piątek, 30 października 2026

Droga na skróty

Po co ludzie zarabiają pieniądze? Większość ludzi odpowie, że "na życie", ale nie jest to wyczerpująca odpowiedź. Chodzi o to, że gdyby ludzie zarabiali jedynie "na życie", to mieściłby się w tej kategorii program minimum. Schronienie, czyli wynajęcie niewielkiego pokoju gdzieś poza dużym miastem. Jedzenie, czyli chleb, woda (z kranu), jakieś podstawowe warzywa dla witamin i jakieś białko oraz tłuszcze - nie kosztuje to dużo. Bilet, żeby dojechać do pracy (jeśli jest za daleko, by iść na piechotę). Od czasu do czasu jakieś ubranie, kiedy to, które nosimy sie zniszczy. To jest minimum życia. To nie na to zarabiają ludzie.

Mówiąc "na życie", większość ludzi ma na myśli wygody, relaks, przyjemności czy rzeczywistą poprawę swoich warunków życiowych, a w ostateczności utrzymanie ich na dotychczasowym poziomie. I to jest prawdziwy cel zarabiania pieniędzy - komfort i odpoczynek. Możliwość nic nie robienia (nie pracowania) choćby przez jakiś czas i zapewnienie sobie rozrywki na ten czas. Na to ludzie wydają większość zarobionych pieniędzy. Zdanie sobie sprawy z tego jednego faktu całkowicie zmienia postrzeganie "pracy zarobkowej". Bo co, jeśli praca przynosi co prawda mniej pieniędzy, ale za to sama z siebie oferuje wygodę i czas wolny? W ten sposób nie musielibyśmy za niego płacić, więc część pieniędzy nie byłaby nam niezbędna!

Najłatwiejszym sposobem "kupienia sobie" czasu wolnego jest bezpłatny urlop. Nie, to nie prawda. Najłatwiejszym sposobem zyskania czasu wolnego jest mniejsze jego marnotrawienie. Albo raczej "zużywanie". Praca zarobkowa kosztuje nas przeważnie osiem godzin dziennie. Plus dojazdy. Plus nadgodziny (w obecnych czasach często nie płatne, "dla dobra zespołu"). A gdyby tak pozbyć się chociaż dojazdu?

Wiele osób jest w sytuacji, w której dojeżdżają do pracy godzinę w jedną stronę. Czyli efektywnie zużywają na ośmiogodzinny dzień pracy dziesięć godzin swojego czasu. Jeśli uznamy za normalne podział dnia: 8 godzin snu, 8 godzin pracy i 8 godzin obowiązków domowych oraz czasu wolnego (ta ostatnia kategoria bardzo się różni, ale umówmy się, że jest to czas, kiedy robimy coś "dla siebie"), to dodanie 2 godzin dojazdów odejmuje nam 2 godziny czasu wolnego. A zatem nasz zarobek za godzinę czasu użytego na pracę jest o 20% mniejszy (jeśli zarabialiśmy 200 PLN za 8h, to 25 PLN/h, a teraz 200 PLN za 10h to 20 PLN/h). Oczywiście pracodawcę interesuje jedynie czas poświęcony na pracę, nie na dojazdy, ale chodzi mi o wymierny koszt dla każdego z Was. Oczywiście dojeżdżając autobusem można w tym czasie czytać książkę i "odzyskiwać" część czasu dla siebie...

Recz w tym, że jeśli znajdziemy pracę o 10% tańszą, którą możemy wykonywać z domu (lub jest w zasięgu kilkuminutowego spaceru), to nasza wypłata w przeliczeniu na godziny pracy faktycznie wzrośnie. Jeśli pracowaliśmy za 6000 PLN, a teraz otrzymamy 5400 PLN i dwie godziny wolnego czasu dziennie, to dla wielu osób taka zamiana byłaby korzystna. Oczywiście nadal znajdą się osoby, które wolałyby dołożyć 2 godziny dziennie za te 600 PLN na miesiąc, a później wydać dodatkowe pieniądze na nieco lepsze wakacje, by odpocząć od przepracowania z powodu użytkowania 10 godzin dziennie na tematy związane z pracą. Ale jeśli mamy możliwość dorobienia na nadgodzinach, które wykonamy w części zaoszczędzonego na dojazdach czasu, to wybór staje się banalnie prosty.

