piątek, 15 maja 2026

Nie marnuj czasu

Jeśli posługujesz się budżetem domowym, śledzisz wydatki, planujesz posiłki, by nie marnowac jedzenia i starasz się zauważyć finansowe pułapki, by nie dać się w nie złapać, to znaczy, że zależy Ci na oszczędzaniu i dbaniu o finanse. Starasz się nie dopuścić, by przez nierozważną decyzję stracić pieniądze. W tym samym jednak momencie trwonisz coś, czego także nikt nie ma w nadmiarze - marnujesz czas. A gdyby tak spróbować postąpić z czasem w sposób, jaki zwykle pozostawiamy dla finansów? Gdybyśmy postanowili nie trwonic go na głupoty? Potraktować po gospodarsku? Używać tylko do tego, do czego warto?

Moje doświadczenie


Pierwszym momentem, kiedy ta myśl zaświtała mi w głowie był okres dalekich dojazdów do pracy. Ze względu na charakter mojego ówczesnego zajęcia, okresowo zmieniałem lokalizacje, w których pracowałem na etacie. Niektóe były blisko, niektóre dalej. W pewnym momencie droga w każdą stronę przekraczała godzinę i mając dziewięciogodzinny dzień pracy, czyłem się jakbym pracował ponad jedenaście godzin. Przecież praca to sprzedawanie czasu za pieniądze, zatem jeśli dojazdy dokładają do czasu 25%, a pensja się nie zmienia, to nasza stawka godzinowa spada o 20%. To dużo!

Wyliczenie: jeśli ktoś pracuje 8 godzin za 200 PLN, to dostaje 25 PLN za godzinę. Jeśli zaś czas zwiększymy do 10 godzin, to zostaje tylko 20 PLN za godzinę, czyli o 20% mniej.

Wiem oczywiście, że pracodawca dostaje od pracownika tylko ten czas, który pracownik spędza na wykonywaniu obowiązków, a dojazdy ich nie stanowią, ale dla mnie jako pracownika wymieniającego czas na pieniądze właśnie tak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że muszę potraktować dojazdy jako czas mój, a nie zmarnowany. Czytałem książki i słuchałem muzyki. Dwie godziny dziennie (o ile miałem w autobusie miejsce, które na to pozwalało). I uważam, że lepiej jechać autobusem przez godzinę czytając książkę niż samochodem przez czterdzieści minut (chyba, że ktoś naprawdę lubi prowadzić i to był jego czas). A każdemu, komu przeszkadza marnotrawstwo, radzę zastanowić się, czy nie da rady zmienić pracę na taką, która będzie wymagała mniej dojazdów.

Po pewnym czasie, po kolejnej zmianie miejsca wykonywania obowiązków, mogłem dojechać do domu autobusem w 20 minut, albo przejść się, co zajmowało około 45 minut. Jeśli była ładna pogoda, zawsze wybierałem tę drugą opcję, bo po opuszczeniu biura natychmiast czułem się jak "po pracy". Odzyskiwałem swój czas.

Moje przekonanie


Uważam, że jest wiele osób, które chciały by więcej czytać, ale myślą, że nie mają czasu, podczas gdy spędzają czas na obserwowaniu znajomych na portalach społecznościowych, prowadzeniu niepotrzebnych dyskusji w internecie lub niekończącym się przeglądaniu rolek. To jak wyrzucanie czasu do śmieci (wierzę, że nie ma osób, które szczerze to lubią w takim wymiarze czasowym), a czasu mamy ograniczoną ilość i trudno jest ten zasób powiększyć (wymagałoby to wydłużenia doby lub długości życia). Jeśli właściwie zarządzamy czasem, z jednej strony jesteśmy bardziej efektywni, a z drugiej mamy więcej czasu na rzeczy, które naprawdę lubimy.

Rzecz w tym, że ta efektywność wielu osobom po prostu się nie opłaca. Jesli jesteśmy niezauważalnym trybikiem w naszej firmie, większa efektywność oznacza jedynie, że zrobimy więcej w tym samym lub krótszym czasie (albo będziemy się nudzić, albo dostaniemy więcej obowiązków), co nie musi przełożyć się na awans, podwyżkę czy premię. Wiele osób wybiera więc obijanie się w pracy, a następnie to samo postępowanie przenosi na czas po pracy - rezygnują z hobby, bo jest ono czasochłonne, nie czytają, nie cieszy ich czas spędzony z dziećmi. Przeczekują życie od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.

