piątek, 30 stycznia 2026

Darmowa nauka (dla dziecka)

Uznałem, że szkoła za mało uczy. Moje dziecko ma znacznie mniej wiedzy niż ja miałem w jego wieku. Chodzi mi o wiedzę szkolną. W szkole głównie są lekkie lekcje, brak prac domowych (w poprzedniej nie było też dzwonków, żeby dziecka nie stresować), brak... pracy. Tempo i poziom są tak niskie, że nie stanowią wyzwania dla umysłu i zwyczajnie hamują prędkość przyswajania informacji. Nie zmuszają mózgu do wysiłku, więc w mojej opinii nie rozwija się on odpowiednio szybko. Aby to zmienić należy uczyć dziecko w domu (co i tak robiłem), a do tego robić to systematycznie. Ja postanowiłem położyć większy nacisk na przedmioty, w których dziecię ma największe braki, co poskutkowało dodatkowym męczeniem go językiem angielskim, ale poniższą radę można wykorzystać do nauki dowolnego przedmiotu.

Uczenie dziecka wymaga dużo czasu, a czas ten w większości przeznaczany jest na żmudne powtarzanie, które na dobrą stronę dziecko mogłoby zrobić samo. Potrzebny był mi zatem system, który w sposób efektywny wymusi na dziecku powtarzanie, a jednocześnie pomoże mu pracować samodzielnie. Pomyślałem o doskonałym sposobie z fiszkami, gdzie po jednej stronie mamy słowo lub zwrot po angielsku, a po drugiej po polsku. W ten sposób dziecko może uczyć się słówek (i zwrotów) zarówno przypominając sobie znaczenie angielskich, jak i tłumacząc na angielski polskie odpowiedniki.

Tutaj polecam świetny produkt, który co prawda nie jest za darmo, ale działa świetnie. Za około 50 PLN można kupić gotowy zestaw jakichś 1200 fiszek! LINK

W tytule widznieje jednak słowo "darowa", a zatem przejźmy do tego, co samemu robię. Otóż samemu robię takie fiszki ze słówkami, których dziecko aktualnie potrzebuje. Dodaję nowe słówka po każdej szkolnej lekcji języka angielskiego i dołączam do zestawu. Wystarczy brystol lub blok techniczny i dwa kolory pisaków (żeby łatwo można było rozróżnić stronę, na której widnieje słówko po polsku od tej drugiej i uczyć się w takim trybie, w jakim chcemy). Są jednak dwa świetne narzędzia, które przyspieszają stworzenie ładnych, atrakcyjnych fiszek - można się bez nich obejść, ale osobiście naprawdę polecam używanie ich.

1. Mata do cięcia. Można jej użyć do przycięcia brystolu (z pomocą metalowej linijki - o wiele szybsza metoda niż zaznaczanie linii cięcia każdorazowo mierząc linijką) lub jedynie zaznaczyć linie i karteczki wyciąć nożyczkami. Standardową kartkę A4 z bloku technicznego można z małymi stratami przyciąć na wielkość 3x7cm (7x4 to 28 karteczek to 21x28cm, podczas gdy A4 ma 21x29,7cm). Mata przyspiesza proces pozwalając poliniować kartkę bez zaznaczania na niej odległości. Proponowana przeze mnie mata jest jedną z tańszych i świetnie spełni swoje zadanie.

2. Zaokrąglarka do narożników - taka przycinarka, która sprawi, że narożniki będą zaokrąglone (polecam promień 4mm) i nie będą się zaginały i niszczyły.

