piątek, 16 stycznia 2026

Zasady kredytowe

Czy kredyty to zło? Oczywiście, że nie. Problemem nie jest kredyt sam w sobie, ale nieumiejętność ludzi w korzystaniu z niego. Często podpisujemy umowę kredytową nie rozumiejąc jej. Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak działa kredyt, w jaki sposób naliczane są odsetki, jakie są dodatkowe koszty, etc. Drugim niebezpieczeństwem jest to, że bardzo łatwo bierzemy coś na kredyt, na raty - nie czując ciężaru tego zobowiązania. Spłacanie zaś czujemy bardzo mocno. Dzisiaj zatem nauczę Was (tak, tak), w jaki sposób korzystać z kredytu na przykładach z życia wziętych.

1. Kiedy wziąć kredyt?


Kredyt warto wziąć tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Muszą być zatem spełnione dwa podstawowe warunki, by uzasadnione było zaciągnięcie tego typu długu: po pierwsze nie możemy mieć pieniędzy na zakup a po drugie zakup musi być absolutną koniecznością. To aż takie proste! Jeśli którykolwiek z tych warunków nie zaistniał, nie bierz kredytu!

Jeśli zepsuła Ci się pralka, a do uprania jest cała góra dziecięcych ubranek, w dodatku powiększająca się z chwili na chwilę (tak bywa, wiem coś o tym), to zakup nowej pralki staje się koniecznością. Jeśli zepsuł się nam komputer, dzięki któremu możemy pracować - konieczność. Naprawa samochodu, wizyta u dentysty, naprawa ogrzewania, hydrauliki... to są konieczne wydatki. Zakup nowej konsoli do gier, czy nowszej wersji telefonu to nie są zakupy konieczne - to zachcianki!

Jeśli musimy coś bezwzględnie kupić, ale właściwie dysponujemy odpowiednią kwotą pieniędzy, nie zaciągajmy kredytu. Kredyt (szczególnie ten oprocentowany, lub taki, który zawiera dodatkowe opłaty lub groźbę takowych) niech będzie ostatecznością!

2. Zrozum umowę!


Przeczytaj umowę kredytową przed podpisaniem. Jeśli jej nie rozumiesz, weź ze sobą przyjaciela, który rozumie i poproś, żeby Ci wytłumaczył zapisy. To naprawdę bardzo ważna, kluczowa kwestia. Jeśli nie jesteś pewny/a co podpisujesz, nie rób tego! Ta rada pomoże Ci uniknąć bardzo wielu nieprzyjemnych sytuacji. Pamiętaj także, że ten, kto udziela Ci kredytu niekoniecznie jest Twoim przyjacielem - może Cię o czymś nie poinformować, a później trudno się będzie tłumaczyć, że się o czymś nie wiedziało, skoro podpisało się pod dokumentem.

Nie rozumiesz jak coś działa - nie używaj. Nie czytasz umowy - nie podpisuj jej. Nie rozumiesz zapisu - nie podpisuj. To jest moment na zastanowienie! Nie wtedy, kiedy już coś poszło źle! To moment na negocjacje, zmianę zapisów, dyskusję! Jak podpiszesz, jest już za późno.

3. Korzystaj z rozmysłem.


Bliska mi osoba wzięła kiedyś kredyt na pralkę i lodówkę. Gotówki nie było, przymus był. Niestety, nie zapytała jak działa proces spłat - informacja od kredytodawcy brzmiała, że "trzeba spłacać przynajmniej 100 PLN miesięcznie". Tak też robiono. Niestety, kwota kredytu prawie się nie zmniejszała (zmniejszała się o około złotówkę). Dlaczego? Otóż odsetki miesięczne od zaciągniętej kwoty to było 99 PLN. Spłacając 100 PLN pokrywane były jedynie odsetki - kwota nie malała, zatem za miesiąc odsetki znów wynosiły blisko 99 PLN. I tak w kółko. Dopiero po półtora roku dowiedziałem się o kredycie i natychmiast poinstruowałem - trzeba spłacać większymi kwotami, tak by kredyt malał, wtedy będą malały także odsetki, a co najważniejsze - widoczny będzie koniec procesu. Przy spłatach 500 - 800 PLN (tyle ile tylko było można), kredyt został spłacony w (chyba) 10 miesięcy...

