piątek, 17 kwietnia 2026

Poznaj swój "plan minimum"

Jeśli poważnie traktujesz finanse i chcesz panować nad swoim budżetem, jest jedna, podstawowa i pierwsza rzecz, którą musisz zrobić. Bez tego jednego kroku, poznania tej jednej, tajemniczej liczby, całe dalsze obcowanie z finansami nie ma sensu. Bez tej wiedzy to jak wróżenie z fusów. Dlatego właśnie na samym początku swojej finansowej przygody (lub, jeśli nigdy tego nie zrobiłeś), policz tę jedną rzecz - swój "plan minimum". Jest to absolutnie minimalna kwota, która jest Ci niezbędna, by żyć na obecnym (w pewnym sensie) poziomie. Oczywiście ta kwota będzie się zmieniała w czasie, ale kiedy raz się ją policzy, później będzie o wiele łatwiej się do niej odnieść.

Jak obliczyć swój "plan minimum"


Obliczenie nie jest takie trudne, jak się wydaje, ale nie jest także wcale proste. Pierwsze, co trzeba zrobić, to policzyć swoje stałe wydatki, zaczynając od rachunków za życie do zapłacenia (prąd, woda, mieszkanie), oraz rachunków, które także uważamy za niezbędne (abonamenty za telefon, internet). Teraz dodajemy wydatki na usługi (w tym także abonamenty za platformy streamingowe) oraz jedzenie. Ważne, byśmy także uwzględnili tak zwany "fundusz awaryjny", czyli pieniądze, które będziemy musieli wydać na przykład u dentysty.

Kiedy już mamy tę kwotę (zapiszmy ją gdzieś), powinniśmy odjąć wszystko to, bez czego możemy się obejść. To, z czego możemy zrezygnować, jeśli sytuacja nas do tego zmusi (albo to, z czego gotowi jesteśmy zrezygnować, jeśli pozwoli nam to osiągnąć inne korzyści, o których za chwilę).

Otrzymana kwota to nasz "plan minimum". Poprzednia (większa) kwota, to "plan realizowany" obecnie. Różnica między nimi to kwota, która wydajemy dobrowolnie na wszystkie dodatki do życia.

Korzyść krótkoterminowa


Kiedy zorientujemy się ile wynosi "plan minimum" a ile wydajemy dokładajac do tego co niezbędne, być może uruchomi się w nas mechanizm, który zdopinguje nas do oszczędzania. Może coś nie jest już warte tej kwoty. Może zmniejszenie jej pozwoli zgromadzić środki, albo załata dziurę w comiesięcznym budżecie. Może okaże się, że rezygnując z jednej czy drugiej usługi stać nas będzie na coś, o czym myśleliśmy, że jest poza naszym zasięgiem.

Korzyść długoterminowa


Warto zdać sobie teraz sprawę, że jeśli znajdziemy źródło pasywnego dochodu (lub po części pasywnego), które zaspokoi nasz "plan minimum", to możemy... przestać pracować. Osiągnięcie przychodu rzędu tej kwoty oznacza dla nas finansowa niezależność! To jest właśnie minimum, o które możemy walczyć.

A jeśli nie dochód pasywny, to może zmotywuje nas to do zmiany pracy na coś bliżej domu, albo w lepszych godzinach czy w przyjemniejszym środowisku. Jeśli wcześniej zastanawialiśmy się, czy damy radę po zmniejszeniu pensji, to mamy jasną odpowiedź. Kosztem może być pozbycie się jakiegoś abonamentu, ale teraz możemy rozważyć, czy warto.

Od razu powiem, że ja i moi najbliżsi byli w tej sytuacji wielokrotnie - zmiana miejsca pracy z uwagi na krótsze dojazdy, bliżej domu, w lepszym towarzystwie itp. powtarzały się wielokrotnie. Wiedza o tym ile wynosi "plan minimum" oraz ile wynosi "plan realizowany" były w tych momentach nieodzowne.