Uczenie dziecka uważam za jedno z najważniejszych przedsięwzięć każdego rodzica i jeśli nie ma się na to czasu, to na co właściwie ma się czas w życiu? Fiszki to z kolei świetny sposób, by czas ten wykorzystać z maksymalną efektywnością, dużą część procesu nauki pozostawiając dziecku, zatem warto zakupić lub zrobić je samodzielnie i udostępnić mu to narzędzie.

piątek, 23 stycznia 2026

Przyzwyczajenia zdrożały

Oczywiście wiemy, że wszystko drożeje - każdy o tym mówi. Niestety nie kazdy wyciąga wnioski,  a w konsekwencji, nie robiąc użytku z tej wiedzy, traci. Zaskoczeniem jest stan konta, a przecież od początku wiadomo było, że wszystko drożeje. Rzecz w tym, że niektóre rzeczy drożeją ponad swoją wartość i czasem trzeba dokonać wyboru i zarządzić zmiany. Oto najważniejsza lekcja do wyciągnięcia z wiedzy, że wszystko drożeje.

To co się opłacało, już się nie opłaca.


Tutaj nie chodzi o to, że coś podrożało bardziej niż inne rzeczy. Nie chodzi też o to, że przez wzrost cen na coś nas już nie stać. Chodzi o subiektywne odczucie, że za tę kwotę już nie chcemy danej usługi czy produktu. Że oferowana jakość nie jest warta nowej ceny. Że coś, na co wydawaliśmy, bo było wygodne i w miarę tanie, teraz, w nowej cenie, nie wydaje się już tak wygodne.

Przykład: 
Kupowałem miętowe wykałaczki tylko dlatego, że różnica w cenie była niemal niezauważalna. Teraz jednak wyraźnie ją widzę, więc kupuję wykałaczki zwykłe.
Płaciłem za mycie okien, bo cena była przystępna. Teraz już jej tak nie widzę i wolę to zrobić samemu, kosztem czasu wolnego.
Lubię tę knajpkę, ale kawa w tej cenie to już przesada - moja kawa w domu prawie nie podrożała i jest teraz dwadzieścia razy tańsza niż tutaj.

Sukcesem jest zdanie sobie sprawy z tych zmian i podwyżek i zareagowanie. Niestety, jako niewolnicy nawyków, nadal idąc do marketu wrzucamy te same produkty, bo przywykliśmy to robić, tylko że teraz nie są one już warte swojej ceny. Zwykła paczka chipsów za ponad dychę? "zdrowe" pieczywo to jakiś dramat cenowy. A bakalie i orzechy w ramach "zdrowszej" przekąski? Już nie ma tańszego odpowiednika - teraz wszystkie sa drogie, a markowe mają już cenę "premium". Rzecz w tym, że lepiej się bez nich obejść, a w ramach przekąski zrobić sobie popcorn albo pochrupać marchewkę.

Wygoda bardzo podrożała - restauracje typu fast food oznaczały zawsze tanie, szybkie i niezbyt zdrowe żarcie. Obecnie ceny są bliższe restauracyjnym, szybkość nie jest już taka szybka jak kiedyś... za to pozostały tak samo niezdrowe. Pójście na burgera brzmi teraz niemal ekskluzywnie. Podobna rzecz stała się z kawą na wynos. Nie mówię o kawiarni, gdzie można usiąść z filiżanką, ale o zwykłej kawie w papierowym kubku - dlaczego ma teraz cenę luksusu? Przecież to nie jest wyjątkowe ziarno, które należy celebrować, a codzienna dawka kofeiny. Dania gotowe i mrożonki kosztują tyle, jakby zawierały produkty "bio" (swoją drogą co tak niezdrowego jest w zwykłych produktach, że za te "bio", "eko" trzeba zapłacić potrójną cenę?), a nie jak gotowa pasza z fabryki, przeznaczona dla tych, którzy nie mają czasy gotować i starcza im go tylko, by nacisnąć przycisk na mikrofalówce.

Co się stało z biletami? Zarówno tymi na przejazdy (bilety kolejowe to jakiś żart, transport publiczny także powinien być przyjazny użytkownikowi i zachęcać - przecież nie jest utrzymywany ze sprzedaży biletów, może by tak obniżka, przynajmniej w miejscu zameldowania / płacenia podatków?) jak i na wydarzenia sportowe i kulturalno - rozrywkowe. Teraz już nie ma "wyskoczenia na coś do kina" albo "pójścia na koncert, bo może będzie fajnie" - teraz to planowana wyprawa. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do innego trybu i jak zawsze po prostu płaci kartą, na koniec miesiąca bardzo się zdziwi.

