piątek, 12 czerwca 2026

Punktualność jest Grzecznością Królów

Nie wierzę w to, że ktoś zawsze się spóźnia dlatego, że ma tyle ważnych spraw do zrobienia. Nie wierzę też w tłumaczenia typu "tak wyszło", "ja tak mam" albo "kazdy się spóźnia". Spóźnianie się to brak szacunku do osoby, z którą jesteśmy umówieni. To wada i tak, jak nad każdą wadą, trzeba nad nią pracować, by ją zwalczyć. Nie wolno sobie folgować i usprawiedliwiać się! Trzeba to w sobie zmienić.

Wiem natomiast w jaki sposób pracować nad punktualnością i jak zrobić plan, który pozwoli nam się nie spóźnić. I chociaż takie podejście początkowo może się wydawać skomplikowane, to bardzo łatwo przyzwyczaić się do takiego myślenia i nigdy więcej się nie spóźniać (to znaczy nigdy bez naprawdę wyjątkowych sytuacji, a nie jest tak, że wyjątkowe okoliczności zdarzają się dwa razy w tygodniu.

Jak planować, by się nie spóźniać


Aby się nie spóźnić, trzeba po prostu wiedzieć ile co nam zajmie, a następnie wyliczyć o której musimy zacząć (wyjść z domu) i nie marnować czasu po drodze. Jeśli mamy dotrzeć gdzieś na szesnastą, a po drodze musimy pojechać w dwa miejsca, to liczymy od końca:
  • dojazd z drugiego miejsca na miejsce spotkania zajmie 15-20 minut. Czyli 15.40 muszę ruszyć.
  • załatwienie sprawy numer dwa zajmie maksymalnie kwadrans. Muszę zacząć się nią zajmować o 15.25. Dam sobie jeszcze pięć munut zapasu, czyli muszę być na miejscu o 15.20.
  • dojazd na drugie miejce może mi zająć nawet pół godziny, więc 14.50 muszę wyruszyć.
  • Pierwsza sprawa zajmie mi pięć munit, a zatem muszę się nią zająć o 14.45, ale i tutaj dam sobie pięć minut zapasu. Zatem muszę być na miejscu o 14.40.
  • Dojazd z domu zajmie mi dwadzieścia minut, więc najpóźniej o 14.20 muszę ruszyć z domu.
  • Szykowanie do wyjścia to kwadrans, więc o 14.00 zacznę się szykować, żeby dać sobie dodatkowe pięć minut na tym etapie.
Teraz wiemy nie tylko kiedy musimy zacząć się szykować, ale znamy także czas, w jakim musimy robić kolejne punkty. W ten sposób zauważymy także moment, w którym łapiemy spóźnienie i będziemy mogli je skorygować, będziemy wiedzieli, czy mamy czas wstąpić po kawę, albo porozmawiać przez telefon.

Stosuję tę metodę od wielu lat i działa! Jestem w stanie w ten sposób (od tyłu) zaplanować cały dzień i zawsze wiem, jeśli łapię opóźnienie. Mogę wtedy z czegoś zrezygnować, albo nadrobić czas. W ekstremalnej sytuacji mogę zrobić coś jeszcze...

Powiadomienie o spóźnieniu


Wiedząc o tym, że jesteśmy spóźnieni, możemy uprzedzić osobę, z którą jesteśmy umówieni nawet na długo przed terminem spotkania. I to właśnie jest fantastyczne - możemy zadzwonić i przesunąć spotkanie o pół godziny, a osoba, z którą jesteśmy umówieni nie musi jeszcze nawet wyjść z domu! Jeśli uda nam się przełożyć spotkanie w taki sposób, że osoba, z którą jesteśmy umówieni nie będzie musiała na nas czekać, nie ma właściwie mowy o spóźnieniu. Byle tylko nie zdarzało nam się to zbyt często, bo wtedy też stanie się uciążliwe.

To cała nauka o szacunku za pomocą punktualności. Polecam stosować w życiu codziennym.

piątek, 29 maja 2026

A może to już?

