, bo znasz go od lat... to właśnie powiedzieli Ci w reklamach. Wymieniłeś telefon, chociaż ten stary nadal działał? Bo powiedzieli, że jest nowy model, że nie będą wspierać technologii w tym starym, bo nie jesteś gorszy... Tak to działa. A jeśli myślisz, że nie działa - uważasz, że cwana firma wydaje miliardy na marketing, bo on nie działa? Pewnie - na Ciebie nie, bo jesteś wyjątkowy... tak wyjątkowy, że powinieneś kupić nasz nowy zegarek, właśnie dla wyjątkowych ludzi, którzy nie poddają się trendom. Tak - tak to działa. Myślisz, że jakby nie działało, to firmy nadal wydawałyby takie pieniądze na reklamę?

Jedynym sposobem na nie poddanie się manipulacjom wielkich firm jest nie oglądanie reklam. Odcięcie się od miliarderów, którzy walczą przeciwko Wam. I nawet nie dlatego, że prawdopodobnie sie poddasz, ale dlatego, by nie walczyć. Walka przeciwko miliarderom nie jest łatwa, tania ani wygodna. Znacznie lepiej nie walczyć.

Ja nie ogladam telewizji, a kiedy czuję sią zmęczony lub znudzony, sięgam po książkę a nie smartfon. Kiedy chcę "coś porobić", raczej piszę, maluję lub gram w planszówkę niż gram na komputerze. Lubię spędzać czas sam, ale wolę spotkać się z przyjaciółmi niż rozmawiać z nimi przez ekran komputera. Wybrałem rozrywki bez ekranu i odkąd to zrobiłem mam o wiele więcej czasu. Kiedyś, żeby obejrzeć dwugodzinny film trzeba było mieć dwie godziny czasu, obecnie nie wiem czy wystarczą trzy godziny, bo co chwilę jest przerwa reklamowa i kolejna korporacja próbuje wciskać nam swój szajs. To strata czasu i energii.

Pisząc to nie wiem, czy jesteście w stanie ustrzec się przed reklamami i reklamodawcami, ale mam nadzieję, że uzbrojeni w świadomość, że przeciwnik wydał miliony i teraz próbuje wciągnąć Was do walki przeciwko dobrze opłaconej i wyspecjalizowanej maszynie, będziecie bardziej odporni.

piątek, 9 października 2026

Podwyżka!

Większość osób, kiedy otrzymuje podwyżkę natychmiast podnosi koszty życia, nie zyskując właściwie nic w zamian. Nagle rzeczy, które dotychczas były dobre, przestają być wystarczające tylko dlatego, że stać nas na nieco lepsze. To inflacja życia, której można łatwo uniknąć. Wystarczy się zabezpieczyć. Prawie nikt jednak tego nie robi i dzisiaj krótko napiszę dlaczego tak się dzieje i w jaki sposób przeciwdziałać temu efektowi.

Pierwszą rzeczą, którą robimy otrzymując podwyżkę jest zakup czegoś, co bardzo chcieliśmy mieć. Jest to zupełnie naturalne - stara sofa w salonie już się trochę zapadła, podarła i przekrzywiła, a nie było nas stać na zakup nowej, więc teraz, gdy mamy podwyżkę i w końcu nas stać, kupujemy nową sofę. Nie ma tutaj nic złego - jest to zakup potrzebny i jak najbardziej nam się należy. Rzecz w tym, że spostrzegamy, że nowa sofa gryzie nam się z nieco starszym stolikiem, nieco wyblakłym fotelem, a i dywan warto byłoby wymienić dla lepszego efektu... Mamy tu do czynienia z efektem Diderota - nowy mebel nie pasuje do starego otoczenia i czujemy się w obowiązku do wymiany reszty wyposażenia. Poza sofą, kta wymiany wymagała, wymieniamy też całą resztę wyposażenia, które wymiany jeszcze nie wymagało.

Czy to coś złego? Absolutnie nie! Zasługujemy na poprawę warunków, a przecież dostaliśmy podwyżkę i chcemy coś z tego mieć. Rzecz w tym, że rozpędzamy się i w związku z dodatkowymi środkami decydujemy na zmiany, których wcześniej nie przewidzieliśmy w budżecie, a zatem nasz budżet ucierpi tak czy inaczej. W skrócie - nadal nie mamy pieniędzy, pomimo podwyżki.

Jeszcze większym, a równie powszechnym problemem jest zakup usług, za które naliczane będą opłaty cykliczne. Wykupujemy dostęp do platformy streamingowej, bo teraz wreszcie nas stać. Nadwyżkę pieniędzy (kwotę podwyżki) przejadają teraz nowe usługi do których mamy dostęp. A żyjemy nadal z tego, co zarabialiśmy wcześniej. Przykłady można mnożyć.

I znów - pozornie nie ma w tym nic złego. Jednak praktyka pokazuje, że ta sytuacja nijak ma sie do naszych oczekiwań. Przed podwyżką myślimy przeważnie "teraz sobie radzę z tą kwotą, którą mam, więc jak dostanę podwyżkę uda mi się trochę odłożyć, oszczędności mogę w coś zainwestować i mieć dodatkowe zyski. W końcu jakiś dochód pasywny, budowanie niezależności od pracy, jakiegoś bezpieczeństwa". To nie wychodzi dlatego, że nie masz konkretnego planu.

Moja rada jest taka:
Zanim dostaniesz podwyżkę, przygotuj plan. Załóż sobie, że natychmiast odkładasz połowę kwoty, którą otrzymasz (może od drugiej wypłaty - za pierwszą uczcij podwyżkę!). Połowa podwyżki trafia więc na osobne konto i będzie przeznaczona na inwestycję (na przykład). Druga połowa, to kwota, którą możesz dysponować. Z tej kwoty odłóż na nową sofę. W ten sposób nie tak chętnie wymienisz wszystkie meble - dasz sobie czas na refleksję, że może jeszcze stół i fotel wytrzymają parę lat a dywanowi w ogóle nic nie brakuje. Z tej kwoty opłać nowy abonament, jeśli nadal uważasz, że zmieni cos w Twoim życiu. Najpierw jednak odłóż przynajmniej połowę podwyżki, żeby mieć z niej coś więcej i nie przyzwyczaić się do nowej kwoty, która od teraz zacznie stanowić "minimum niezbędne do życia". Ludzie bowiem szybko przyzwyczajają się do najróżniejszych rzeczy i zaczynają je traktować jak oczywiste i niezbędne rzeczy, z których nie potrafią zrezygnować. Przy takim nastawieniu szybko poczujesz, jakby ta podwyżka nie istniała - w dalszym ciągu stać Cię na to niezbędne minimum i nie widzisz niczego, co się zmieniło od czasów, kiedy miałeś starą wypłatę (wtedy też stać Cię było na minimum).