Cena nie współgra z jakością


Żeby jeszcze za ceną szła jakość. Żeby kupując drogie (trzykrotnie droższe) buty można było liczyć, że posłużą dłużej... ale nie. Do gwarancji jakoś to będzie (tak samo w przypadku tanich butów), ale później na dwoje babka wróżyła. Markowe ciuchy różnią się obecnie jedynie logotypem, bo jakość mają dokładnie taką samą, jak nieoryginalne zamienniki. Płacisz więc tylko za markę, bez idącej za tą marką jakości. Czas zrezygnować ze zbędnych zakupów i skoro nie ma różnicy, to nie przepłacać.

Ja zrezygnowałem z wielu rzeczy, nie dlatego, że mnie nie stać, tylko dlatego, że przestały mi się wydawać atrakcyjne i... nie jest tak źle. To były dodatki, bez których łatwo mi się obejść. Po podwyżkach płacę mniej za zakupy, bo o wiele mniej kupuję. Mam się na baczności, zmieniłem przyzwyczajenia zakupowe, zmieniłem marki części kupowanych produktów (jeśli tańszy odpowiednik mi nie odpowiadał, poszukałem czegoś innego) i nie jest źle. Oczywiście odczuwam podwyżki, ale raczej w kwestii "wiele rzeczy nie jest już warte swojej ceny" niż "nie stać mnie". Dlatego właśnie zachęcam do świadomego podejścia do życia, chwili zastanowienia zamiast rutyny i powtórnej analizy co jakiś czas, by zweryfikować, czy od podjęcia poprzednich decyzji nie nastąpiły jakieś zmiany.

piątek, 16 stycznia 2026

Zasady kredytowe

Czy kredyty to zło? Oczywiście, że nie. Problemem nie jest kredyt sam w sobie, ale nieumiejętność ludzi w korzystaniu z niego. Często podpisujemy umowę kredytową nie rozumiejąc jej. Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak działa kredyt, w jaki sposób naliczane są odsetki, jakie są dodatkowe koszty, etc. Drugim niebezpieczeństwem jest to, że bardzo łatwo bierzemy coś na kredyt, na raty - nie czując ciężaru tego zobowiązania. Spłacanie zaś czujemy bardzo mocno. Dzisiaj zatem nauczę Was (tak, tak), w jaki sposób korzystać z kredytu na przykładach z życia wziętych.

1. Kiedy wziąć kredyt?


Kredyt warto wziąć tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Muszą być zatem spełnione dwa podstawowe warunki, by uzasadnione było zaciągnięcie tego typu długu: po pierwsze nie możemy mieć pieniędzy na zakup a po drugie zakup musi być absolutną koniecznością. To aż takie proste! Jeśli którykolwiek z tych warunków nie zaistniał, nie bierz kredytu!

Jeśli zepsuła Ci się pralka, a do uprania jest cała góra dziecięcych ubranek, w dodatku powiększająca się z chwili na chwilę (tak bywa, wiem coś o tym), to zakup nowej pralki staje się koniecznością. Jeśli zepsuł się nam komputer, dzięki któremu możemy pracować - konieczność. Naprawa samochodu, wizyta u dentysty, naprawa ogrzewania, hydrauliki... to są konieczne wydatki. Zakup nowej konsoli do gier, czy nowszej wersji telefonu to nie są zakupy konieczne - to zachcianki!

Jeśli musimy coś bezwzględnie kupić, ale właściwie dysponujemy odpowiednią kwotą pieniędzy, nie zaciągajmy kredytu. Kredyt (szczególnie ten oprocentowany, lub taki, który zawiera dodatkowe opłaty lub groźbę takowych) niech będzie ostatecznością!