Celem tego całego przedsięwzięcia zwanego "oszczędzanie" było dla mnie zawsze osiągnięcie finansowej niezależności. Rozumiem to tak, że nie martwię się pieniędzmi, bo nawet nie pracując jestem w stanie sie utrzymać - z inwestycji, odsetek i pobocznych źródeł dochodu. Być niezależnym od pracodawcy i klienta. Wiedzieć, że zawsze jestem w stanie się utrzymać. Przez cały ten czas chodziła mi po głowie tylko jedna myśl - "kiedy w końcu osiągnę ten stan". Myślę, że taka myśl powstaje w głowie każdego, kto wybrał taką drogę. Najciekawsze, że odpowiedź bardzo często może brzmieć "już!".

Piszę to całkiem serio - istnieje duże prawdopodobieństwo, że idąc tą drogą udało Ci się przeoczyć moment, kiedy cel został osiągnięty, a teraz po prostu osłabiają Cię błędne (a czasem zupełnie świadome) wybory. Nie wszędzie bowiem koszty zycia są takie same i nie wszystkie wydatki są konieczne. Może któryś z czynników (albo kilka z nich) sprawia, że wydaje Ci się, że przed Tobą nadal daleka droga.

  • Być może mieszkasz w złym miejscu.
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka i mnie osobiście trudno pogodzić się z myślą o wyprowadzce. Jednocześnie, jeśli byłbym już przeprowadzony do miejsca, które mam na myśli, to byłbym zadowolony i prawdopodobnie byłbym w stanie obniżyć koszta życia.

Może jesteś w sytuacji, w której warto by wynająć swoje duże mieszkanie w mieści bandzie studentów, a samemu wynająć coś małego, poza dużym miastem, pożytkując jedynie część kwoty uzyskanej z wynajmu i po prostu żyć robiąc to, na co się ma ochotę? A może sprzedaż obecnego mieszkania jest dobrym pomysłem, który pozwoli kupić coś innego, w innej lokalizacji i w ten sposób uzyskać jakieś fundusze na inwestycje?

  • Być może wydajesz na swoją pracę?
Może dojazdy do pracy stanowią istotną część budżetu? A może potrzebujesz do pracy szybkiego internetu, który w innym przypadku byłby Ci zbędny? Albo masz samochód, którego używasz tylko po to, by dojeżdżać do biura? A może wystarczyłby Ci tańszy telefon czy komputer? A może nie potrzebujesz tych wszystkich spódnic, garsonek, garniturów, drogich butów? Może kupujesz je tylko po to, by iść w nich do pracy?

Warto czasem rozsądnie zastanowić się nad kosztami, które generuje praca - zarówno finansowymi jak i czasowymi. Czy to bilet, paliwo, czy może całe auto? Przeanalizowanie kosztów pracy może dać zaskakujące rezultaty w stylu "jeśli ograniczę te koszty i uzyskam dodatkowe dwie godziny dziennie, to mogę tyle zarobić robiąc coś innego obok domu". Kasa bedzie się zgadzać.

  • Być może Twoja wolność zamknięta jest w przedmiotach, które posiadasz?
A może kupujesz drogie, ekskluzywne rzeczy, masz kolekcję, spadek, który leży na strychu, dzieło sztuki, na którym aż tak bardzo Ci nie zależy? Czasem pozbycie się kilku przedmiotów, do których nie jesteśmy już specjalnie przywiązani sprawia, że uzyskujemy spore fundusze. Często są to przedmioty, z których wartości nie zdajemy sobie sprawy, a czasem nawet nie wiemy, że je mamy. Sam wielokrotnie odkopałem jakieś pudło z rzeczami sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat, o których posiadanie bym się nie posądzał i sprzedałem je za solidne pieniądze. W moim przypadku najczęściej były to jakieś kolekcjonerskie cudeńka, w których posiadanie wszedłem w dzieciństwie (jak na przykład nie rozpakowane zabawki).


Co jakiś czas warto zwolnić i przemyśleć nie tylko następny krok, ale rozejrzeć się po okolicy i zastanowić w jakim punkcie właściwie się znajduje. Można dojść do zaskakujących wniosków. A z wiedzy tej nie trzeba koniecznie korzystać - jeśli zależy Ci na mieszkaniu w mieście, to się nie przeprowadzaj. Jeśli lubisz swoje auto lub szybki internet, to się go nie pozbwaj. Wiedz tylko, że obecnie pracujesz już tylko na te rzeczy i jeśli sytuacja będzie trudna do opanowania, pozbycie się ich może ją uratować.

piątek, 22 maja 2026

Wydawaj na siebie

Mam problem z wydawaniem na siebie. Robię to, ale odczuwam potężne wyrzuty sumienia. Nawet kiedy zbieram na jakiś konkretny cel i mam odłożone pieniądze, ciężko mi się z nimi rozstać. Prawdopodobnie nie jest to problem, który dotyczy jedynie mnie. Myślę, że wiele osób odczuwa w takich chwilach dyskomfort. Znalazłem jednak pewien sposób, który częściowo łagodzi to wrażenie. Jeśli także ciężko wydaje Ci się pieniądze na siebie, przeczytaj ten tekst, bo może Ci pomóc.