Korzyść codzienna


Wiedza na temat budżetu domowego powinna zacząć się od określenia kwoty, jaką musimy wydać oraz tej, którą faktycznie wydajemy. Planując budżet musimy wiedzieć którą jego częścią możemy sterować. Oczywiście zaoszczędzić można także na tych "niezmiennych częściach", ale wymaga to bardziej zdecydowanych posunięć (jak na przykład przeprowadzki). Jeśli jednak nie wiemy które z naszych wydatków są nie do ruszenia i nigdy nie zastanawialiśmy się z czego możemy zrezygnować, to o domowym budżecie wiemy niewiele. Polecam zastosować eksperyment z policzeniem swojego "planu minimum" choćby po to, by dowiedzieć się ile potrzebujemy do życia, by zyskać pojęcie o tym, na jakie posunięcia zawodowe jesteśmy sobie w stanie pozwolić.

A jeżeli nie wiesz ile tak naprawdę potrzebujesz, to zawsze będziesz gonić za "więcej", nawet jeśli możesz już się zrelaksować. Oczywiście czasem warto mieć nadwyżkę i ją zainwestować, ale jeśli żyjesz na poziomie, który Ci odpowiada i brakuje Ci tylko czasu, zorientowanie się, że już wystarczy funduszy na dotychczasowe życie pozwoli Ci zartoszczyć się o znalezienie większej ilości czasu. 

piątek, 10 kwietnia 2026

Pożądana zmiana procedury

Procedury przetargowe, szczególnie w przypadku instytucji publicznych, nie działają zgodnie z założeniami. Powodów jest co najmniej kilka i dzisiaj wspomnę o dwóch najważniejszych. Zaproponuję także rozwiązanie, które nie dość, że przeprowadzić może zwykły człowiek, jedynie pośrednio związany z daną instytucją, ale dodatkowo jest w stanie na tym oszczędzić. Posłużę się także przykładem z życia wziętym, by nie zawiesić całego tego wywodu w próżni. Zachęcam do przeczytania tego tekstu nawet, jeśli wydaje Ci się, że Ciebie ten problem nie dotyczy.

Idea


Idea procedury przetargowej wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze liczono na to, że w ramach przetargu uda się uzyskać cenę niższą niż ogólnie dostępna. Że oferta dla instytucji, która przecież robi zamówienie większe niż osoba prywatna, będzie bardziej atrakcyjna, szczególnie gdy kilka firm będzie ze sobą rywalizowało o zamówienie. Po drugie zaś, dzięki zastosowaniu procedury (na przykład konkursu ofert) miano zapobiec mataczeniu i przekazywaniu zamówienia znajomemu, który mógłby nieuczciwie zarobić.

Niestety efekt jest przeciwny. Firmy, które składają ofertę do instytucji celowo zawyżają swoje oferty (bardzo często ceny w ofercie są wyższe niż ceny w ich własnym cenniku), gdyż chcą dodatkowo zarobić na intratnym kontrakcie. Pieniądze publiczne są często niepilnowane, nikomu nie zależy więc, by były wydawane rozsądnie. W dodatku konkurs ofert często służy temu, by uzasadnić wybór drogiej (często znajomej) firmy dzięki przedstawieniu kilku ofert jeszcze gorszych od wybranej.

Pomysł ten nie działa więc z obu stron - z jednej z powodu nieuczciwości oferentów (kwestia dyskusyjna, wyjaśniona poniżej), z drugiej z powodu nieuczciwości komisji.

Nieuczciwością oferentów w moim odczuciu jest przedstawianie w ofercie cen wyższych niż normalne. Teoretycznie nie jest to niezgodne z prawem, a jedynie nieetyczne. Przeważnie nie ma też żadnego uzasadnienia - większe zamówienie powinno mieć niższe ceny jednostkowe, a firmy często tłumaczą się koniecznością dodatkowych nakładów, magazynowania, transportu. W praktyce duże zamówienia to dla firmy szansa, a nie problem i z pewnością znalazłaby się firma, która uznałaby to właśnie za szansę.

Nieuczciwość komisji to przeważnie nie dopuszczenie do przetargu "niepożądanych" firm, które mogłyby niepotrzebnie zaniżyć cenę. Bardzo często informacja o przetargu udzielana jest w sposób tendencyjny - albo warunki sformułowane są tak, by nie dopuścić części rynku do przetargu, albo informacja ogólna o przetargu publikowana jest bez rozgłosu, jakby nikomu nie zależało na tym, by wzięło w nim udział więcej oferentów.

