piątek, 18 września 2026

Jedz to co lubisz

Jest pewna umiejętność, którą uważam za kluczową i przynosi ogromne oszczędności w moim domu. Zanim zdradzę co to za umiejętność, muszę jednak napisać, że bardzo lubię jeść. Wszyscy domownicy lubią jeść. Dlatego właśnie umiejętność przygotowania jedzenia uważam za kluczową, a oszczędności poczynione dzięki niej mają największy udział w budowaniu budżetu. Myślę, że jest wiele osób takich jak my, które lubią smacznie zjeść. Wiele z tych osób nie umie gotować i nie chce się nauczyć. I tutaj właśnie wchodzi najlepsza część dzisiejszego wpisu - nie musicie umieć gotować! Wystarczy wam szczątkowa umiejętność przygotowania kilku dań.

Cała rzecz polega na tym, by domowy posiłek zastąpił wyjście do knajpy lub zamówienie jedzenia do domu. W tym celu nie musicie umieć gotować. Wystarczy Wam umiejętność przygotowania konkretnych dwóch czy trzech potraw! Oto mój algorytm na uniezależnienie się od (drogich) posiłków z restauracji.

1. Po pierwsze przeprowadźcie wywiad sami ze sobą i zastanówcie się co najczęściej zamawiacie. Pizza? Frytki? Hamburgery? Curry? Chińszczyznę? A może lubicie makarony? Zróbcie listę najczęściej zamawianych dań, zaczynając od najbardziej popularnych.

2. Znajdźcie na sieci (kto dziś używa książek kucharskich, prawda?) przepis na danie, które najczęściej zamawiacie. Przetestujcie go raz czy dwa. Przepiszcie przepis na kartkę i powieście ją na lodówce. W razie potrzeby dopisujcie modyfikacje, które wprowadzacie do przepisu. Niech zacznie wychodzić taki, jak lubicie.

3. Zainwestujcie w dobrej jakości składniki i róbcie swoje ulubione danie ilekroć będziecie mieć na nie ochotę. Nawet z drogimi składnikami będzie ono tańsze niż w restauracji, a za każdym razem, kiedy będziecie je robić będzie to szybsze i łatwiejsze.

4. Kiedy pierwsze danie opanujecie, weźcie pod lupę kolejne. I tak ile razy chcecie!

Stosując te zasady bardzo szybko nauczycie się kilku ulubionych przepisów, a dużą część z nich da się przygotować szybciej niż trwa dowóz jedzenia. Oczywiście - przy dowozie jest mniej przygotować, zamiast stać w kuchni można bezmyślnie spędzić czas przed ekranem no i nie trzeba myć garów, ale policzcie jak bardzo się to opłaca! Prawda wyjdzie w finansach. Ja jestem po tym etapie i mówię - opłaca się!

Potrafię zrobić niezłe spaghetti. Nie trwa to długo, chociaż trzeba przynajmniej przez pół godziny stać w kuchni (siekanie cebuli i przesmażanie mięsa trwa najdłużej). Gotuję jednak wielki gar sosu, który starcza mojej rodzinie na 2-3 dni, a naprawdę lubimy jeść.

Kiedy uczyliśmy się przyrządzić pizzę (taką domową, nie z ciasta, które rośnie przez dobę), trwało to dłużej, ale obecnie, w domowym piekarniku bez żadnych wodotrysków jesteśmy w stanie zrobić pizzę w czasie podobnym do czasu dostawy (czas dostawy w naszej okolicy wydłużył się do prawie godziny).

Odkąd zaczęliśmy robić w domu curry i chińszczyznę, zainwestowaliśmy w naprawdę dobry ryż. Jest 2-3 razy droższy niż ten zwykły, sklepowy, a mimo to gotowanie tych potraw wychodzi nas o wiele taniej niż zamawianie ich z dowozem.

Zakup airfryera także uprościł sprawę oraz sprawił, że zwykłe mrożone frytki nie są już suche, smakują jak prosto z oleju, ale nie potrzebują głębokiego tłuszczu. Świetnie sprawdza się także przy smażeniu kurczaka - czy to w panierce, czy nie (wychodzi jak z rożna). Jeśli ktoś jest zainteresowany dokładnie tym modelem airfryera, który posiadamy, to można go kupić tutaj.