2. Zrozum umowę!


Przeczytaj umowę kredytową przed podpisaniem. Jeśli jej nie rozumiesz, weź ze sobą przyjaciela, który rozumie i poproś, żeby Ci wytłumaczył zapisy. To naprawdę bardzo ważna, kluczowa kwestia. Jeśli nie jesteś pewny/a co podpisujesz, nie rób tego! Ta rada pomoże Ci uniknąć bardzo wielu nieprzyjemnych sytuacji. Pamiętaj także, że ten, kto udziela Ci kredytu niekoniecznie jest Twoim przyjacielem - może Cię o czymś nie poinformować, a później trudno się będzie tłumaczyć, że się o czymś nie wiedziało, skoro podpisało się pod dokumentem.

Nie rozumiesz jak coś działa - nie używaj. Nie czytasz umowy - nie podpisuj jej. Nie rozumiesz zapisu - nie podpisuj. To jest moment na zastanowienie! Nie wtedy, kiedy już coś poszło źle! To moment na negocjacje, zmianę zapisów, dyskusję! Jak podpiszesz, jest już za późno.

3. Korzystaj z rozmysłem.


Bliska mi osoba wzięła kiedyś kredyt na pralkę i lodówkę. Gotówki nie było, przymus był. Niestety, nie zapytała jak działa proces spłat - informacja od kredytodawcy brzmiała, że "trzeba spłacać przynajmniej 100 PLN miesięcznie". Tak też robiono. Niestety, kwota kredytu prawie się nie zmniejszała (zmniejszała się o około złotówkę). Dlaczego? Otóż odsetki miesięczne od zaciągniętej kwoty to było 99 PLN. Spłacając 100 PLN pokrywane były jedynie odsetki - kwota nie malała, zatem za miesiąc odsetki znów wynosiły blisko 99 PLN. I tak w kółko. Dopiero po półtora roku dowiedziałem się o kredycie i natychmiast poinstruowałem - trzeba spłacać większymi kwotami, tak by kredyt malał, wtedy będą malały także odsetki, a co najważniejsze - widoczny będzie koniec procesu. Przy spłatach 500 - 800 PLN (tyle ile tylko było można), kredyt został spłacony w (chyba) 10 miesięcy...

Kredytem trzeba się interesować, poznawać opcje, stosować analizy wcześniejszych spłat, przewalutowania, zaciągnięcia kredytu konsolidacyjnego, możliwości spłaty w walucie oraz rozumieć jego działanie w sensie ogólnym. Słowem - nad swoim kredytem trzeba panować. To instrument finansowy, który należy poznać, by z niego korzystać. 

piątek, 9 stycznia 2026

Magiczny 1%

Kiedy ostatnio gdzieś szedłem i uznałem, że warto przyspieszyć (bardziej by oddalić się od tłumu niż z powodu pośpiechu), zamiast szybciej przebierać nogami (co męczy i wydaje się nienaturalne) wydłużyłem krok. Zacząłem stawiać stopy o kilka centymetrów dalej niż zwykle. W ten sposób szybko oderwałem się od grupy. Zauważyłem, że zyskałem zauważalny dystans przy niezauważalnym dodatkowym wysiłku. Zorientowałem się jednocześnie, że bardzo często wkładając niewielki wysiłek w coś, co powtarzamy wiele razy, możemy dojść do niesamowitych rezultatów - przekłada się to na wszystkie dziedziny życia.

A co by było, gdyby wszystko co robimy robić o ten jeden procent lepiej? Bardziej wydajnie, szybciej, dokładniej... Przecież poprawa o 1% to nic trudnego. I można ją zastosować dosłownie do wszystkiego. Jeść 1% mniej, za to o 1% więcej warzyw. Wydawać o 1% mniej, a o 1% więcej oszczędzać (odkładać po wypłacie). To wszystko jest w granicach naszych możliwości. Jeśli masz za mało czasu rano, śpij o 1% krócej (przy 8 godzinach snu to zaledwie 5 minut). Oczywiście 1% to tylko propozycja - możesz zastosować metodę 3%, albo nawet 5% (to ostatnie da Ci 10 minut więcej na przygotowanie się rano i kwadrans na czytanie przed snem).