Przykład


Z całą pewnością znają Państwo sytuację, gdy wychodzi na jaw absurdalnie wysoka cena za jakiś plac zabaw, ławkę, skwerek czy cokolwiek innego, kupionego za wysokie pieniądze. Urzędnicy tłumaczą się, że "taka była najniższa oferta", sprzedawca, że "trudno było spełnić wymogi przetargu", a w rzeczywistości nikomu nie zależało, żeby było tanio. Jak jest tanio, to nie ma się czym dzielić. Jedynie podatnik ma żal, że podzielono się jego pieniędzmi, które można by było przeznaczyć na inne cele.

Aby nie być gołosłownym - w spółdzielni mieszkaniowej potrzebowano ławek - kilkunastu sztuk zwyczajnych, parkowych ławek. Chodziło o to, by miały około 180cm długości, wysokie wygodne oparcie i siedzisko i były zabezpieczone antykorozyjnie. To nie są "dziwne wymagania", ale już pozostawiają miejsce na odrzucenie producenta, który zaproponuje ławki nieco dłuższe...

Przyszły trzy oferty (członkowie spółdzielni mogą mieć wgląd w dokumenty): na 750 zł, 820 zł i 850 zł za ławkę. Rzecz w tym, że na stronie internetowej można znaleźć ławki po 670 zł. Szczęśliwie spółdzielnia uznała, że właśnie takie ławki można kupić (w drodze negocjacji udało się tę cenę jeszcze zbić, a później znalazła się firma, która dała jeszcze lepszą cenę), ale oferent, który wygrał przetarg się odwołał, bo przecież wygrał. No tak, tylko że tym razem spółdzielnia pokierowała się zdrowym rozsądkiem, mając na uwadze dobro mieszkańców oraz ideę, która stała za tym, by w ogóle organizować przetarg. Skoro jego wynik był niezgodny z ideą, postanowiono zadziałać w jej duchu, a idea była taka, by znaleźć jak najtańszego dostawcę ławek.

Konkluzja


Jako członek spółdzielni mogę mieć wpływ na to, jak wydawane są moje pieniądze, a nie tylko narzekać na nieuczciwość i niegospodarność władz spółdzielni. Mogę się zaangażować, choćby tylko pisząc pismo. Warto czasem się zainteresować!

Procedury w spółdzielni mają służyć członkom spółdzielni. To nie gra, w której należy zapewnić równe szanse firmom, składającym ofertę i nagradzać je za wygranie przetargu. Przetarg jest jedynie sposobem na osiągnięcie celu i jeśli celu nie da się osiągnąć w ten sposób, należy próbować go osiągnąć w inny sposób.

Warto więc proponować zmianę procedur przetargowych i zamiast zakończyć je na "wyborze najlepszej oferty" dodać zapis o porównaniu jej z ogólnie dostępnymi ofertami (na przykład w internecie) oraz ofertami firm, które wcześniej współpracowały z daną instytucją (tutaj spółdzielnią) - tym firmom można zaproponować złożenie ofert z wolnej ręki. Przedstawienie takiej propozycji zmiany zapisu (jako członek spółdzielni) pokaże, czy spółdzielni nadal zależy na tym, by spełnić ideę, która stała za przygotowaniem procedury przetargowej, czy przetarg jest już tylko szansą na wzbogacenie się zewnętrznej firmy oraz osób decydujących o jej wyborze (w takim przypadku odpowiedź będzie brzmiała, że nie można nic zmienić, bo procedura jest jaka jest). Procedura ma służyć temu, kto ją organizuje, a nie na odwrót!

piątek, 3 kwietnia 2026

Kłamstwa, które przeszkadzają Ci być bogatym

Istnieje w naszej rzeczywistości szereg kłamstw, często nazywanych marketingiem, które ustawicznie drenują kieszenie zwykłych, nieświadomych obywateli. Niestety, świadomi ich ludzie często także są przez nie okradani, gdyż część z nich stało się już zwyczajem, którego nie można zmienić, a część stanowi nawet własne prawa. Dzisiaj spróbuję nazwać niektóre z nich po imieniu. Na większość nie mam rady i obawiam się, że także jej nie znajdziecie, ale wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Jesli jednak macie sposoby na radzenie sobie z nimi, dajcie proszę znać w komentarzach.