Moja rada


Potraktuj czas jak pieniądze! To moja rada. Staraj się go nie marnować. Wykorzystaj do cna. Każdą minutę obejrzyj i sprawdź, czy na pewno chcesz ją wydać w ten włąśnie sposób. Myśl o tym, jak oszczędzić czas, jak szybciej "odbębić" rzeczy, które mają być zrobione, jak wykorzystać pozostały czas na zarobienie pieniędzy, odpoczynek, uprawianie hobby lub inne przyjemności.

Jednocześnie nie myśl o tym, że musisz być w 100% gotowy, żeby zacząć coś robić. Zacznij już dziś, a dopiero później dowiedz się czego potrzeba, by kontynuować. Dokup niezbędny sprzęt i akcesoria, keidy będziesz już robić to, co chcesz robić. To najlepszy sposób na walkę z prokrastynacją. Jeśli po to, by iść na siłownię potrzebujesz specjalistycznych rękawicze, które kurier dostarczy dopiero za trzy dni, nie przejmuj się tym. Idź na siłownię dziś i zrób świczenia na nogi. Weź stare rękawiczki, jeśli musisz je mieć i zacznij dzisiaj. W ten sposób nie stracisz dnia, a kiedy przyjdzie przesyłka po prostu ulepszysz coś, co już robisz, zamiast zastanawiać się czego Ci teraz brakuje.

piątek, 8 maja 2026

W długach po uszy (jak spłacać)

Jeśli chodzi o długi, czy to kredyty bankowe, czy pożyczki gotówkowe (nawet te od rodziny czy znajomych), podstawowa zasada brzmi: lepiej ich nie zaciągać. Niestety rzeczywistość nie zawsze kieruje się zasadami i czasami zdarza się, że znajdujemy się w sytuacji, kiedy musimy spłacić jakiś kredyt (chociażby mieszkaniowy). Co więcej - kredyt mieszkaniowy, sam w sobie (przy zachowaniu pewnych zasad) potrafi być opłacalny (mieszkania drożeją i czasem ta zmiana ceny prześciga odsetki - biorąc kredyt mamy mieszkanie w dzisiejszej cenie i możemy zapłacić za nie jutro, kiedy nieruchomość jest już warta więcej - musimy się tylko upewnić, że będziemy mieli możliwość wcześniejszej spłaty).

Czasem jednak budzimy się w sytuacji, kiedy kredytów mamy klika. Pojawia się możliwość spłaty i zastanawiamy się, z którym zadłużeniem poradzić sobie najpierw. Co zrobić z nadwyżką pieniędzy? Jak postąpić, żeby nie stracić? Według mnie są dwie podstawowe zasady, zależne od możliwości, ale też charakteru osoby, która znajdzie się w tej sytuacji.

Po pierwsze - spłać kredyt o najwyższych odsetkach. Jeśli spłacisz kwotę, od której dzięki temu nie zapłacisz w następnym miesiącu 3% odsetek, to lepsze niż spłącenie tą samą kwotą kredytu, który powoduje jedynie 1% obciążenia w miesiącu. Ta część jest oczywista.

Po drugie - jeśli nie stresuje Cię pozostawanie w długach, a widzisz możliwość zarobienia na tych funduszach więcej niż wyniosą obciążające Cię odsetki - zrób to! Jeśli masz wolne 10 000 zł i jesteś w stanie wygenerować z nich 3000 zł w dwa miesiące, a kredyt o największym oprocentowaniu to około 1% miesięcznie, spłacając zaoszczędzisz tylko 2 000 zł, podczas gdy inwestując, możesz odsetki spłącić po dwóch miesiącach i nadal być "do przodu". W tej sytuacji rozsądnym będzie zainwestowanie.

Niestety - tak jak napisałem na początku, sposób ten działa tylko wtedy, gdy Cię to nie stresuje. Jeśli odczuwasz duży dyskomfort związany z tym, że zalegasz z płatnością, że w ogóle masz długi - lepiej je spłacić jak najszybciej. Dla zdrowia psychicznego. Wiem z doświadczenia.

Na koniec rada bonusowa. Jeśli kredyt Cię wykańcza i pozostało do spłąty już nie dużo, a masz połowę tej kwoty, spróbuj pożyczyć resztę od rodziny i spłacić całość wcześniej, a następnie spłacić członka rodziny tak, jakby się spłacało kredyt. W ten sposób przestajesz płącić odsetki (a jeśli nawet członek rodziny zażąda spłaty z odsetkami, to "wszystko zostaje w rodzinie"). Dla mnie pozbycie się każdego długu, obarczonego odsetkami było jak ponowne nabranie powietrza i jeśli tylko będę mógł obejść się bez kredytów, to na pewno będę próbował. Byłem też już po tej drugiej stronie, kiedy pożyczyłem komuś pieniądze po to, by nie męczył się z odsetkami (bo sam mu tak doradziłem).