Zaczęliśmy kolekcjonować książki kucharskie, bo skoro tak łatwo przychodzi nam przygotowanie ulubionych dań, to zaczęliśmy się zastanawiać czego nigdy nie jedliśmy oraz czego nie ma w dostawie w naszej okolicy (a nawet w naszym kraju). Odkrywamy kuchnię, której nie znaliśmy.

Zamawianie jedzenia przestało być nam potrzebne! Jeśli chcesz nauczyć się przydatnej umiejętności, nie ucz się języka obcego - naucz się gotować. Inwestowanie w siebie warto zacząć od umiejętności, która zaprocentuje właśnie dla mnie (a nie na przykład dla pracodawcy).

piątek, 11 września 2026

Linki, za które płacą!

Jakis czas temu wrzuciłem tutaj banerek (obecnie jest po lewej na górze, ale jak długo tam będzie - nie wiem), który prowadzi do programu lojalnościowego Allegro, który testuję od jakiegoś czasu. Allegro miało już kiedyś program lojalnościowy (dość kiepski, moim zdaniem), ale ten, przynajmniej na razie, wydaje się być sensowny. Chodzi o to, że można dzięki niemu polecać oferty na Allegro, a kiedy ktoś z nich skorzysta, dostaje się punkty, które później można wymienić na kupony na zakupy. Ilość zdobytych punktów zależy od ceny przedmiotu, a także od tego, czy ktoś kupił wskazaną rzecz, coś innego w tej kategorii, czy też cos w kategorii ogólnej. Najważniejsze jednak, że faktycznie da się dość łatwo uzbierać punkty na zniżkę 10 czy 20 złotych!

Polecać można poprzez stronę internetową, ale równie dobrze można podsyłać linki znajomym, jeśli uważasz, że coś ich zainteresuje. Myślę, że to świetny sposób na przekazanie znajomym, którzy nie mają pomysłu, listy prezentów urodzinowych. Co ciekawe, co jakiś czas organizowane są różne akcje i ankiety, dzięki którym można złapać kilka dodatkowych punktów.

Zapisać do programu można się pod tym linkiem i szczerze zachęcam, bo ja już parę kuponów odebrałem i użyłem w czasie zakupów.

sobota, 5 września 2026

Warszawski transport

Dzisiejszy wpis dotyczy Warszawiaków (i, ewentualnie osób odwiedzających stolicę), ale być może jest także użyteczny dla mieszkańców innych miast. Zacznę go kontrowersyjną dla niektórych tezą, że w Warszawie posiadanie samochodu nie jest koniecznością, ale luksusem. I wiem, że są tu samochodziarze, którzy uważają, że muszą podjechać samochodem wszędzie, a ograniczenia prędkości należy znieść, mandaty obniżyć, a pieszych odizolować. Powodem, który podają jest często "bo tak jest wygodnie", rzecz w tym, że im jest może wygodniej, póki wszyscy nie wpadną na ten sam pomysł. Kiedy wszyscy wsiądą do samochodów, wszystkim znów jest niewygodnie.

Warszawa posiada dobrze rozbudowany system komunikacji miejskiej, więc naprawdę można wszędzie dojechać metrem, tramwajem i autobusem. Nawet osobom mieszkającym poza aglomeracją, łatwiej jest zaparkować na obrzeżach i przesiąść się choćby w metro. Większość przyczyn hamujących komunikację miejską, równie dobrze hamuje także samochody - stoimy w tych samych korkach i mierzymy się z tymi samymi zwężeniami (chociaż na części głównych tras zlokalizowane są bus pasy, więc autobus jest w stanie prześcignąć auta stojące w korku). Oczywiście komunikację miejską zwalniają przystanki (w przypadku metra nie ma to znaczenia - metrem i tak jest szybciej), ale to nie jest aż taka "strata", a mało kto naprawdę musi się aż tak spieszyć (choć wielu uzasadnia swój wybór zaoszczędzeniem 10% cennego czasu, który potem marnuje na bezmyślne klikanie w ekran telefonu - rzecz, którą można zrobić siedząc w autobusie).