Emancypacja


Tytuł budzący kontrowersje, ale spokojnie - chodzi mi tutaj jedynie o pewien wybrany aspekt sprawy, a mianowicie namawianie kobiet na konieczność pójścia do pracy czy robienia kariery. Samo w sobie danie komukolwiek takiej możliwości, jeśli wcześniej jej nie miał nie jest złe, ale osobiście ruch ten uważam za jedno z największych kłamstw marketingowych, które obecnie zbiera żniwo.

Przed emancypacją pracujący mężczyzna był w stanie utrzymać dom i rodzinę - żonę, dzieci (często więcej niż jedno). Zapewniał byt, jedzenie, ubranie, schronienie, a zostawało jeszcze na przyjemności i wakacje. Po "uświadomieniu" kobietom, że tez mogą iść do pracy, doszło do tego, że jedna osoba w rodzinie ma trudność z utrzymaniem jej. Płace można było niepostrzeżenie obniżyć, by dwoje ludzi zarabiało na to, na co wcześniej zdołała zarobić jedna. A kiedy brak pieniędzy odzywają się głosy "no tak, twoja żona nie pracuje to nie dziwne, że wam brakuje".

Taniocha


Uwazasz, że porządne meble są bardzo drogie, ubrania szyte na miarę to zbytek a co ładniejsze przedmioty codziennego użytku są niewspółmiernie drogie? Cóż - nic dziwnego! Kiedyś to były normalne ceny. Co więcej - pensje odpowiadały tym cenom (w pewnym sensie). A później przyszły tanie, papierowe meble za ćwierć ceny, tanie chińskie ciuchy niskiej jakości i wszystko można było odlać z plastiku i zastąpić wyroby rzemieślnicze. Zachłysnęliśmy się tymi produktami, a ich ceny wdarły się do naszej świadomości. A ludzie, od których otrzymujemy wypłatę zauważyli swoją szansę - przecież nie musi Cię być stać na komodę czy kredens z kazdej wypłaty. Przecież nie ma nic złego w odkładaniu na zakup nowego łóżka. Nagle pensje zaczęły odnosić się do tych "tańszych zamienników" - kiedyś nie było Cię stać na regał i musiałeś odkładać przez trzy miesiące, a teraz proszę - regał kupisz od ręki, za jedną wypłatę. Z tym, że nikt nie mówi, że jest to ten sam regał. Teraz kupisz gorszą, dziesięć razy tańszą wersję, a to, co kiedyś nazywałeś zwykłym meblem to dzisiaj produkt premium.

Eko, Bio...


Czemu kiedy chcę kupić gruszkę, mamiony jestem ofertami gruszek "Bio"? Kiedy te zwykłe gruszki z drzewa przestały być ekologiczne? Czy teraz są niezdrowe? To może niech te "Bio" nazywają się zwykłymi, a na tych zwyczajnych dopiszcie, że to produkt szkodliwy, drugiej jakości? Jak wyprodukować gruszkę "lepszą niż zwykła", by brać za nią dodatkowe pieniądze? Ja chcę, by owoce i warzywa domyślnie były "Eko" - to produkty nieprzetworzone, wolne od konserwantów i barwników, prawda? A jednak cena tego nie odzwierciedla. A jeżeli to produkty "Eko" są takie jak kiedyś, to może niech mają one "normalne" ceny, a te zwykłe, drugiego sortu niech będą dostępne za grosze?

Oczywiście to kolejny wymysł marketingu - za to, co kiedyś było normalne teraz płacimy ekstra, bo teraz jest to produkt premium. Wiecie jakie wędliny sa najdroższe? Ironicznie te z dopiskiem "jak dawniej"... 


Przykładów jest wiele - cała współczesna "ekologia" (zwrot butelek to jeden ze świeższych przykładów robienia biznesu), zaniżenie wartości edukacji (o wiele bardziej opłaca się być hydraulikiem z praktyką niż magistrem, nawet jeśli jest się specjalistą w swojej dziedzinie - "danie" wykształcenia każdemu tworzy patologię, w której nikt już nie wie kto jest kto, a papier jest tylko papierem), wprowadzanie nieżyciowych przepisów (choćby w budownictwie, ale i w przepisach drogowych) i tendencyjnych norm (pasujących nielicznym) oraz prawodawstwo najeżone wyjątkami od wyjątków. Służba zdrowia, w której płąci się za możliwość zrobienia badań, dzięki którym lekarz zaproponuje leczenie, ale zażąda podpisu, że my takiego własnie leczenia chcemy i bierzemy pełną za nie odpowiedzialność. Mechanicy, którzy nie chcą podejmowac się trudnych napraw, bo lepiej zarabiają na szybkich poprawkach dla ludzi, którzy nie mają faktycznego problemu, ale można im policzyć zaporową stawkę za pięć minut roboty...

