piątek, 24 lipca 2026

Zachcianki a oszczędzanie

Odbyłem jakiś czas temu bardzo interesującą rozmowę z członkiem dalszej rodziny. Powiedział mi, że mimo to, że stać go na duży zestaw Lego i bardzo podoba mu się kilka nowych setów, to nie kupuje ich z uwagi na wysoką cenę. Nic w tym dziwnego - to w gruncie rzeczy zabawka (chociaż nie ma niczego złego w bawieniu się zabawkami), która potrafi kosztować tysiąc, albo nawet kilka tysięcy złotych. Wydawanie takiej kwoty tylko po to, żeby poukładać klocki wydaje się rozrzutnością. Tutaj jednak pojawia się drugie dno, za sprawą renomy firmy, dostępnością dużych, ciekawych zestawów oraz ich nakładem.

Rynek na Lego zdaje się być bowiem nieskończony, a te największe, najdroższe zestawy często po względnie krótkim czasie znikają z półek i przestają być dostępne w pierwszym obrocie. Owszem - można je nadal kupić z drugiej ręki, ale często te kompletne, z pudełkiem osiągają astronomiczne ceny. Tutaj właśnie tkwi siła tego pomysłu.

Jeśli bowiem mamy ochotę na pobawienie się jakimś dużym, interesującym zestawem klocków, to najlepiej kupić go na promocji, nie tuż po pojawieniu się, ale kiedy pierwsze zachwyty nieco już okrzepną i z pewnością nie po tym, jak zostanie wycofany ze sprzedaży (kiedy jego cena urośnie). Kupienie tego zestawu w promocji 10% czy 15% taniej niż cena oficjalna oznacza to właściwe posunięcie, na którym możemy nie stracić (a jeśli będziemy niecierpliwi, to stracimy, ale bardzo niewiele). Po wycofaniu zestawu ze sprzedaży, tak jak pisałem, jego cena wzrośnie. Jeśli więc nasz egzemplarz nadal będzie kompletny, z dobrze zachowanym pudełkiem, to nawet za zestaw używany możemy dostać więcej, niż zapłaciliśmy. A jeśli nawet nie (bo nie każdy zestaw przebija tę granicę), to odsprzedamy go z kilku procentową stratą, co przy zakupie w promocji nadal może oznaczać, że nie stracimy na tym.

Ten mechanizm działa z wieloma rzeczami, ale w przypadku Lego jest bardzo czytelny i realny (w innych przypadkach lepiej liczyć się ze stratą, chociaż nie wynoszącą pełnej kwoty). Nadal jednak możemy używać (no dobrze - w przypadku zachcianek raczej "bawić się") wymarzonym produktem, a o ile odsprzedamy go później, kwota którą będzie nas to kosztować będzie o wiele rozsądniejsza. PRzypuśćmy, że kupimy sobie duży zestaw za 1500 PLN, ale z 10% zniżką zapłącimy za niego 1350 PLN. Po roku zabawy decydujemy się zestaw sprzedać, a używany stracił na wartości 20% i możemy go sprzedać za 1200 PLN. Za rok zabawy zapłacimy więc nie 1500 PLN, a jedynie 150 PLN. W dodatku możemy odczekać jeszcze rok czy dwa i zniwelować ten koszt do zera. To chyba niezły interes, prawda? Czy kupilibyśmy sobie ten zestaw za 150 PLN? Oczywiście! A zatem tak należy rozpatrywać koszt tej zachcianki.

Jeśli umiecie oszczędzać i dysponujecie funduszami, które stwarzają taką możliwość, pozwalajcie sobie na takie przemyślane zachcianki, która sprawią, że będziecie mieli frajdę dzięki zaoszczędzonym środkom, a jednocześnie nie przepuścicie ich bezpowrotnie.

piątek, 17 lipca 2026

Kiedy nie odkładać?

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że każdy powinien odkładać część swoich dochodów w poczet oszczędności, by w każdej chwili dysponować większą gotówką, móc sprostać niespodziewanym wydatkom lub wpłacić zadatek na mieszkanie czy pozwolić sobie na wcześniejszą emeryturę. Jak od każdej reguły, istnieje tutaj wyjątek, który pozwala (a nawet nakazuje) nie odkładać. Najpierw jednak napiszę co nim nie jest (mimo, że spotkałem się ze zdaniem, że właśnie ten cel usprawiedliwia nie odkładanie pieniędzy z wypłaty).