Przy dzisiejszych cenach paliwa, samochód jest drogi. Owszem - można jeździć elektrykiem (pomijam kwestie ekologii), co jest tańsze, ale równie uciążliwe. Warszawa obecnie z niezrozumiałych dla mnie powodów przechodzi szereg zmian, które utrudnią życie kierowcom, szczególnie w centralnych dzielnicach. Może się to nie podobać, ale takie są fakty - coraz mniej jest miejsca na drogach dla prywatnych aut. Transport publiczny może nie jest tani, ale z pewnością wychodzi taniej niż poruszanie się po aglomeracji autem. A jeśli ktoś dużo podróżuje, to okaże się, że bilet okresowy opłaca się jeszcze bardziej (dwa przejazdy dziennie usprawiedliwiają jego zakup, więc przy sześciu czy ośmiu środkach transportu każdego dnia okazuje się, że cena nie jest wygórowana).

Oczywiście kierowcy odpowiedzą, że samochodem można dojechać wszędzie, pod same drzwi, a metrem tylko do stacji i później trzeba przejść (albo podjechać). I byłoby to prawdą, ale raczej w przypadku taksówki. Własnym autem można podjechać wszędzie, a następnie poszukać miejsca parkingowego (co wcale może nie być "pod drzwiami") i opłacić parkometr. Opłata ta okaże się wyższa niż bilet na komunikacje miejską, zmarnujemy cza sna pobranie i umieszczenie za szybą bileciku... alternatywnie zaparkujemy w miejscu niedozwolonym, ciśniemy się na kawałek trawnika czy przystanek autobusowy i liczymy się z mandatem - koszt takiego jednego parkowania będzie wtedy wyższy niż bilet kwartalny. Często złe parkowanie nie wynika z tego, że nie ma miejsc parkingowych (bo są, tylko nieco dalej, albo płatne), ale dlatego, że "ja chce zaparkować tu i teraz, bo się spieszę i chcę mieć blisko". To są argumenty rodem z przedszkola, ale właśnie takich kierowcy używają najczęściej.

Pogodzenie się z realiami nie jest łatwe, ale w chwili obecnej (Warszawa nadal jest rozkopana po wakacyjnych remontach, drogi są zwężane, zabierane są pasy, zamieniane na takie przeznaczone dla transportu publicznego) to właśnie są realia. Transport publiczny, zbiorowy staje się rozwiązaniem relatywnie szybkim i bardzo tanim. Może się to nie podobać, ale to nie zmienia faktycznego stanu rzeczy. A dobrze wiedzieć jaka jest rzeczywistość, zamiast tkwić w świecie fikcji i wyobraźni. Na koniec dodam, że nadal można poruszać się samochodem po Warszawie - jest to drogie i mniej wygodne niż bywało, ale możliwe. Ten tekst nie ma za zadanie nikogo do niczego zmuszać - jest to zbiór obserwacji oraz wynik rozmów ze znajomymi, którzy w Warszawie (lub pod Warszawą) mieszkają i pracują.

piątek, 21 sierpnia 2026

Wszystkiego po trochu

Dla jednych będzie to łapanie wielu srok za ogon, dla innych "dywersyfikacja", dla mnie jest to robienie wielu rzeczy (przynoszących dochód lub pozwalających oszczędzić) na raz. Pozwala mi to walczyć z nudą i wypaleniem. Wypełnić dzień wieloma czynnościami, które mają potencjał, ale nie czuć się przytłoczonym. A jeśli jedna z tych rzeczy wypali, cóż... wtedy jest fajnie. Oto moja droga, a raczej jej część, do niezależności finansowej bez typowej "pracy na etacie". To rozwiązanie nie jest dla każdego i być może nie przynosi spodziewanych zysków, ale pozwala mi zachować trzeźwy, nie zamglony umysł i zdrowie (mniej stresu, którego lekarz kazał mi unikać za wszelką cenę kilka lat temu).

Po pierwsze prowadzę bloga, a nawet kilka blogów. Zysku z tego wymiernego nie ma, ale jest to coś, co pozwala mi poczuć rytm tygodnia, publikując post co piątek (tutaj), co wtorek (tam) oraz w innych okresach jeszcze w paru miejscach. To dla Was oczywiste - w końcu czytacie ten post, więc musiałem go opublikować. Jak wspomniałem - zysku z tego nawet nie liczę, ale lubię pisać, zebrać myśli na jeden konkretny pomysł, a co jakiś czas dowiedzieć się, że komuś jakiś mój pomysł się przydał.