piątek, 1 maja 2026

Jak ważny jest cel

Zawsze wierzyłem w celowość swoich działań. W intencyjność. W dążenie do konkretu. W moim odczuciu jest to bardzo ważne w każdej dziedzinie życia - ta pełna świadomość otaczającego nas świata, naszego miejsca w nim, podejmowania konkretnych działań, a nie jedynie płynięcia z prądem. Tak samo, albo nawet bardziej, działa to w przypadku oszczędzania, inwestowania, dążenia do finansowej niezależności. Panowanie nad finansami zaczyna się od konkretu! Od wiedzy na temat środków, zysków, kosztów i potrzeb.

Wizualizowanie sobie celu, a następnie dążenie do niego, pomaga uniknąć ślepych uliczek (dosłownie). W moim przypadku oznacza to nie rozmienianie się na drobne. I jest to błąd, który robię wielokrotnie. Ale staram się nad sobą pracować i już widać efekty. Zacznę więc od swojego przykładu.

Moje aukcje - moje błędy


Sprzedaję sporo rzeczy na allegro. To nie jest "biznes", po prostu zorientowałem się, że mam w szafach i schowku całe góry niepotrzebnych rzeczy, a że kiedyś byłem kolekcjonerem, to część z nich przedstawia jakąś tam wartość, albo może być użyteczne dla kogoś (lub stać się częścią jego kolekcji). A zatem to, czego już nie potrzebuję, próbuję sprzedać. Rzecz w tym, że sprzedawanie rzeczy zabiera sporo czasu - najpierw stworzenie zdjęć i opisów, następnie znalezienie rozsądnego miejsca na przechowywanie, a gdy już coś się sprzeda, to na pakowanie i wysyłkę. I przy wielu przedmiotach się to opłaca! Natomiast mam cała górę gratów, które w zasadzie powinienem wyrzucić, bo ich ceny to dosłownie parę złotych. Niestety - zmarnowałem czas na robienie zdjęć, opisów i wystawianie ich i teraz zwyczajnie nie opłaca mi się ich wywalać - czekają aż ktoś je kupi. W czasie, który straciłem mógłbym robić coś innego - pomysłów mam sporo, co przyniosło by mi lepszy zysk. Albo dało jakąś satysfakcję. Czas, który straciłem na wystawienie dziesiątek aukcji, które zarobią może 200 złotych mógłbym wykorzystać śmiało na lekturę, nadrobienie paru sezonów jakiegoś serialu lub jakiekolwiek przyjemniejsze zajęcie. Ale zrozumiałem to po fakcie.


Teraz wiem, że celem sprzedaży rzeczy na portalu aukcyjnym jest wyłącznie zarobek (czasem chciałem, by coś trafiło w dobre ręce, ale pewności i tak nie mam), więc zamierzam wystawiać wyłącznie ogłoszenia, które faktycznie są tego warte i odpuścić sobie resztę, a zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczyć na jakieś przyjemniejsze zajęcie. I to własnie chcę dzisiaj przekazać - nie chodzi o to, by robić cokolwiek, ale by działać z celem, rozumiejąc ten cel i dążąc do niego.

Projekt zamiast Marzenia


Realizowanie celu na zasadzie "im szybciej tym lepiej" ma wiele sensu, jeśli chodzi o finanse. Przypuśćmy, że mamy projekt, który pozwoli nam na dodatkowe źródło dochodu, ale musimy zgromadzić kapitał. Zgodnie z zasadą "im szybciej tym lepiej", powinniśmy zacisnąć pasa, odżywiać się resztkami, niczego nie marnować, jak najmniej kupować - wszystko po to by jak najszybciej zrealizować cel! Bez usprawiedliwiania się, że "przecież trzeba jeść" - można jeść zadziwiająco mało i przeżyć za przysłowiowe pięć złotych dziennie, ale taką determinację możemy osiągnąć tylko wtedy, gdy faktycznie znamy swój cel i dążymy do niego!