Ja zawsze ceniłem swój czas wolny i to właśnie na kategorię "relaks i przyjemności" przeznaczam nadwyżki pieniędzy. Sądzę, że wiele osób tak właśnie postępuje. Dlatego kiedy tylko mogę, rozsądnie wymieniam pieniądze na czas wolny. Czym bowiem jest wynajęcie osoby do sprzątania, jeśli nie kupieniem sobie czasu wolnego od porządków? Czym jest wyjście do knajpy lub zamówienie jedzenia, jeśli nie kupieniem sobie czasu wolnego od gotowania i zmywania? Czym jest zakup zmywarki? Robota-odkurzacza? Automatyzowanie procesów służy nam do pozyskania czasu wolnego. Możliwość pozyskania godziny niepracowania także jest coś warta, prawda? Można ja liczyć w różnicy wypłaty. A to z kolei prowadzi do kolejnego tropu - jeśli pracujesz za dużo i starcza Ci na Twoje potrzeby, rozważ pracę na część etatu. Czas wolny w zamian za pieniądze!

To jest właśnie tytułowa droga na skróty. Zamiast:
  1. zużywam czas, żeby zarabiać pieniądze
  2. jestem zmęczony / zmęczona
  3. wydaję pieniądze, by zapewnić sobie wypoczynek
  4. relaksuję się
  5. nie jestem zmęczony / zmęczona i mam siłę na dalsze działanie
Można skrócić proces:
  1. zużywam część czasu na pracę, a resztę na odpoczynek
  2. nie jestem zmęczony / zmęczona i mam siłę na dalsze działanie

3/4 etatu to 2 godziny wolnego dziennie więcej. Owszem, także o 25% mniej pieniędzy, ale jeśli nie potrzebujesz lub masz dodatkowe źródło dochodu, to 2 godziny wolnego są do pozazdroszczenia. Jeśli w tym czasie wykonasz obowiązki domowe, to być może nawet oszczędzisz. Jak? Cóż, przypuśćmy, że pracujesz za 40 PLN/h a zatrudniana przez Ciebie sprzątaczka bierze trzysta złotych za posprzątanie domu (w tym przypadku nie jest istotne ile jej to zajmuje). Ty posprzątasz dom w pięć godzin. W pięć godzin zarobiłbyś 5x40=200 PLN. Sprzątaczka wzięłaby 300 PLN. A zatem nie pracując "stracisz" 200 PLN, a "zarobisz" 300 PLN. Owszem - zamiast pracować na swoim stanowisku pracy musisz sprzątać - czasem wiąże się to z uciążliwościami, ale rachunki pokazują co się bardziej opłaca.

Nadal wiele osób stwierdzi, że może przecież pracować przez osiem godzin, a potem dołożyć godzinę sprzątania dziennie i w tydzien posprzątać dom nie tracąc czasu pracy. Oczywiście! Jednak nadal wydacie pieniądze na wypoczynek, który jest Wam potrzebny z powodu przemęczenia, przepracowania. A możecie być mniej zmęczeni na co dzień. Dla mnie w kategorii czas / pieniądze, czas zawsze wart był więcej. Czas dla mnie. Czas dla rodziny. Czas na spacery. Spowolnienie szalonego tempa życia. Czas na refleksję. Czas na czytanie. Jeśli wydamy pieniądze, zawsze możemy pozyskać nowe. Jeśli zmarnujemy czas, część naszego życia przepadnie na zawsze, bo dodatkowy czas kupić jest bardzo trudno. Czasu mamy zawsze ograniczoną ilość, dlatego tak ważne jest na co go pożytkujemy.

Żyjcie jak chcecie, ale bądźcie świadomi tego, że czas jest bezcenny i warto przemyśleć system wartości i zastanowić się, na co wydacie te ciężko zarobione pieniądze i czy nie będziecie za nie chcieli kupić sobie tego straconego na ich zarobienie czasu. Bo wtedy będzie o wiele drożej.

piątek, 23 października 2026

Nie marnuj czasu!

Czy zauważasz to, że w miarę dorastania czas biegnie coraz szybciej? Kiedy jesteś dzieckiem, biegnie jakby wolniej miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Na studiach biegnie jakby troszkę szybciej. Kiedy masz trzydzieści kilka i czterdzieści kilka lat, zaczynasz odmierzać czas porami roku. Ten proces narasta! I co z tego, że to złudzenie, skoro dla mnie liczy się moje odczucie i nie pomaga mi świadomość, że "tylko tak mi się wydaje". Wręcz zaczyna mi to przeszkadzać.