Chodzi mi głównie o to, że zmiany na lepsze nie muszą być wielkie, a świadome wybory, które wydają się mieć niewielkie znaczenie, zazębiając się i nakładając na siebie, mogą być przyczyną olbrzymich zmian. Wysiłek, który zwiększymy o 1% wydaje się nieznaczący i właśnie w ten sposób go odbieramy. Zyski natomiast, mimo że jednorazowo będą niewielkie, skumulują się i po czasie będą stanowić widoczny efekt.

Wyobraź sobie, że codziennie oszczędzasz 2 PLN (bo kupujesz małą kawę zamiast dużej, albo wybierasz zwykłe mleko zamiast sojowego - nie mówiąc o tym ile zaoszczędzisz robiąc kawę w domu). 2 PLN to nie jest dużo. A teraz wyobraź sobie, że w Sylwestra słyszysz pukanie do drzwi. Otwierasz, a tam typek daje Ci 730 PLN. Za nic. Tyle właśnie daje Twoje 2 PLN oszczędności dziennie, skumulowane na koniec roku.

W trakcie pisania tego tekstu zorientowałem się, że ta metoda opisana jest w świetnej książce Atomowe Nawyki. Są tam przykłady o wiele lepsze od moich! Polecam.

piątek, 2 stycznia 2026

Wyzwanie na 2026 rok!

Nadszedł czas noworocznych zobowiązań. Tym razem jednak proponuję wyzwanie, które nie tylko pozwoli na wytrenowanie technik oszczędzania pieniędzy i hamowania kompulsywnych zakupów, ale pozwoli także poznać skalę tego zjawiska. Właściwie zobowiązanie to tylko dla części osób będzie "challengem", dla reszty może być po prostu sposobem na zgromadzenie funduszy na wyjazd, samochód, prezenty na przyszłe święta - to Wy sami zdecydujecie. Wydaje mi się, że tego typu eksperyment może nas wszystkich bardzo zaskoczyć. Oto co proponuję.

Przez cały rok 2026, spróbujcie ograniczać zakupy, których tak naprawdę nie potrzebujecie. Nie kupujcie rzeczy, bez których możecie się obejść. Za każdym jednak razem, kiedy uda Wam się odmówić sobie czegoś, co bardzo chcieliście kupić, odłóżcie do jakiegoś pudełka (lub wpłaćcie na osobny rachunek) kwotę, której nie wydaliście. Przez rok traktujcie te pieniądze, jakby już były wydane. A jeśli jest to jeden konkretny zakup*, to zapiszcie co to jest, datę i odłożoną kwotę na kartce. Listę tę włóżcie do tego samego pudełka i dopisujcie.

* Rozumiem przez to zakup jednorazowy - kiedy odmówicie sobie kupna nowej gry albo zrezygnujecie z jakiejś subskrypcji. Nie chodzi mi tutaj o zakupy cykliczne - jeśli codziennie kupujesz sobie kawę i raz odmówisz sobie tego przywileju, to świetnie - oszczędzone pieniądze włóż do pudełka, ale nie zapisuj tego na liście.

Jeżeli za jakiś czas będziecie chcieli kupić tę samą rzecz, która jest już na liście, musicie użyć pieniędzy z pudełka (i zaznaczyć to na kartce). Jeżeli uda się trafić na promocję - w pudełku zostanie reszta, a ślad na kartce pozwoli udokumentować oszczędność. Jeśli jednak drugi raz odmówicie sobie tego samego zakupu - nie dopisujecie go do listy. Już tam jest, już raz podjęliście tę decyzję i teraz tylko się jej trzymacie.

Po roku sprawdźcie kwotę w pudełku. Dowiecie się ile wydalibyście na rzeczy, bez których najwidoczniej potraficie się obejść. Ile się uzbierało? Teraz można to na coś przeznaczyć. A jednocześnie macie listę rzeczy, których ceny możecie sprawdzać w okresach promocyjnych (takich jak czarny tydzień, wyprzedaże przedświąteczne i sezonowe, etc.).

Szczęśliwego Nowego Roku!