Inwestowanie


Wiele osób uważa, że pieniędzy nie warto odkładać, ale trzeba je inwestować. Zgadzam się z tym stwierdzeniem tylko połowicznie. Uważam bowiem, że inwestować należy tylko te pieniądze, z których stratą możemy się pogodzić. Jeśli liczymy się z tym, że dana kwota przepadnie bezpowrotnie i nie potrzebujemy jej, możemy ją zainwestować. W innym przypadku, lepiej pozostawić ją w spokoju. Myślę, że kiedy mamy poduszkę finansową i nie mamy innych zobowiązań, możemy inwestować połowę kwoty "wolnej" (a drugą połowę odkładać) - to wystarczająco bezpieczne rozwiązanie dla osób, które chcą być ostrożne.

Poduszka Finansowa


Uważam, że etapu odkładania nie należy odkładać na kiedy indziej, jeśli nie mamy poduszki finansowej w kwocie trzymiesięcznych wydatków. To żelazna rezerwa, z której będziemy czerpać po utracie dochodów, najczęściej w przypadku straty pracy, kiedy to dajemy sobie kwartał na znalezienie nowej. Póki nie mamy poduszki finansowej, powinniśmy ją stworzyć.

No to kiedy w końcu możemy nie odkładać?


Teraz już mogę udzielić odpowiedzi na to podstawowe pytanie. Kiedy odłożyliśmy naszą żelazną rezerwę w postaci poduszki finansowej, a mamy kredyt o wysokim oprocentowaniu oraz możliwość nadpłacania rat (nie zawsze istnieje, dlatego polecam w taki sposób spisywać umowy kredytowe, by zapewnić sobie taka możliwość), polecam spłacać ten kredyt wszystkimi środkami, które w innym wypadku przeznaczylibyśmy na oszczędności i nie odkładać. Poduszka finansowa zapewnia nam bezpieczeństwo, a wcześniejsza spłata kredytu zapewnia większe oszczędności w przyszłości, gdyż od każdej spłaconej kwoty nie zapłacimy odsetek w kolejnych okresach kredytowania.

Jest to "inwestowanie bez ryzyka", ponieważ dokładnie wiemy jak oprocentowana jest pożyczka, wiemy więc jaki procent oszczędzamy. Przeważnie odsetki są wyższe niż te, które spodziewamy się uzyskać z inwestycji (dla znakomitej większości nas - nieprofesjonalnych inwestorów).

Wyjątek


W przypadku, gdy kredyt był wzięty pod inwestycję, powyższe nie ma znaczenia. Wtedy zyski przeznaczamy raczej na kolejne inwestycje, bo skalkulowaliśmy kredyt jako sposób uzyskania funduszy, a zatem nasz zarobek z inwestycji przewyższa kwotę kredytu.

Przykład: bierzemy kredyt na mieszkanie pod wynajem. Rata kredytu wynosi 2500 zł, a mieszkanie wynajmujemy tak, by po wszystkich opłatach zostawało nam 3000 zł. 2500 zł spłacamy, 500 zł to nasz zysk. Zamiast dokładać go do kredytu chcemy budować kapitał, który pozwoli nam kupić kolejny lokal, który zwiększy kwotę naszych miesięcznych przychodów, zatem wcześniejsza spłata kredytu interesuje nas tylko wtedy, gdy oznacza zmniejszającą się z miesiąca na miesiąc ratę. Z kolejnej inwestycji spodziewamy się bowiem zwrotu wyższego niż koszty (co w przypadku inwestycji jest jedynym słusznym podejściem). 

W znakomitej większości omawianych tutaj przypadków mówimy jednak o budżecie domowym, kiedy to kredyty są najwyżej oprocentowanym wydatkiem i warto je spłacić w pierwszej kolejności - zanim pomyślimy o budowaniu oszczędności.

piątek, 10 lipca 2026

Czego chcesz?

Czynność czynności nie równa i dlatego ja dzielę je na dwie główne grupy, które różnią się nie tylko poprzez to, w jaki sposób są przeze mnie postrzegane, ale także tym, w jaki sposób daną czynność wykonuję. 
Otóż grupy te są takie:
  1. Czynności, które muszą być wykonane ze względu na rezultat.
  2. Czynności, które lubię robić.

Szczególnie w dzisiejszym, szybkim świecie, nastawionym na efektywność, coraz trudniej rozeznać się w powodach, dla których coś robimy. Z każdej strony wmawia się nam, że powinniśmy więcej (i szybciej) czytać, "marnować" mniej czasu na jedzenie czy szukać efektywniejszych sposobów na przemieszczanie się. Zatracamy się w tym. Dochodzimy do tego, że wszystko robimy jak najszybciej, by przejść już do kolejnej czynności, którą także wykonamy w sposób dający jak najszybszy efekt. Uważam, że to duży błąd. Zatracamy gdzieś życie, które staje się tylko dodatkiem do trybu w którym jak najwięcej ma zostać zrobione.