Dodam tutaj, że przeżyłem (na szczęście) ciężką chorobę, która dodatkowo uświadomiła mi, że należy cenić każdą chwilę, bo dosłownie nie wiadomo ile ich jeszcze przede mną...

I to właśnie stało się punktem wyjścia! Nie marnuj czasu, ceń każdą chwilę i staraj się ją wykorzystać. Żyj na 100%, jeśli tylko możesz - to poprawi jakość Twojego życia i pozwoli Ci czerpać więcej. Może się nawet okazać, że czerpiąc więcej nie będziesz chciał/a wydawać, by tę jakość poprawiać w inny sposób (tak jest u mnie, dlatego ten post trafia na blog poświęcony oszczędzaniu).

Z początku może się wydawać, że sam koncept jest dziwny, bo co oznacza, żeby robić wszystko na 100%? Odpowiedź też zdaje się dziwna, ale wysłuchajcie (a raczej przeczytajcie), proszę. Chodzi mi o to, że kiedy cokolwiek robicie, postarajcie się robić to w pełni. 

Kiedy jesteście w pracy - pracujcie najlepiej jak umiecie i nie obijajcie się. Bądźcie w tym. Zobaczycie jak skoczy Wasza wydajność, jak prosta wyda się Wam Wasza praca i w jak łatwy sposób wszystko ogarniecie, poukładacie i załatwicie. Wiele osób z mojej pracy, kiedy spotykam ich na przerwie opowiada jak bardzo są zawaleni robotą. A mimo to, mają czas na przerwę. I tutaj pojęcie przerwy - jeśli robisz sobie w pracy przerwę, kiedy nie ogarniasz już bałaganu, nawet w czasie przerwy Twój poziom kortyzolu (hormonu stresu) rośnie. Tak naprawdę łapiesz oddech i nie masz przyjemności z przerwy, z kawy czy nawet z papierosa. Kiedy jednak czujesz, że masz wszystko pod kontrolą, przerwa jest naprawdę przerwą. Wychodząc z pracy do domu masz poczucie, że zasługujesz na odpoczynek i nie myślisz o pracy. To jest higiena pracy i można ją wypracować... cóż, pracuję i nie obijając się. Obijanie nic nie daje.

Kiedy zajmujesz się dzieckiem i nie zrobisz w tym czasie niczego produktywnego, naprawdę poświęć czas dziecku. Przejmij się jego problemami, naucz je czegoś, zagraj w grę i ciesz się tym. Oddaj się tej chwili. Widziałem rodziców pochłoniętych telefonami w czasie "zabawy z dzieckiem" - dziecko coś robi, rodzic scrolluje. Scrollowanie nie jest ważniejsze i nie daje frajdy (chyba, że masz przewidziany czas na scrollowanie i robisz właśnie to). Bądź tu gdzie jesteś, zajmij się tym, co jest obok.

Kiedy jesz, nie wrzucaj w siebie kolejnych kęsów gapiąc się w ekran. Skoncentruj się na jedzeniu i czerp z niego przyjemność. Albo z towarzystwa przy stole. Z atmosfery, rozmowy, smaku. Bądź w tej jednej chwili. To zdrowo, ale także przyjemnie. Taka chwila sprawia, że zauważasz posiłek, nie musisz kupować droższych składników czy czegokolwiek poprawiać - ciesząc się tym, co masz w danej chwili zerujesz w sobie chęć poprawiania czegoś, co tak naprawdę działa. W jednym z moich ulubionych seriali główny bohater uczył znajomą picia alkoholu. Ona myślała, że chodzi o to, by wypić jak najszybciej całą butelkę, ale on (pijak z doświadczeniem) ja zatrzymał, mówiąc "czekaj, czy nie jest Ci teraz miło, ciepło, przyjemnie? To przystopuj. Chodziło Ci o osiągnięcie tego stanu. Teraz go masz, ciesz się tym. Nie pij, bo pójdziesz dalej. Zaczekaj, a jeśli zacznie mijać, wypij trochę, by do niego wrócić."