Mówiło się kiedyś, że Polacy to naród kombinatorów, którzy poradzili sobie w ciężkich czasach. A ja Wam mówię, że ciężkie czasy nadal trwają, a kombinowania już nawet nie zauważamy - teraz stało się to normą.

piątek, 27 marca 2026

Ucz się, by nie płacić

Uczenie się to nie tylko sposób na to, by mieć dobrą pracę, więcej pieniędzy i zapewnienie sobie warunków, w których na wszystko stać. To także coś o wiele bardziej wprost. Posiadanie praktycznych umiejętności oznacza, że nie trzeba wynajmować kogoś, kto będzie mógł ich użyczyć. To oszczędność na wydawaniu pieniędzy, a nie dodatkowy zarobek. Osobiście uważam, że wszystko, co nie wymaga wymiany środków płatniczych jest tańsze, chociażby o podatek i opłatę manipulacyjną. Lepiej nie zarobić i nie musieć wydać niż zarobić i wydać.  To zupełnie inne podejście do zagadnienia.

Żyjemy w czasach szeroko rozwiniętego rynku wszelakich usług. Są one jednak zupełnie inne niż kiedyś. Bardziej udziwnione i wydumane. Wymagające już nie tyle wiedzy i umiejętności, co sprzętu i sprytu oraz metod marketingowych. Mnie pociąga prawdziwe rzemiosło - krawiec, szewc, mechanik, który potrafi naprawić coś, zamiast jedynie wymieniać części. To był kiedyś resort usług. Obecnie jest to margines, być może przyziemny, za to życiowo bardziej potrzebny niż trener personalny, architekt wnętrz feng-shui czy doradca inwestycyjny.

Okazuje się, że wraz ze zmniejszeniem się ilości osób wykonujących te "przyziemne" usługi, zmalał na nie popyt. Sztucznie zmalał. Wmówiono nam bowiem, że rzeczy się nie reperuje. Że taniej i lepiej jest kupić nowe. Cóż - taniej może faktycznie jest, ale tylko dlatego, że nie ma gdzie naprawić starych, a nowe konstruowane są tak, by naprawić się ich nie dało. A przecież tyle mówi się obecnie o ekologii, zmusza obywatela do wydawania dodatkowych środków na ten szczytny cel, a nie wprowadza obowiązku producenta do tego, by produkt wytrzymał dłużej niż wynosi okres gwarancji (za którego wydłużenie przecież się płaci).

Jako, że sam potrafię nieźle ugotować to, co lubię zjeść, a regały w swoim mieszkaniu samodzielnie zaprojektowałem i skręciłem (po zamówieniu na stolarni odpowiednio przyciętych elementów) i nie płacę za wiele rzeczy, których mogę nauczyć się sam, postanowiłem zastanowić się nad listą umiejętności (od łatwych, których nauka zajmie kilka minut, a przydadzą się raz na jakiś czas po bardziej skomplikowane, które pozwolą na zaoszczędzenie sporych sum), które warto posiadać w dzisiejszych czasach. Oto ona:

  • Musisz wiedzieć jak wbić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie czy przepiłować deskę. Naucz się korzystać z miarki czy kątownika. Te podstawowe umiejętności pozwolą Ci dokonywać w domu małych napraw. Nie są one drogie, ale dojazd fachowca to koszt (a nie zawsze ma się kogo poprosić o pomoc).
  • Dowiedz się jak wykonać obsługę urządzeń w domu - jakie masz żarówki i jak się je wymienia, który bezpiecznik odpowiada za który obwód i co z tego wynika, dowiedz się jak odetkać zatkany odpływ czy przepchać toaletę. Tego ostatniego warto nauczyć się obserwując fachowca przy pracy (choć można także z filmu instruktażowego na youtube).
  • Jeśli nauczysz się jak rozłożyć namiot i krzesać ogień, a do tego poćwiczysz wiązanie kilku podstawowych węzłów, masz do dyspozycji nowe, ciekawe hobby i sposób spędzania wolnego czasu, a być może także pomysł na tanie wakacje. Nie mówiąc o tym, jak męskie jest posiadanie takich umiejętności.
  • Cerowanie i szycie to coś, co da się opanować. Choćby tylko w zakresie zaszycia małej dziurki czy przyszycia urwanego guzika. Taka szybka naprawa garderoby pozwala dłużej cieszyć się ulubionymi ciuchami, bez konieczności zanoszenia wszystkiego do krawcowej. To dosłownie kilka minut pracy (chociaż nauka szycia trwa nieco dłużej), a przydaje się bardzo często, szczególnie przy dzieciach.
  • Umiejętność zmiany koła czy naładowania akumulatora to konieczność dla wszystkich zmotoryzowanych. W awaryjnej sytuacji pozwala oszczędzić czas i pieniądze.
  • Jeśli nauczysz się gotować kilka swoich ulubionych potraw, za ułamek ceny odtworzysz przepisy i następnym razem wybierzesz gotowanie, a nie wyjście do restauracji. Dodatkowym plusem jest możliwość zastosowania lepszych produktów i wiedza o dodatkach (w tym konserwantach), które znajduja się w potrawie.
  • Możesz stworzyć sobie własny plan treningowy we własnym domu, zamiast wykupować karnet na siłowni. A jeśli mieszkasz w mieście, domowe ćwiczenia możesz uzupełnić o zestaw na plenerowej siłowni. Tanio, przyjemnie, na świeżym powietrzu. Filmów instruktażowych i darmowych aplikacji jest od groma.
  • Na koniec coś bardziej osobistego - nauczyłem się rozumieć zapisy w umowach (na usługi, obsługę, kredytowych, regulaminach), dzięki czemu nie potrzebuję prawnika podczas ich podpisywania, a jednocześnie czuję się bezpiecznie zarówno podczas negocjacji i podpisywania, jak i przez okres związania umową. Umiejętność ta pozwoliła mi zaoszczędzić ogromne pieniądze (choćby wcześniejsza spłata kredytu mieszkaniowego bez odsetek). Pomogłem też kilku znajomym rozprawić się z ich problemami na podstawie zawartych przez nich umów, pisanych wniosków i wyliczeń. Dzięki moim poradom uniknęli nieprzyjemności i odzyskali należne pieniądze. Owszem - nauczenie się tego wymagało sporo pracy, ale warto było.

Ostatnia rada dotyczy tego, by cały czas uczyć się nowych umiejętności w miarę potrzeb. Warto obserwować fachowca przy pracy, więc kiedy wynajmujemy kogoś, by wykonał dla nas usługę, warto się od niego uczyć. Bierzesz fachowca do położenia tapety w pokoju? Być może później poradzisz sobie z przedpokojem samodzielnie. Wujek pomaga Ci położyć płytki w łazience? Zadawaj dużo pytań, pomagaj jak tylko możesz i ćwicz, to następnym razem zrobisz to samodzielnie. Potencjał jest nieograniczony i warto cały czas powiększać wachlarz posiadanych biegłości.

piątek, 20 marca 2026

Płacisz za wygodę

Dzisiejszy post skierowany jest do ludzi, którzy ciągle narzekają, że przerastają ich koszty zycia codziennego. A powstał z tego powodu, że spotkałem się z opisanymi poniżej sytuacjami osobiście, a usłyszałem je w rozmowie w szerszym gronie. Niestety rozsądna argumentacja nie pomogła, dlatego opublikuję ten post tutaj - tu nikt nie będzie się kłócił, no bo jak (chyba tylko w komentarzu), a jeśli kogoś nie będzie to obchodziło, to po prostu nie przeczyta. Główną zaś myślą jest to, że wiele osób po prostu się nad tym nie zastanawia - wiedzą, że tak jest, ale nie rozumieją, że są inne wyjścia.