Kredytem trzeba się interesować, poznawać opcje, stosować analizy wcześniejszych spłat, przewalutowania, zaciągnięcia kredytu konsolidacyjnego, możliwości spłaty w walucie oraz rozumieć jego działanie w sensie ogólnym. Słowem - nad swoim kredytem trzeba panować. To instrument finansowy, który należy poznać, by z niego korzystać. 

piątek, 9 stycznia 2026

Magiczny 1%

Kiedy ostatnio gdzieś szedłem i uznałem, że warto przyspieszyć (bardziej by oddalić się od tłumu niż z powodu pośpiechu), zamiast szybciej przebierać nogami (co męczy i wydaje się nienaturalne) wydłużyłem krok. Zacząłem stawiać stopy o kilka centymetrów dalej niż zwykle. W ten sposób szybko oderwałem się od grupy. Zauważyłem, że zyskałem zauważalny dystans przy niezauważalnym dodatkowym wysiłku. Zorientowałem się jednocześnie, że bardzo często wkładając niewielki wysiłek w coś, co powtarzamy wiele razy, możemy dojść do niesamowitych rezultatów - przekłada się to na wszystkie dziedziny życia.

A co by było, gdyby wszystko co robimy robić o ten jeden procent lepiej? Bardziej wydajnie, szybciej, dokładniej... Przecież poprawa o 1% to nic trudnego. I można ją zastosować dosłownie do wszystkiego. Jeść 1% mniej, za to o 1% więcej warzyw. Wydawać o 1% mniej, a o 1% więcej oszczędzać (odkładać po wypłacie). To wszystko jest w granicach naszych możliwości. Jeśli masz za mało czasu rano, śpij o 1% krócej (przy 8 godzinach snu to zaledwie 5 minut). Oczywiście 1% to tylko propozycja - możesz zastosować metodę 3%, albo nawet 5% (to ostatnie da Ci 10 minut więcej na przygotowanie się rano i kwadrans na czytanie przed snem).

Chodzi mi głównie o to, że zmiany na lepsze nie muszą być wielkie, a świadome wybory, które wydają się mieć niewielkie znaczenie, zazębiając się i nakładając na siebie, mogą być przyczyną olbrzymich zmian. Wysiłek, który zwiększymy o 1% wydaje się nieznaczący i właśnie w ten sposób go odbieramy. Zyski natomiast, mimo że jednorazowo będą niewielkie, skumulują się i po czasie będą stanowić widoczny efekt.

Wyobraź sobie, że codziennie oszczędzasz 2 PLN (bo kupujesz małą kawę zamiast dużej, albo wybierasz zwykłe mleko zamiast sojowego - nie mówiąc o tym ile zaoszczędzisz robiąc kawę w domu). 2 PLN to nie jest dużo. A teraz wyobraź sobie, że w Sylwestra słyszysz pukanie do drzwi. Otwierasz, a tam typek daje Ci 730 PLN. Za nic. Tyle właśnie daje Twoje 2 PLN oszczędności dziennie, skumulowane na koniec roku.

W trakcie pisania tego tekstu zorientowałem się, że ta metoda opisana jest w świetnej książce Atomowe Nawyki. Są tam przykłady o wiele lepsze od moich! Polecam.

piątek, 2 stycznia 2026

Wyzwanie na 2026 rok!