Uczestnicząc w tym wszystkim, co tak naprawdę lubimy w naszej codzienności (zakładam, że robimy rzeczy, które lubimy) i zagłębiając się w te czynności, chłoniemy je na 100% i mamy więcej przyjemności z każdej z tych rzeczy. A przecież część naszych zakupów robimy dlatego, że nie mamy dość przyjemności i szukamy jej więcej. Więcej wrażeń, więcej smaków, więcej wolności, więcej adrenaliny, więcej wypoczynku, więcej rozrywki... Jest spora szansa, że mamy to wszystko, tylko dajemy temu przejść obok. Świadome uczestniczenie we własnym życiu pozwoli zwolnić czas, który nieubłaganie ucieka. Tworzenie wspomnień go cofa.

Na koniec proste pytanie, które warto sobie zadać - jak często "zabijam czas"? Czy naprawdę mam go za dużo, że z taką lekkością go zabijam? Na co tak nie mogę się doczekać, że zabijam czas, by już się tam znaleźć? Zabijanie czasu to główna przyczyna tego, że ucieka nam coraz szybciej. Lepiej wykorzystać każdą chwile oczekiwania, bo skoro mamy czas do zabicia, to możemy go użyć do czegokolwiek innego - czy to pożytecznego, czy po prostu przyjemnego.

piątek, 16 października 2026

Ustawiona walka

Czy chcesz brać udział w walce, która jest z góry ustawiona, czy wolisz odejść zamiast przegrać? To pytanie należy sobie zadać w codziennym życiu - czy jestem sprytniejszy od wszystkich specjalistów razem wziętych? Czy mam szansę rywalizować z miliardowymi inwestycjami? Czy mogę walczyć przeciwko korporacjom, za którymi stoją lata badań, personel liczony w setkach tysięcy osób i majątek, o którym nie mam pojęcia? Czy wygram z kimś, kto ma niemal niezliczone zasoby? Czy nie lepiej w takim przypadku w ogóle nie przystępować do walki, zamiast dawać im szansę do ataku?

Wielkie korporacje wydają miliardy na marketing. Kupują reklamy i opłacają ekspertów, którzy podpowiadają im w jaki sposób sprzedać więcej produktów. W jaki sposób namówić Ciebie, byś kupował, nawet jeśli tego nie potrzebujesz. A Ty pozwalasz im na to! Za każdym razem, kiedy oglądasz telewizję, przeglądasz internet, scrollujesz... na każdym kroku. Badania dowodzą, że im bardziej jesteś znudzony, tym większa szansa, że reklama, która zaoferuje Ci odrobinę rozrywki odniesie skutek. Tym większa szansa, że kupisz, opłacisz i wypożyczysz - że zapłacisz!

Przemysł reklamowy wart jest miliony. Oglądając reklamy, dosłownie walczysz przeciwko miliarderom, specjalistom i technikom manipulacji. Każdego dnia się narażasz, a koniec końców nawet nie wiesz, że wygrywają. Przecież kupujesz dany produkt, bo go potrzebujesz, bo nie ma alternatywy, bo jest najlepszy, bo znasz go od lat... to właśnie powiedzieli Ci w reklamach. Wymieniłeś telefon, chociaż ten stary nadal działał? Bo powiedzieli, że jest nowy model, że nie będą wspierać technologii w tym starym, bo nie jesteś gorszy... Tak to działa. A jeśli myślisz, że nie działa - uważasz, że cwana firma wydaje miliardy na marketing, bo on nie działa? Pewnie - na Ciebie nie, bo jesteś wyjątkowy... tak wyjątkowy, że powinieneś kupić nasz nowy zegarek, właśnie dla wyjątkowych ludzi, którzy nie poddają się trendom. Tak - tak to działa. Myślisz, że jakby nie działało, to firmy nadal wydawałyby takie pieniądze na reklamę?

Jedynym sposobem na nie poddanie się manipulacjom wielkich firm jest nie oglądanie reklam. Odcięcie się od miliarderów, którzy walczą przeciwko Wam. I nawet nie dlatego, że prawdopodobnie sie poddasz, ale dlatego, by nie walczyć. Walka przeciwko miliarderom nie jest łatwa, tania ani wygodna. Znacznie lepiej nie walczyć.