Są przecież czynności, których wykonywać nie musimy, a robimy je tylko dlatego, że dają nam przyjemność. I nie chodzi mi o satysfakcję z ukończenia zadania, ale właśnie z wykonywania danej czynności! Każdy kto czytał książki dla przyjemności wie, że frajdę daje obcowanie z książką, a zamknięcie ostatniej strony dobrej książki to powód do smutku, a nie radości. Chcemy obcować z powieścią, czytać, a nie przyswajać informacje. Dowiadywać się co dalej, a nie jedynie wiedzieć jak to się kończy. Jeśli odczuwamy przyjemność czytając, to czy nie chcielibyśmy, by trwała ona jak najdłużej?

Są oczywiście czynności, w których liczy się efekt. Nie lubię ścierać kurzu, ale lubię, kiedy wszystko lśni, a zatem sprzątam tak, by lśniło jak najszybciej, przy czym na sprzątaniu nie spędzać więcej czasu niż to niezbędne. Natomiast kiedy delektuję się kawą, nie zamierzam wlać jej w siebie i przejść do kolejnych rzeczy - chcę, by ta chwila trwała dłużej.

Całkowitą pomyłką dla mnie jest przyspieszanie swojego hobby. Jeśli ktoś lubi rysować, czy łowić ryby, to przecież nie stara się jak najszybciej skończyć, prawda? Ale internet serwuje nam coraz więcej "speedrunnerów życia", proponując filmy typu "jak szybko narysować twarz". W minutę, w dziesięć sekund. To samo z moim hobby, którym jest malowanie figurek. Oglądam także filmy typu "jak pomalować armię w weekend" i rozumiem, że ten film powstał dla osób, chcących mieć pomalowaną armię, by po weekendzie móc pograć ze znajomymi. Dla mnie jednak byłby to stracony weekend. Osobiście, jesli zależałoby mi na graniu, to albo grałbym armią niepomalowaną, albo zapłacił komuś, by pomalował moja armię (lub kupił juz pomalowaną). Ja lubię malować figurki i szkoda by mi było robić to na czas. Nie jestem szybkim malarzem, maluję ledwie kilka figurek rocznie, ale czerpię frajdę z całego procesu i nie mam zamiaru go przyspieszać po to, by szybciej widzieć rezultat. 

Dlatego radzę iść w tę nowoczesną efektywność z rozwagą i za każdym razem zastanowić się, czy robimy coś ze względu na proces, czy na rezultat. I zachowywać się odpowiednio, by nie przebiec przez życie bez chwili na podziwianie jego wspaniałości. Bardzo trudno zawrócić.

piątek, 3 lipca 2026

Róbmy swoje

Prokrastynacja i słomiany zapał to tylko część przeszkód, jakie spotykają nas na drodze do wyznaczonego celu. Tą przeszkodą, którą obserwuję najczęściej i zarazem tą, która ma największy wpływ na osoby z mojego otoczenia jest opinia osób postronnych, najczęściej nie mających z projektem nic wspólnego oraz niebędących ekspertami. Chodzi mi tutaj o tych "wszechwiedzących" - zarówno z internetu jak i z realnego świata - komentatorów i doradców wszelkiej maści. Każdego, kto mówi "robisz to źle" i "nic z tego nie będzie", którzy poza wyśmianiem pomysłu czy przebiegu całego przedsięwzięcia nie służą żadną konstruktywną krytyką.

Konstruktywna krytyka to coś zupełnie innego. Uwielbiam, kiedy ktoś zauważa błąd w tym co robię, wskazuje mi go i tłumaczy dlaczego jest to błąd oraz jak go poprawić, najczęściej posługując się przy tym przykładem własnym. Swoje błędy nieczęsto się zauważa, za to bardzo często nie wiadomo w jaki sposób je poprawić. To, że ktoś przytoczy własny przykład utwierdza mnie zarazem w przekonaniu, że towarzyszył mu ten sam cel, co mnie (czasem okazuje się, że jego proces był inny jedynie dlatego, że interesował go nieco inny rezultat). Konstruktywna krytyka to coś, co można zastosować, natomiast destruktywna to taka, dzięki której utwierdzamy się w przekonaniu, że nie warto próbować.

Bez żadnej z krytyk natomiast (podobnie jak przy braku konstruktywności) zalecam jednak robić swoje. Próbować, bo a nóż wpadniemy na dobre rozwiązanie, zauważymy problem i wymyślimy wyjście z sytuacji. Z całą pewnością jednak zajdziemy dalej niż nie próbując. Często docierając do celu z błędami i nieco w innym niż założyliśmy miejscu uczymy się o procesie więcej niż nieustannie poprawiając go w trakcie. Warto więc zrealizować zadanie z błędami, żeby móc się na nich czegoś nauczyć. Tymczasem w obecnych czasach łatwiej nam zauważyć błąd i posłuchać podszeptu, że to nie ma sensu i odpuścić zupełnie.