Po drugie porządki. Jestem kolekcjonerem, na skraju zbieractwa. Wszystkie moje rzeczy są nadal ułożone i niezaniedbane (czasem tylko trochę zakurzone). Nie mam żadnego robactwa, ale ilość przedmiotów wymknęła się spod kontroli. Od lat próbuję je uprzątnąć, a że większość to nie są bezwartościowe śmieci (a wręcz przeciwnie), to staram się znaleźć im nowy dom. Mam wystawionych mnóstwo aukcji na Allegro Lokalnie i jeśli macie chęć coś ode mnie kupić - zapraszam. Obecnie wszystkie moje ogłoszenia objęte są darmową wysyłką w ramach Smart, a jeśli nie macie zaufania do sprzedawców na tej platformie (bo na "lokalnie" nie można wystawiać komentarzy), to być może macie zaufanie do mnie.
Porządki zajmują sporo czasu, podobnie jak robienie zdjęć a następnie wystawianie ogłoszeń. To także jest moje zajęcie "codzienne" - kiedy mam czas, wystawiam kilka ogłoszeń rzeczy, z którymi zgodziłem się rozstać. Skala jest olbrzymia!

Po trzecie piszę scenariusze i pomoce do gier RPG, które to gry są moją pasją już od ponad trzech dekad (stąd rzetelność drugiego bloga, o którym pisałem wcześniej). Sprzedaję te narzędzia RPGowe na stronie DriveThruRPG, gdzie można kupić ich elektroniczne wersje (planuję rozszerzyć działalność o fizyczne wydania) - jeśli ktoś zainteresowany jest tym, co tworzę, zachęcam do zakupu. To najprzyjemniejsze z rzeczy, którymi się zajmuję - tutaj naprawdę się spełniam. Jest to też najbardziej wymagająca część moich codziennych zajęć.

Po czwarte pisuję opowiadania erotyczne dla dorosłych (dorosłych czytelników, którzy są ich ciekawi zapraszam na stronę https://erotyczneopowiadania.blogspot.com/ , ale tylko pełnoletnie osoby). Tam też znajduje się sposób na to, jak wesprzeć moją twórczość przez chociażby postawienie mi przysłowiowego piwa. Pisuję także opowiadania fantastyczne, ale te albo ukazują się w miejscach ode mnie niezależnych (magazyny fantastyczne, zbiory opowiadań), albo wysyłane są na konkursy literackie (tak, zdarzało mi się zajmować miejsce na podium). 

To nie są wszystkie moje "codzienne zajęcia zarobkowe", ale te, które zdecydowałem się tutaj przedstawić. Domyślam się, że mógłbym bardziej skoncentrować się na jednym z nich i osiągnąć wymierne zyski, ale chyba lubię pchać kilka tematów na raz i zawsze mieć coś do zrobienia, choćby tylko dla poczucia, że coś robię. Po chorobie potrzebowałem tego poczucia bardziej niż czegokolwiek i teraz nie umiem się bez niego obejść.
Czy to dywersyfikacja? Chyba nie, bo nie wiąże się z rozrzuceniem dochodu na wiele źródeł, by któreś zawsze procentowało (tak postępuję z inwestycjami). 
Czy to łapanie wielu srok za ogon? Pewnie bardziej, bo przez to podejście nie osiągam wymiernych wyników w żadnej dziedzinie, jak mogłoby to mieć miejsce, gdyby zdecydował się poświęcić jednemu celowi. 
Ale wymierny skutek jest jeszcze jeden - nie mając codziennej, dziennej pracy na etacie, mogę poświęcić więcej czasu rodzinie (i sobie samemu, o czym wiele osób zapomina i gubi sens). To jest bezcenne. Praca jest potrzebna, żeby nie zwariować (a nie tylko dla zarabiania pieniędzy), natomiast kiedy zaczyna rządzić życiem trzeba się zastanowić, czy warto. Ja uznałem, że nie warto i teraz raczej "zajmuję się" niż "pracuję". Mam pomysły, projekty i zadania, a nie konieczność robienia czegoś i wykonywania poleceń przez osiem godzin dziennie. Nie robię też chyba nic ważnego, więc mniejsza odpowiedzialność i mniejszy stres z tym związany działa dobrze dla mojego zdrowia. Wiem, że wiele osób nie może sobie pozwolić na luksus sytuacji, w której ja się znalazłem. Polecam jednak dążyć do stanu, gdy będziecie chcieli coś robić, a pieniądze, które to coś przyniesie staną się dodatkiem, a nie efektem ciężkiej walki dzień po dniu. 