Ja nie ogladam telewizji, a kiedy czuję sią zmęczony lub znudzony, sięgam po książkę a nie smartfon. Kiedy chcę "coś porobić", raczej piszę, maluję lub gram w planszówkę niż gram na komputerze. Lubię spędzać czas sam, ale wolę spotkać się z przyjaciółmi niż rozmawiać z nimi przez ekran komputera. Wybrałem rozrywki bez ekranu i odkąd to zrobiłem mam o wiele więcej czasu. Kiedyś, żeby obejrzeć dwugodzinny film trzeba było mieć dwie godziny czasu, obecnie nie wiem czy wystarczą trzy godziny, bo co chwilę jest przerwa reklamowa i kolejna korporacja próbuje wciskać nam swój szajs. To strata czasu i energii.

Pisząc to nie wiem, czy jesteście w stanie ustrzec się przed reklamami i reklamodawcami, ale mam nadzieję, że uzbrojeni w świadomość, że przeciwnik wydał miliony i teraz próbuje wciągnąć Was do walki przeciwko dobrze opłaconej i wyspecjalizowanej maszynie, będziecie bardziej odporni.

piątek, 9 października 2026

Podwyżka!

Większość osób, kiedy otrzymuje podwyżkę natychmiast podnosi koszty życia, nie zyskując właściwie nic w zamian. Nagle rzeczy, które dotychczas były dobre, przestają być wystarczające tylko dlatego, że stać nas na nieco lepsze. To inflacja życia, której można łatwo uniknąć. Wystarczy się zabezpieczyć. Prawie nikt jednak tego nie robi i dzisiaj krótko napiszę dlaczego tak się dzieje i w jaki sposób przeciwdziałać temu efektowi.

Pierwszą rzeczą, którą robimy otrzymując podwyżkę jest zakup czegoś, co bardzo chcieliśmy mieć. Jest to zupełnie naturalne - stara sofa w salonie już się trochę zapadła, podarła i przekrzywiła, a nie było nas stać na zakup nowej, więc teraz, gdy mamy podwyżkę i w końcu nas stać, kupujemy nową sofę. Nie ma tutaj nic złego - jest to zakup potrzebny i jak najbardziej nam się należy. Rzecz w tym, że spostrzegamy, że nowa sofa gryzie nam się z nieco starszym stolikiem, nieco wyblakłym fotelem, a i dywan warto byłoby wymienić dla lepszego efektu... Mamy tu do czynienia z efektem Diderota - nowy mebel nie pasuje do starego otoczenia i czujemy się w obowiązku do wymiany reszty wyposażenia. Poza sofą, kta wymiany wymagała, wymieniamy też całą resztę wyposażenia, które wymiany jeszcze nie wymagało.

Czy to coś złego? Absolutnie nie! Zasługujemy na poprawę warunków, a przecież dostaliśmy podwyżkę i chcemy coś z tego mieć. Rzecz w tym, że rozpędzamy się i w związku z dodatkowymi środkami decydujemy na zmiany, których wcześniej nie przewidzieliśmy w budżecie, a zatem nasz budżet ucierpi tak czy inaczej. W skrócie - nadal nie mamy pieniędzy, pomimo podwyżki.

Jeszcze większym, a równie powszechnym problemem jest zakup usług, za które naliczane będą opłaty cykliczne. Wykupujemy dostęp do platformy streamingowej, bo teraz wreszcie nas stać. Nadwyżkę pieniędzy (kwotę podwyżki) przejadają teraz nowe usługi do których mamy dostęp. A żyjemy nadal z tego, co zarabialiśmy wcześniej. Przykłady można mnożyć.

I znów - pozornie nie ma w tym nic złego. Jednak praktyka pokazuje, że ta sytuacja nijak ma sie do naszych oczekiwań. Przed podwyżką myślimy przeważnie "teraz sobie radzę z tą kwotą, którą mam, więc jak dostanę podwyżkę uda mi się trochę odłożyć, oszczędności mogę w coś zainwestować i mieć dodatkowe zyski. W końcu jakiś dochód pasywny, budowanie niezależności od pracy, jakiegoś bezpieczeństwa". To nie wychodzi dlatego, że nie masz konkretnego planu.