To wcale nie musi być tak drastyczne, jak poprzedni przykład. Wystarczy po prostu rozumieć kurs na którym się znalazło i korygować go tak, by realizować to, w co się wierzy. Jeśli wiemy, że nie wyjeżdżanie na wakacje przez trzy następne lata pozwoli nam odłożyć pieniądze na zakup kampera, a marzymy o wczasach w domu na kółkach i będziemy mogli to marzenie realizować rok po roku, to dużo łatwiej nam powstrzymać się od wydawania. Chodzi jednak o to, by marzenia urzeczywistniać zanim staną się rzeczywistością - niech najpierw staną się PLANEM. Dokonajmy obliczeń. Sprawdźmy, czy w teorii wszystko się zgadza. Zaplanujmy etapy, które musimy zrealizować. Spisujmy postępy i dążmy do konkretu, zamiast gonić za marzeniem, że "kiedyś się uda". Zamieńmy chęci w projekt, nad którym już dzisiaj zaczniemy pracować. Jeśli to Was zpierwszy raz, to zdziwicie się ile można osiągnąć zanim faktycznie odłoży się pierwszą złotówkę.

piątek, 24 kwietnia 2026

Niech Twój indywidualizm działa dla Ciebie

Każdy z nas jest w innej sytuacji, ma inne cele i indywidualne predyspozycje. Głupotą byłoby przypuszczać, że wszystkie plany podziałają dla każdego tak samo, czy nawet że dana porada sprawdzi się w każdym indywidualnym przypadku. Dlatego właśnie dobrze troszeczkę poznać samego siebie, by lepiej wykorzystać swoje atuty i znaleźć remedium na swoje słabe strony. Wtedy można ułożyć strategię, która idealnie dopasuje się do naszej osobowości, charakteru i umiejętności, a także, co równie ważne, naszych indywidualnych oczekiwań.

Tydzień temu pisałem o tym, by poznać swoje wydatki i dzisiaj podtrzymuję tę tendencję. Warto jednak, poza wydatkami, znać także dochody i umieć się do nich odnieść. Chyba nie muszę nikogo przekonywać jak bardzo podstawową kwestią jest w tym przypadku wiedza o dochodach i rozchodach. Ma ona niebagatelne znaczenie przy określaniu co dla kogo jest okazją.

Na przykład szukając okazji do dodatkowego zarobku można napotkać ofertę, która pozwoli zarobić w rok tyle, ile normalnie zarabia się w pięć lat. Dla tej oferty opłaca się zrobić sobie przerwę w pracy, wziąć bezpłatny urlop. Jeśli jednak zarabiamy trzy razy tyle, oferta, która pozwoli nam zarobić dodatkowe 2/3 tej kwoty nie wyda się już tak atrakcyjna, gdyż w przypadku utraty podstawowej pracy okaże się, że w dłuższej perspektywie gra nie była warta ryzyka.

Dochody są jednak tylko jedną z szeregu indywidualnych cech, które mogą wpływać na to, co zadziała w naszym, konkretnym przypadku. Dlatego właśnie, kiedy słuchamy porad, albo czytamy o nich na interesującym blogu, powinniśmy rozważyć czy mają szansę zadziałać u nas lib sprawdzić to, zanim postawimy wszystko na tę jedną kartę.

W świetle powyższego, poznanie sposobów, które działają u innych jest dobre, natomiast ślepe ich stosowanie nie jest. Nie warto podążać za tłumem już choćby dlatego, że naszym celem nie jest równanie do tłumu, ale wyprzedzenie go. To oznacza, że musimy stosować indywidualne rozwiązania, nie licząc się z opinią innych (chociaż mając ją na uwadze), a kiedy znajdziemy sposób, który działa u nas, po prostu stosować go bez względu na to, czy ktoś inny go popiera, czy nie. Tłum jest zachowawczy, a inwestowanie i poszukiwanie finansowej niezależności wymaga ryzyka (przy którym każdy indywidualnie ma akceptowalny, komfortowy poziom). Nie bójmy się więc działać inaczej i przecierać nowe szlaki. Nie bójmy się ubierać inaczej, nie starając się imponować na zewnątrz, ale realizować swój plan nosząc tanie, nieznane marki zamiast logo wielkich korporacji. Nie bójmy się inaczej jeść, kupować produktów marek ogólnych, bezimiennych, inaczej podróżować, inaczej spędzać czas - jeśli tylko zauważyliśmy, że dla nas to działa. A jeśli ktoś ma na ten temat inne zdanie - uszanujmy je i nie narzucajmy się ze swoim. Jak to śpiewał Ś.P. pan Wojciech Młynarski - "Róbmy swoje".

piątek, 17 kwietnia 2026

Poznaj swój "plan minimum"

Jeśli poważnie traktujesz finanse i chcesz panować nad swoim budżetem, jest jedna, podstawowa i pierwsza rzecz, którą musisz zrobić. Bez tego jednego kroku, poznania tej jednej, tajemniczej liczby, całe dalsze obcowanie z finansami nie ma sensu. Bez tej wiedzy to jak wróżenie z fusów. Dlatego właśnie na samym początku swojej finansowej przygody (lub, jeśli nigdy tego nie zrobiłeś), policz tę jedną rzecz - swój "plan minimum". Jest to absolutnie minimalna kwota, która jest Ci niezbędna, by żyć na obecnym (w pewnym sensie) poziomie. Oczywiście ta kwota będzie się zmieniała w czasie, ale kiedy raz się ją policzy, później będzie o wiele łatwiej się do niej odnieść.