Jeśli jesteście ciekawi moich pomysłów lub chcecie kupić coś, pochodzącego z mojej kolekcji - teraz macie okazję, bo podałem odpowiednie linki. Jeśli będziecie chcieli wspomóc mnie - czy to dobrym słowem, czy postawić piwo, to także macie taką możliwość. Dzięki wszystkim, którzy czytają moje posty, bo jeśli są takie osoby, to tym bardziej warto je tworzyć.

piątek, 14 sierpnia 2026

Unikaj nagłych wydatków

Ja wiem, że większość moich czytelników uzna, że ten post jest głupi. Tym samym oznajmiam, że nie jest on dla tej większości. Ja rozumiem reakcję typu "jakbym wiedział, że się przewrócę, to bym się położył". Rzecz w tym, że pomysł na którym oparłem dzisiejszy wpis stosuję od wielu lat i działa on na mnie (i moją rodzinę), natomiast nie działa na moich znajomych, którzy zupełnie go nie rozumieją. No, ale oni nie widzą związku pomiędzy przyczyną a skutkiem, a przynajmniej nie rozumieją go w sposób, w jaki ja go widzę. Dla mnie to analiza ryzyka i trzymanie się bo bezpiecznej stronie (najchętniej nie podejmowanie żadnego ryzyka, przy którym strata wielokrotnie przewyższa potencjalny zysk). Statystyka mówi sama za siebie. Zatem wpis ten jest dla ludzi, o usposobieniu podobnym do mojego. Inna sprawa, że ci ludzie prawdopodobnie już stosują tę metodę bez czytania mojego wpisu...

Od lat trzymam się zasady, wedle której ograniczam potencjalne nagłe wydatki. Na przykład jeżdżąc zgodnie z przepisami i parkując jedynie w dozwolonych miejscach. Nie ważne jak daleko trzeba będzie dojść i jak długo jechać - nie łamię prawa. Skoro nie łamię prawa, to nie płacę mandatów, gdyż po prostu nie są one wystawiane. Gdy rozmawiałem ze zmotoryzowanymi znajomymi, każdy z nich ma na koncie przynajmniej (średnio) jeden mandat rocznie. Ktoś kto nie miał mandatu w ciągu ostatniego roku, w ubiegłym miał ich kilka - o to mi chodzi ze średnią. Nawet jeśli nie są to wysokie mandaty (a teraz są coraz wyższe), to nadal jest to niepotrzebnie wydane kilkaset złotych. To cena fajnej planszówki, paru komiksów lub kilku książek! Zawsze do mnie to przemawiało.

Dbam o rzeczy, które dzięki temu wolniej się zużywają i wymagają wymiany o wiele rzadziej. Na przykład - nie używam pralki drugi raz, bezpośrednio po zakończeniu cyklu prania, tylko daję się schłodzić silnikowi (poradził mi to pan od naprawy pralek), dzięki czemu faktycznie sprzęt wytrzymuje dłużej. To w ogóle zadziwiające o ile lepiej działają sprzęty AGD, kiedy przestrzega się porad zawartych w instrukcji. Równie zadziwiające jest to, jak wiele osób ignoruje to w imię wygody czy oszczędności czasu (nie czuję straconego czasu robiąc godzinną przerwę pomiędzy cyklami prania, czy niewygody otwierając szeroko zmywarkę, kiedy słyszę, że skończyła myć naczynia). 

Owszem - nie wiem o ile przedłużam żywotność urządzeń ani czy akurat dzisiaj dostałbym mandat, gdybym pojechał szybciej (i zaoszczędził kwadrans). Wiem natomiast, że w całkowitym rozrachunku jestem, jakoś tam, do przodu. Większość z Was, podobnie jak moi znajomi, uznają, że i tak będą przekraczać prędkość, bo się spieszą, a ryzyko mandatu nie jest wysokie, a ten jeden mandat rocznie, to stać ich, żeby zapłacić. Ten post nie jest dla tych osób! Ja wole bez stresu, bez ryzyka, nieco wolniej, nieco dłużej - jeśli Ci to nie przeszkadza, prawdopodobnie skorzystałbyś/skorzystałabyś na tym wpisie, gdybyś już tak nie postępował/a.