Moja rada jest taka:
Zanim dostaniesz podwyżkę, przygotuj plan. Załóż sobie, że natychmiast odkładasz połowę kwoty, którą otrzymasz (może od drugiej wypłaty - za pierwszą uczcij podwyżkę!). Połowa podwyżki trafia więc na osobne konto i będzie przeznaczona na inwestycję (na przykład). Druga połowa, to kwota, którą możesz dysponować. Z tej kwoty odłóż na nową sofę. W ten sposób nie tak chętnie wymienisz wszystkie meble - dasz sobie czas na refleksję, że może jeszcze stół i fotel wytrzymają parę lat a dywanowi w ogóle nic nie brakuje. Z tej kwoty opłać nowy abonament, jeśli nadal uważasz, że zmieni cos w Twoim życiu. Najpierw jednak odłóż przynajmniej połowę podwyżki, żeby mieć z niej coś więcej i nie przyzwyczaić się do nowej kwoty, która od teraz zacznie stanowić "minimum niezbędne do życia". Ludzie bowiem szybko przyzwyczajają się do najróżniejszych rzeczy i zaczynają je traktować jak oczywiste i niezbędne rzeczy, z których nie potrafią zrezygnować. Przy takim nastawieniu szybko poczujesz, jakby ta podwyżka nie istniała - w dalszym ciągu stać Cię na to niezbędne minimum i nie widzisz niczego, co się zmieniło od czasów, kiedy miałeś starą wypłatę (wtedy też stać Cię było na minimum).

piątek, 2 października 2026

Mniej na jedzenie

Oglądałem filmy z wariacjami na temat popularnego trendu "dzień za pięć złotych" i doszedłem do wniosku, że faktycznie nie tak trudno mniej wydawać na jedzenie. Może nie do ekstremum przeżycia dnia za piątkę, ale z pewnością jedzenie może stanowić mniejszy udziałw domowych wydatkach. I nie chodzi mi o to, by kupować jedzenie gorszje jakości - wręcz przeciwnie. Można mniej wydawać i być zdrowszym! Od razu zaznaczę, że uniwersalną poradę, by nie marnować i nie wyrzucać jedzenia przeterminowanego pomijam w poniższym zestawieniu.

Łatwym sposobem na zaoszczędzenie jest zmniejszenie spożycia miesa. Próbowałem i okazuje się, że śmiało można zjeść dwa wegetariańskie obiady w tygodniu i nie czuć głodu. Można także zamiast kotleta jeść potrawki (mięso wymieszane z warzywami, cebulą, kasza w mięsnym sosie), któe będą mieć mniej mięsa na porcję. Oczywiście mięso jest pyszne i chcemy je jeść, ale nie potrzebujemy go aż tyle, ile zwykle spożywamy, a jego przyrzadzenie ma ogromny wpływ na to ile mięsa zawiera typowa porcja obioadowa.

Nie przejadanie się to także zdrowy sposób na oszczędzanie. Tutaj sam jestem winny, bo zawsze lubiłem najeść się do syta. To błąd. Dużo zdrowiej (i taniej) jest nasycić jedynie głód i odejść od stołu bez poczucia sytości. Je się wtedy częściej, ale nasz organizm ma więcej czasu na przyswajanie składników odżywczych z każdej porcji i robi to sprawniej i efektywniej. Spróbowałem na sobie (niestety dlatego, że lekarz zalecił) i okazuje się, że to działa. Nie ma głodu, ale nie ma też uczucia przepełnienia. No a mniejsze porcje (nawet jesli jest ich więcej) to mniejsze koszta (przy tym samym czasie gotowania - po prostu obiad starcza na więcej porcji / dni).

Nie zamawiam wielu dań, które mogę zrobić w domu. Umiem gotować, mam książki kucharskie (i ulubione przepisy z internetu), więc niektórych dań nie zamawiam. Zrobienie pizzy w domu, to 15 złotych, zamówienie to 80. Oczywiście wymaga to czasu, ale poza ceną wiem takze czego dodałem i mogę sobie zrobić taką ilość, jaką chcę, a cena jednostkowa pozostaje taka sama. To samo dotyczy wielu dań. Nie dość, że taniej, to jeszcze o wiele zdrowiej a jedzenie nie stygnie w czasie dowozu.

Okazuje się, że głównym miesięcznym kosztem życia pozostają wydatki mieszkaniowe - czynsz, opłaty, media i tym podobne sprawy. Jedzenie wcale nie jest takie drogie, jeśli poświęci się trochę czasu, by jeść bardziej przemyślane, domowe (w mojej opinii smaczniejsze), zdrowsze rzeczy.