Nadszedł czas noworocznych zobowiązań. Tym razem jednak proponuję wyzwanie, które nie tylko pozwoli na wytrenowanie technik oszczędzania pieniędzy i hamowania kompulsywnych zakupów, ale pozwoli także poznać skalę tego zjawiska. Właściwie zobowiązanie to tylko dla części osób będzie "challengem", dla reszty może być po prostu sposobem na zgromadzenie funduszy na wyjazd, samochód, prezenty na przyszłe święta - to Wy sami zdecydujecie. Wydaje mi się, że tego typu eksperyment może nas wszystkich bardzo zaskoczyć. Oto co proponuję.

Przez cały rok 2026, spróbujcie ograniczać zakupy, których tak naprawdę nie potrzebujecie. Nie kupujcie rzeczy, bez których możecie się obejść. Za każdym jednak razem, kiedy uda Wam się odmówić sobie czegoś, co bardzo chcieliście kupić, odłóżcie do jakiegoś pudełka (lub wpłaćcie na osobny rachunek) kwotę, której nie wydaliście. Przez rok traktujcie te pieniądze, jakby już były wydane. A jeśli jest to jeden konkretny zakup*, to zapiszcie co to jest, datę i odłożoną kwotę na kartce. Listę tę włóżcie do tego samego pudełka i dopisujcie.

* Rozumiem przez to zakup jednorazowy - kiedy odmówicie sobie kupna nowej gry albo zrezygnujecie z jakiejś subskrypcji. Nie chodzi mi tutaj o zakupy cykliczne - jeśli codziennie kupujesz sobie kawę i raz odmówisz sobie tego przywileju, to świetnie - oszczędzone pieniądze włóż do pudełka, ale nie zapisuj tego na liście.

Jeżeli za jakiś czas będziecie chcieli kupić tę samą rzecz, która jest już na liście, musicie użyć pieniędzy z pudełka (i zaznaczyć to na kartce). Jeżeli uda się trafić na promocję - w pudełku zostanie reszta, a ślad na kartce pozwoli udokumentować oszczędność. Jeśli jednak drugi raz odmówicie sobie tego samego zakupu - nie dopisujecie go do listy. Już tam jest, już raz podjęliście tę decyzję i teraz tylko się jej trzymacie.

Po roku sprawdźcie kwotę w pudełku. Dowiecie się ile wydalibyście na rzeczy, bez których najwidoczniej potraficie się obejść. Ile się uzbierało? Teraz można to na coś przeznaczyć. A jednocześnie macie listę rzeczy, których ceny możecie sprawdzać w okresach promocyjnych (takich jak czarny tydzień, wyprzedaże przedświąteczne i sezonowe, etc.).

Szczęśliwego Nowego Roku!

piątek, 19 grudnia 2025

Rozwiązanie "Pułapki Czasu"

Wyrzucenie z siebie problemu tydzień temu sprawiło, że łatwiej było mi ogarnąć głową to co się dzieje, a co za tym idzie, znaleźć rozwiązanie. Ok, trochę oszukane rozwiązanie, ale powinno zadziałać.

Otóż do swojej listy zadań pododawałem podpunkty, które wymuszą na mnie znalezienie czasu "wolnego", takie jak "obejrzeć odcinek serialu" albo "przeczytać 100 stron książki". W ten sposób będę musiał znaleźć na te czynności godzinę czasu każdego dnia (albo trochę więcej - aż tak szybko nie czytam). Rzecz w tym, że jest to rozwiązanie tymczasowe, które pozwoli mi, mam nadzieję, zmienić podejście do gospodarowania czasem.

A tymczasem minęła połowa grudnia, za pasem Święta Bożego Narodzenia, pozwolę więc sobie złożyć Wam, moi drodzy czytelnicy serdeczne życzenia świąteczne. Wszystkiego Dobrego!

piątek, 12 grudnia 2025

Pułapka czasu

Dopiero co pisałem o tym, jak to zapomniałem się w oszczędzaniu, a już muszę się przyznać, że utknąłem także w pułapce czasu. Te bardziej osobiste posty są dla mnie trudne do napisania, ale chyba mają w pewnym sensie działanie terapeutyczne. Dla mnie, prawdopodobnie nie dla Was, moi drodzy czytelnicy. Dlatego właśnie przepraszam, że ostatnio jakby ich tutaj więcej. Obiecuję poprawę... gdzieś po nowym roku. Mam nadzieję. Tymczasem jednak po cichu liczę na to, że chociaż parę osób będzie mogło utożsamić się z tym, co tu opisuję i wyciągnąć dla siebie jakąś korzyść.