Zauważyłem, że odkąd zacząłem naprawdę dbać o swoje finanse i kwestionować każdy nowy zakup, bardzo łatwym stało się dla mnie odmawianie sobie przyjemności. W pewnym momencie doszło do tego, że nie wydawałem nawet wtedy, kiedy na dany cel odłożyłem konkretną kwotę - kiedy zbierałem właśnie na ten zakup. Dopiero żona uświadomiła mi coś, co w gruncie rzeczy już wiedziałem - że oszczędzam właśnie po to, by było mnie stać na przyjemności dla mnie. Że oszczędzanie nie jest celem samym w sobie, bo nie chodzi o gromadzenie funduszy. Mimo, że to wiedziałem, a do tego miałem potwierdzenie od kogoś, kto dzieli ze mną budżet domowy, nadal potrzebowałem czegoś więcej. Racjonalnego wyjaśnienia, które przekona mój mózg.

Odpowiedź przyszła przypadkiem, kiedy odsprzedawałem swoje używane rzeczy, odzyskując w zasadzie kwoty, które za nie kiedyś zapłaciłem - z powodu kilku czynników - cena się zmieniła, rzecz stała się poszukiwana, a ja nie niszczę rzeczy. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że część zakupów jest tak naprawdę inwestycją.

I faktycznie, o wielu rzeczach, które kupuję, myślę jak o rodzaju inwestycji. Część jest inwestycją w tym sensie, że przedmioty nadają się do odsprzedaży. Jest to najbardziej bezpośrednia kategoria. Kupując coś tracę co prawda pieniądze, ale zyskuję przedmiot o podobnej wartości, który pozostaje w moim posiadaniu i który w razie konieczności mogę spieniężyć, odzyskując większość środków. Następną kategorią jest inwestowanie w siebie - w swoje umiejętności poprzez wykupione kursy, poświęcanie czasu na samodoskonalenie czy nawet oglądanie poradników jest inwestycją w umiejętności, które mogą pozwolić mi zarobić lub oszczędzić. Każda rzecz, którą będę umiał zrobić sam oszczędza mi kosztu zatrudnienia fachowca. Okazało się tym samym, że zakup dobrych narzędzi także zwrócił się w ten sposób. Inwestuję także w swoje nadwątlone zdrowie (i samopoczucie), chociażby jadając lepiej (znów inwestycja czasowa w naukę gotowania i finansowa w lepsze składniki). Kiedy jestem najedzony, wypoczęty, zdrowy i w dobrym humorze, jestem bardziej wydajny.

Wiem, że to może brzmieć jak oszukiwanie siebie, ale wiecie co? To działa! Nawet jeśli to tylko przekonanie o tym, że inwestuję w siebie, to wydaję zaoszczędzone pieniądze zgodnie z ich przeznaczeniem, nie czując z tego powodu wyrzutów sumienia, będąc przekonanym o słuszności tych wydatków.

Nie każdy wydatek to "koszt", część to "inwestycja". A jeśli coś kupujesz, to wymieniasz pieniądze na przedmiot o pewnej wartości, który nadal jest w Twoim posiadaniu i stanowi część Twojego majątku. Twój stan posiadania zmienił się zatem o wiele mniej niż kwota na rachunku. Warto o tym pamiętać.

piątek, 15 maja 2026

Nie marnuj czasu

Jeśli posługujesz się budżetem domowym, śledzisz wydatki, planujesz posiłki, by nie marnowac jedzenia i starasz się zauważyć finansowe pułapki, by nie dać się w nie złapać, to znaczy, że zależy Ci na oszczędzaniu i dbaniu o finanse. Starasz się nie dopuścić, by przez nierozważną decyzję stracić pieniądze. W tym samym jednak momencie trwonisz coś, czego także nikt nie ma w nadmiarze - marnujesz czas. A gdyby tak spróbować postąpić z czasem w sposób, jaki zwykle pozostawiamy dla finansów? Gdybyśmy postanowili nie trwonic go na głupoty? Potraktować po gospodarsku? Używać tylko do tego, do czego warto?