Zagadnienie jest proste - jeżeli nie stać Cię na rzeczy dotyczące codziennego życia, zrezygnój z wygód. Jest cały szereg wygód, które w chwili obecnej stały się standardem, a które standardem nie są i w wielu przypadkach da się znaleźć inne, tańsze rozwiązania (chociaż zapewne nie tak wygodne). Owszem - jeżeli Cię stać na wygody, nie ma problemu, ale (jak pisałem), zetknąłem się z ludźmi, którzy zmagają się z zapłatą rachunków, a wciąż korzystają z dodatkowo płatnych wygód.

Pierwszym przykładem jest zamawianie jedzenia. Oczywiście, że jeśli nie stać Cię na pójście do restauracji, to najlpeije gotować w domu. Wiem też, że czasem nie starcza na to czasu (lub umiejętności) i po prostu chcemy zjeść coś innego, co przygotuje ktoś inny. Nawet wtedy jednak warto rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy dowóz to rzeczywiście "darmowa" opcja. W mojej okolicy jest zaskakująco wiele knajp (w tym moja ulubiona), które udzielają rabatu przy odbiorze osobistym, zatem jeśli zamówisz przez telefon i osobiście odbierzesz jedzonko, zapłacisz o 10% mniej. Taniej niż jeść w restauracji, taniej niż zamówić z dowozem. 

W ogóle dostawy to temat rzeka. Zaczynając od dostaw kurierskich, warto sprawdzić różnicę między dostawą do drzwi a dostawą do punktu (czy choćby paczkomatu) - mniej wygodnie, ale taniej. Dostawy zakupów - co prawda zdarzają się tu promocje, które równowarzą koszt dostawy, ale promocje te można często znaleźć także w sklepie stacjonarnym, gdzie koszt dostawy będzie zerowy. Jeśli zakupy wydają Ci się drogie - nie podnoś ich kosztu, żądając wygodnej dostawy do domu.

Raty to także temat pod rozwagę. Wiem, że teraz modne są "raty 0%" i niektóre nawet faktycznie takie są (nie ma kosztu obsługi systemu rat, prowizji i innych dodatków), ale nawet w takim przypadku pojawia się koszt ukryty w konieczności dopisania do budżetu kolejnej pozycji, która uszczupli dochód i sprawi, że w kolejnych miesiącach zostanie nam mniej środków do życia. Lepszym rozwiązaniem, z którego osobiście zawsze korzystałem jest założenie, że jeśli w tej chwili nie mam na coś pieniędzy, to znaczy, że mnie na to nie stać. Jeśli jestem w stanie uzbierać na coś pieniądze, to zależy mi wystarczająco, by to posiadać. Panowanie nad finansami stało się o wiele bardziej intuicyjne dzięki temu założeniu. I rozumiem wygodę rozwiązań ratalnych, ale uważam ją za słuszną tylko w przypadku niezwykle istotnego zakupu, którego nie dało się zaplanować (jesli lodówka zepsułaby mi się na amen i nie miałbym żadnego funduszu rezerwowego, to prawdopodobnie zmuszony sytuacją nową kupiłbym na raty, ale jeśli byłoby to zimą, to starałbym się przechowywać jedzenie na baklonie i zbierać na nową chłodziarkę).

Taksówki to kolejne udogodnienie, z którego rezygnuję, gdy jestem pod kreską. Owszem - są o wiele wygodniejsze od roweru czy komunikacji zbiorowej, ale nawet te z aplikacji kosztują więcej. Tłumacząc się, że "to konieczność, z której wszyscy korzystają" zwyczajnie nie masz racji. W większości przypadków możesz tak zaplanować swoje przejazdy, by dopasować się do tańszych opcji komunikacyjnych. Nie tak dawno, bo w ferie zimowe, pojechałem pociągiem o kilka godzin za wcześnie tylko dlatego, że była promocja 50%. Co prawda zanim zwolnił się pokój (zameldowanie o konkretnej godzinie), spędziliśmy trochę czasu na dworcu, ale oszczędzenie paruset złotych było tego warte. Dzęki temu stać nas było na dobry obiad i zakupy na śniadanie następnego dnia.

Takie przykłady można mnożyć. Chodzi mi o to, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że dopłacamy za wygodę, która wydaje nam się normą. Kiedy jednak portfel nas przyciśnie warto z tego zrezygnowac i poszukać tańszych rozwiązań. Do wygody powrócimy, kiedy znów będzie nas na nią stać.