Moja sytuacja wygląda tak, że mam sporo "wolnego" czasu. Piszę w cudzysłowie, gdyż czas ten jest nie tyle wolny, co niekontrolowany zewnętrznie. Mam listę rzeczy, które muszę zrobić danego dnia oraz listę innych spraw, wraz z terminami na jakie musza być zrobione. Jest jeszcze trzecia lista. Dotyczy ona wszystkiego tego, co chciałbym kiedyś zrobić, ale nie maja one szczególnego deadline. Problem w tym, że jest tego wszystkiego tak dużo, że zawsze znajdzie się coś do roboty - nawet jeśli zrobię wszystkie pilne rzeczy, to mogę sięgnąć do tych mniej pilnych i zająć się nimi. Nawet jeśli już zrobię coś wśród tych mniej pilnych, to mam możliwość zająć się jakimiś projektami, które chciałbym zrealizować "kiedyś tam" (jestem osobą, która dowozi te projekty, a nie zostawia na wieczność wśród spraw do załatwienia). I tutaj rodzi się problem.

Osoba, która ma ośmiogodzinny dzień pracy, wychodzi z biura (czy gdzie tam pracuje) i zajmuje się innymi rzeczami. Robi co musi (odbiera dziecko, robi zakupy, gotuje obiad), ale prędzej czy później przychodzi moment, kiedy wie, że wszystko jest już zrobione i może robić coś, na co ma ochotę. Ja nie mam takiego momentu. W mojej głowie zawsze jest coś do zrobienia, coś do ulepszenia, jakiś projekt do podgonienia, tekst do napisania itp. 

Uwielbiam czytać książki i paradoksalnie nie mam na to czasu. Pozwalam sobie na przyjemności dopiero wtedy, kiedy nie mam już sił na "pracowanie", a to oznacza, że często nie mam już siły na czytanie. O innych aktywnościach nie wspomnę. Czuję ciężar takiego trybu życia (piszę ten tekst po pierwszej w nocy, bo właśnie skończyłem pracę przy czymś innym i miałem poczytać, ale jeszcze mam energię, by coś napisać). Kiedy usiądę do lektury będzie druga. Jak dobrze pójdzie.

Aby zobrazować sytuację inaczej, zawsze myślę, że nadrobię. "Dzisiaj posiedzę godzinę dłużej, to jutro będę miał godzinę wolnego więcej", prawda? Otóż nie! Ja nie mam terminów, a pomysłów aż nadto. Zawsze znajdę coś do roboty i nigdy nie "nadrobię" na zapas - po prostu zrobię więcej z listy rzeczy, które fajnie będzie zrobić.

Morał z tego taki, że muszę się nauczyć odpuszczać i wymóc na sobie czas, niezbędny na odpoczynek. Nie mając stałego zajęcia w stałych godzinach, czuję czasem, jakbym nic nie robił (nie wszystkie moje projekty, nie każda praca jaką wykonuję kończy się zyskiem). A to poczucie sprawia, że mam ochotę stworzyć coś jeszcze, popracować nad kolejnym zagadnieniem, dać sobie więcej szans na zarobek, skoro robię coś dla zarobku. Zaczynam czuć brak sensu, brak gratyfikacji i poczucia, że zasłużyłem na odpoczynek, a nie odpoczywając mój stan pogarsza się... I chyba tym chciałem tutaj się podzielić.

Dzisiaj bez satysfakcjonującego zakończenia, jako że jeszcze go nie znalazłem.