Moje doświadczenie


Pierwszym momentem, kiedy ta myśl zaświtała mi w głowie był okres dalekich dojazdów do pracy. Ze względu na charakter mojego ówczesnego zajęcia, okresowo zmieniałem lokalizacje, w których pracowałem na etacie. Niektóe były blisko, niektóre dalej. W pewnym momencie droga w każdą stronę przekraczała godzinę i mając dziewięciogodzinny dzień pracy, czyłem się jakbym pracował ponad jedenaście godzin. Przecież praca to sprzedawanie czasu za pieniądze, zatem jeśli dojazdy dokładają do czasu 25%, a pensja się nie zmienia, to nasza stawka godzinowa spada o 20%. To dużo!

Wyliczenie: jeśli ktoś pracuje 8 godzin za 200 PLN, to dostaje 25 PLN za godzinę. Jeśli zaś czas zwiększymy do 10 godzin, to zostaje tylko 20 PLN za godzinę, czyli o 20% mniej.

Wiem oczywiście, że pracodawca dostaje od pracownika tylko ten czas, który pracownik spędza na wykonywaniu obowiązków, a dojazdy ich nie stanowią, ale dla mnie jako pracownika wymieniającego czas na pieniądze właśnie tak przedstawia się sytuacja. Wtedy zrozumiałem, że muszę potraktować dojazdy jako czas mój, a nie zmarnowany. Czytałem książki i słuchałem muzyki. Dwie godziny dziennie (o ile miałem w autobusie miejsce, które na to pozwalało). I uważam, że lepiej jechać autobusem przez godzinę czytając książkę niż samochodem przez czterdzieści minut (chyba, że ktoś naprawdę lubi prowadzić i to był jego czas). A każdemu, komu przeszkadza marnotrawstwo, radzę zastanowić się, czy nie da rady zmienić pracę na taką, która będzie wymagała mniej dojazdów.

Po pewnym czasie, po kolejnej zmianie miejsca wykonywania obowiązków, mogłem dojechać do domu autobusem w 20 minut, albo przejść się, co zajmowało około 45 minut. Jeśli była ładna pogoda, zawsze wybierałem tę drugą opcję, bo po opuszczeniu biura natychmiast czułem się jak "po pracy". Odzyskiwałem swój czas.

Moje przekonanie


Uważam, że jest wiele osób, które chciały by więcej czytać, ale myślą, że nie mają czasu, podczas gdy spędzają czas na obserwowaniu znajomych na portalach społecznościowych, prowadzeniu niepotrzebnych dyskusji w internecie lub niekończącym się przeglądaniu rolek. To jak wyrzucanie czasu do śmieci (wierzę, że nie ma osób, które szczerze to lubią w takim wymiarze czasowym), a czasu mamy ograniczoną ilość i trudno jest ten zasób powiększyć (wymagałoby to wydłużenia doby lub długości życia). Jeśli właściwie zarządzamy czasem, z jednej strony jesteśmy bardziej efektywni, a z drugiej mamy więcej czasu na rzeczy, które naprawdę lubimy.

Rzecz w tym, że ta efektywność wielu osobom po prostu się nie opłaca. Jesli jesteśmy niezauważalnym trybikiem w naszej firmie, większa efektywność oznacza jedynie, że zrobimy więcej w tym samym lub krótszym czasie (albo będziemy się nudzić, albo dostaniemy więcej obowiązków), co nie musi przełożyć się na awans, podwyżkę czy premię. Wiele osób wybiera więc obijanie się w pracy, a następnie to samo postępowanie przenosi na czas po pracy - rezygnują z hobby, bo jest ono czasochłonne, nie czytają, nie cieszy ich czas spędzony z dziećmi. Przeczekują życie od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu.

Moja rada


Potraktuj czas jak pieniądze! To moja rada. Staraj się go nie marnować. Wykorzystaj do cna. Każdą minutę obejrzyj i sprawdź, czy na pewno chcesz ją wydać w ten włąśnie sposób. Myśl o tym, jak oszczędzić czas, jak szybciej "odbębić" rzeczy, które mają być zrobione, jak wykorzystać pozostały czas na zarobienie pieniędzy, odpoczynek, uprawianie hobby lub inne przyjemności.