Jak obliczyć swój "plan minimum"


Obliczenie nie jest takie trudne, jak się wydaje, ale nie jest także wcale proste. Pierwsze, co trzeba zrobić, to policzyć swoje stałe wydatki, zaczynając od rachunków za życie do zapłacenia (prąd, woda, mieszkanie), oraz rachunków, które także uważamy za niezbędne (abonamenty za telefon, internet). Teraz dodajemy wydatki na usługi (w tym także abonamenty za platformy streamingowe) oraz jedzenie. Ważne, byśmy także uwzględnili tak zwany "fundusz awaryjny", czyli pieniądze, które będziemy musieli wydać na przykład u dentysty.

Kiedy już mamy tę kwotę (zapiszmy ją gdzieś), powinniśmy odjąć wszystko to, bez czego możemy się obejść. To, z czego możemy zrezygnować, jeśli sytuacja nas do tego zmusi (albo to, z czego gotowi jesteśmy zrezygnować, jeśli pozwoli nam to osiągnąć inne korzyści, o których za chwilę).

Otrzymana kwota to nasz "plan minimum". Poprzednia (większa) kwota, to "plan realizowany" obecnie. Różnica między nimi to kwota, która wydajemy dobrowolnie na wszystkie dodatki do życia.

Korzyść krótkoterminowa


Kiedy zorientujemy się ile wynosi "plan minimum" a ile wydajemy dokładajac do tego co niezbędne, być może uruchomi się w nas mechanizm, który zdopinguje nas do oszczędzania. Może coś nie jest już warte tej kwoty. Może zmniejszenie jej pozwoli zgromadzić środki, albo załata dziurę w comiesięcznym budżecie. Może okaże się, że rezygnując z jednej czy drugiej usługi stać nas będzie na coś, o czym myśleliśmy, że jest poza naszym zasięgiem.

Korzyść długoterminowa


Warto zdać sobie teraz sprawę, że jeśli znajdziemy źródło pasywnego dochodu (lub po części pasywnego), które zaspokoi nasz "plan minimum", to możemy... przestać pracować. Osiągnięcie przychodu rzędu tej kwoty oznacza dla nas finansowa niezależność! To jest właśnie minimum, o które możemy walczyć.

A jeśli nie dochód pasywny, to może zmotywuje nas to do zmiany pracy na coś bliżej domu, albo w lepszych godzinach czy w przyjemniejszym środowisku. Jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę po zmniejszeniu pensji, to mamy jasną odpowiedź. Kosztem może być pozbycie się jakiegoś abonamentu, ale teraz możemy rozważyć, czy warto.

Od razu powiem, że ja i moi najbliżsi byli w tej sytuacji wielokrotnie - zmiana miejsca pracy z uwagi na krótsze dojazdy, bliżej domu, w lepszym towarzystwie itp. powtarzały się wielokrotnie. Wiedza o tym ile wynosi "plan minimum" oraz ile wynosi "plan realizowany" były w tych momentach nieodzowne.

Korzyść codzienna


Wiedza na temat budżetu domowego powinna zacząć się od określenia kwoty, jaką musimy wydać oraz tej, którą faktycznie wydajemy. Planując budżet musimy wiedzieć którą jego częścią możemy sterować. Oczywiście zaoszczędzić można także na tych "niezmiennych częściach", ale wymaga to bardziej zdecydowanych posunięć (jak na przykład przeprowadzki). Jeśli jednak nie wiemy które z naszych wydatków są nie do ruszenia i nigdy nie zastanawialiśmy się z czego możemy zrezygnować, to o domowym budżecie wiemy niewiele. Polecam zastosować eksperyment z policzeniem swojego "planu minimum" choćby po to, by dowiedzieć się ile potrzebujemy do życia, by zyskać pojęcie o tym, na jakie posunięcia zawodowe jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

A jeżeli nie wiesz ile tak naprawdę potrzebujesz, to zawsze będziesz gonić za "więcej", nawet jeśli możesz już się zrelaksować. Oczywiście czasem warto mieć nadwyżkę i ją zainwestować, ale jeśli żyjesz na poziomie, który Ci odpowiada i brakuje Ci tylko czasu, zorientowanie się, że już wystarczy funduszy na dotychczasowe życie pozwoli Ci zartoszczyć się o znalezienie większej ilości czasu.