Dodam na koniec, że ja często podejmuję się działań, które z pewnością można przeprowadzić sprawniej i z większą skutecznością, natomiast nie w sposób tak przyjemny, jak ja to sobie wymyśliłem. Nawet znając już szybszy proces robię dalej po swojemu tylko dlatego, że daje mi to frajdę. Często jest ona ważniejsza niż wynik. Niezwracanie w takim układzie uwagi na głosy, mówiące, że to nie tak, że robi się to inaczej uważam za cenną umiejętność. 

Często działam "na przekór światu", robiąc rzeczy tak, jak sobie wymyśliłem i prosząc o radę, kiedy mój sposób nie działa (proszę o radę osoby, o których wiem, że się znają). Najczęściej uczę się w ten sposób nowych umiejętności i dochodzę do rozwiązania, a jeśli czasem naokoło, to przynajmniej wiem dlaczego inna droga jest szybsza. Wiem przy tym, że jeśli słuchałbym rad "wszechwiedzących" doradców z internetu, to pozostałoby mi odpuścić i zostawić to fachowcom.

piątek, 19 czerwca 2026

Naucz się odmawiać

Asertywność to zaleta. To umiejętność wyrażania własnego zdania w sposób kulturalny. Umiejętność odmawiania, początkowo w sposób kulturalny, a w razie konieczności definitywnie i zdecydowanie to bardzo wartościowa umiejętność. W obecnym świecie przydatna tym bardziej.

Żyjemy w rzeczywistości, w której każdy "ma prawo" do wszystkiego co przyjdzie mu do głowy i jeśli nam się to nie spodoba, będzie próbował uzasadniać, że ograniczamy jego wolność, łamiemy zasady, albo że wszyscy inni się zgadzają. Nie musimy godzić się na wszystko! Z drugiej strony mamy dalece posunięty "marketing", bazujący na zupełnie ludzkim odruchu robienia tego, co powinniśmy. Istnieje więc szereg zachowań, które, w normalnym świecie pożądane (pomoc bliźniemu, miłość do zwierząt, szacunek do starszych czy opiekuńczość wobec dzieci), obecnie zostały wypaczone przez reklamy, chciwość i roszczeniowość. Bardzo wiele mechanizmów działa na zasadzie "trudno odmówić" oraz "przecież tak trzeba". I tu niespodzianka - nie trzeba. Co więcej, nie trzeba także uzasadniać swoich wyborów. Wolna wola wciąż działa!

Pierwszą lekcją powinno być odmawianie od razu - stanowcze i zdecydowane "nie". Ten prosty komunikat powinien ucinać dyskusję, bo jest jasnym i konkretnym sygnałem. A jednak nie ucina. Przeważnie następuje po nim dalsza część dyskusji, bardziej lub mniej trafiona argumentacja albo pytania o powody rozmowy. Rzecz w tym, że nie mamy obowiązku uzasadniać naszej decyzji.

Druga lekcja to zatem nauczenie się nie kombinowania i nie usprawiedliwiania. Nie, znaczy nie. Powodów być nie musi - to decyzja, bazująca na powodach, ale powody są dla nas, a nie dla rozmówcy. Odpowiedzią na pytanie nadal może być "nie". Jedynym dodatkiem może być tu podziękowanie za propozycję (sam stosuję je niemal za każdym razem):
  • Nie, dziękuję.
  • Dziękuję, ale nie.
  • Dziękuję za ofertę, ale nie skorzystam.
  • Doceniam, ale jednak nie.

Nauczenie się tych dwóch zasad to ogromna oszczędność czasu i pieniędzy. Można się oczywiście zastanawiać "co ta druga osoba o nas pomyśli", ale prawda jest taka, że jeśli zrobimy to, o co nas prosi, to ta osoba nie pomyśli o nas zupełnie nic. Zatem to, co o nas pomyśli gdy się nie zgodzimy nie powinno nas obchodzić. Za chwilkę zresztą stracimy tę osobę z oczu.

Czy to oznacza, że jesteśmy złymi ludźmi? Absolutnie nie. Tego właśnie skojarzenia należy unikać. To, że ktoś nazwie Cię złym człowiekiem (czy jakkolwiek inaczej) wcale nie oznacza, że nim jesteś. To tylko czyjaś opinia, która nie ma żadnego wpływu na Twoje życie, czy żadnej korelacji z rzeczywistością.