Jednocześnie nie myśl o tym, że musisz być w 100% gotowy, żeby zacząć coś robić. Zacznij już dziś, a dopiero później dowiedz się czego potrzeba, by kontynuować. Dokup niezbędny sprzęt i akcesoria, keidy będziesz już robić to, co chcesz robić. To najlepszy sposób na walkę z prokrastynacją. Jeśli po to, by iść na siłownię potrzebujesz specjalistycznych rękawicze, które kurier dostarczy dopiero za trzy dni, nie przejmuj się tym. Idź na siłownię dziś i zrób świczenia na nogi. Weź stare rękawiczki, jeśli musisz je mieć i zacznij dzisiaj. W ten sposób nie stracisz dnia, a kiedy przyjdzie przesyłka po prostu ulepszysz coś, co już robisz, zamiast zastanawiać się czego Ci teraz brakuje.

piątek, 8 maja 2026

W długach po uszy (jak spłacać)

Jeśli chodzi o długi, czy to kredyty bankowe, czy pożyczki gotówkowe (nawet te od rodziny czy znajomych), podstawowa zasada brzmi: lepiej ich nie zaciągać. Niestety rzeczywistość nie zawsze kieruje się zasadami i czasami zdarza się, że znajdujemy się w sytuacji, kiedy musimy spłacić jakiś kredyt (chociażby mieszkaniowy). Co więcej - kredyt mieszkaniowy, sam w sobie (przy zachowaniu pewnych zasad) potrafi być opłacalny (mieszkania drożeją i czasem ta zmiana ceny prześciga odsetki - biorąc kredyt mamy mieszkanie w dzisiejszej cenie i możemy zapłacić za nie jutro, kiedy nieruchomość jest już warta więcej - musimy się tylko upewnić, że będziemy mieli możliwość wcześniejszej spłaty).

Czasem jednak budzimy się w sytuacji, kiedy kredytów mamy klika. Pojawia się możliwość spłaty i zastanawiamy się, z którym zadłużeniem poradzić sobie najpierw. Co zrobić z nadwyżką pieniędzy? Jak postąpić, żeby nie stracić? Według mnie są dwie podstawowe zasady, zależne od możliwości, ale też charakteru osoby, która znajdzie się w tej sytuacji.

Po pierwsze - spłać kredyt o najwyższych odsetkach. Jeśli spłacisz kwotę, od której dzięki temu nie zapłacisz w następnym miesiącu 3% odsetek, to lepsze niż spłącenie tą samą kwotą kredytu, który powoduje jedynie 1% obciążenia w miesiącu. Ta część jest oczywista.

Po drugie - jeśli nie stresuje Cię pozostawanie w długach, a widzisz możliwość zarobienia na tych funduszach więcej niż wyniosą obciążające Cię odsetki - zrób to! Jeśli masz wolne 10 000 zł i jesteś w stanie wygenerować z nich 3000 zł w dwa miesiące, a kredyt o największym oprocentowaniu to około 1% miesięcznie, spłacając zaoszczędzisz tylko 2 000 zł, podczas gdy inwestując, możesz odsetki spłącić po dwóch miesiącach i nadal być "do przodu". W tej sytuacji rozsądnym będzie zainwestowanie.

Niestety - tak jak napisałem na początku, sposób ten działa tylko wtedy, gdy Cię to nie stresuje. Jeśli odczuwasz duży dyskomfort związany z tym, że zalegasz z płatnością, że w ogóle masz długi - lepiej je spłacić jak najszybciej. Dla zdrowia psychicznego. Wiem z doświadczenia.

Na koniec rada bonusowa. Jeśli kredyt Cię wykańcza i pozostało do spłąty już nie dużo, a masz połowę tej kwoty, spróbuj pożyczyć resztę od rodziny i spłacić całość wcześniej, a następnie spłacić członka rodziny tak, jakby się spłacało kredyt. W ten sposób przestajesz płącić odsetki (a jeśli nawet członek rodziny zażąda spłaty z odsetkami, to "wszystko zostaje w rodzinie"). Dla mnie pozbycie się każdego długu, obarczonego odsetkami było jak ponowne nabranie powietrza i jeśli tylko będę mógł obejść się bez kredytów, to na pewno będę próbował. Byłem też już po tej drugiej stronie, kiedy pożyczyłem komuś pieniądze po to, by nie męczył się z odsetkami (bo sam mu tak doradziłem).