piątek, 3 kwietnia 2026

Kłamstwa, które przeszkadzają Ci być bogatym

Istnieje w naszej rzeczywistości szereg kłamstw, często nazywanych marketingiem, które ustawicznie drenują kieszenie zwykłych, nieświadomych obywateli. Niestety, świadomi ich ludzie często także są przez nie okradani, gdyż część z nich stało się już zwyczajem, którego nie można zmienić, a część stanowi nawet własne prawa. Dzisiaj spróbuję nazwać niektóre z nich po imieniu. Na większość nie mam rady i obawiam się, że także jej nie znajdziecie, ale wychodzę z założenia, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć. Jesli jednak macie sposoby na radzenie sobie z nimi, dajcie proszę znać w komentarzach.

Emancypacja


Tytuł budzący kontrowersje, ale spokojnie - chodzi mi tutaj jedynie o pewien wybrany aspekt sprawy, a mianowicie namawianie kobiet na konieczność pójścia do pracy czy robienia kariery. Samo w sobie danie komukolwiek takiej możliwości, jeśli wcześniej jej nie miał nie jest złe, ale osobiście ruch ten uważam za jedno z największych kłamstw marketingowych, które obecnie zbiera żniwo.

Przed emancypacją pracujący mężczyzna był w stanie utrzymać dom i rodzinę - żonę, dzieci (często więcej niż jedno). Zapewniał byt, jedzenie, ubranie, schronienie, a zostawało jeszcze na przyjemności i wakacje. Po "uświadomieniu" kobietom, że tez mogą iść do pracy, doszło do tego, że jedna osoba w rodzinie ma trudność z utrzymaniem jej. Płace można było niepostrzeżenie obniżyć, by dwoje ludzi zarabiało na to, na co wcześniej zdołała zarobić jedna. A kiedy brak pieniędzy odzywają się głosy "no tak, twoja żona nie pracuje to nie dziwne, że wam brakuje".

Taniocha


Uwazasz, że porządne meble są bardzo drogie, ubrania szyte na miarę to zbytek a co ładniejsze przedmioty codziennego użytku są niewspółmiernie drogie? Cóż - nic dziwnego! Kiedyś to były normalne ceny. Co więcej - pensje odpowiadały tym cenom (w pewnym sensie). A później przyszły tanie, papierowe meble za ćwierć ceny, tanie chińskie ciuchy niskiej jakości i wszystko można było odlać z plastiku i zastąpić wyroby rzemieślnicze. Zachłysnęliśmy się tymi produktami, a ich ceny wdarły się do naszej świadomości. A ludzie, od których otrzymujemy wypłatę zauważyli swoją szansę - przecież nie musi Cię być stać na komodę czy kredens z kazdej wypłaty. Przecież nie ma nic złego w odkładaniu na zakup nowego łóżka. Nagle pensje zaczęły odnosić się do tych "tańszych zamienników" - kiedyś nie było Cię stać na regał i musiałeś odkładać przez trzy miesiące, a teraz proszę - regał kupisz od ręki, za jedną wypłatę. Z tym, że nikt nie mówi, że jest to ten sam regał. Teraz kupisz gorszą, dziesięć razy tańszą wersję, a to, co kiedyś nazywałeś zwykłym meblem to dzisiaj produkt premium.

Eko, Bio...


Czemu kiedy chcę kupić gruszkę, mamiony jestem ofertami gruszek "Bio"? Kiedy te zwykłe gruszki z drzewa przestały być ekologiczne? Czy teraz są niezdrowe? To może niech te "Bio" nazywają się zwykłymi, a na tych zwyczajnych dopiszcie, że to produkt szkodliwy, drugiej jakości? Jak wyprodukować gruszkę "lepszą niż zwykła", by brać za nią dodatkowe pieniądze? Ja chcę, by owoce i warzywa domyślnie były "Eko" - to produkty nieprzetworzone, wolne od konserwantów i barwników, prawda? A jednak cena tego nie odzwierciedla. A jeżeli to produkty "Eko" są takie jak kiedyś, to może niech mają one "normalne" ceny, a te zwykłe, drugiego sortu niech będą dostępne za grosze?

Oczywiście to kolejny wymysł marketingu - za to, co kiedyś było normalne teraz płacimy ekstra, bo teraz jest to produkt premium. Wiecie jakie wędliny sa najdroższe? Ironicznie te z dopiskiem "jak dawniej"... 


Przykładów jest wiele - cała współczesna "ekologia" (zwrot butelek to jeden ze świeższych przykładów robienia biznesu), zaniżenie wartości edukacji (o wiele bardziej opłaca się być hydraulikiem z praktyką niż magistrem, nawet jeśli jest się specjalistą w swojej dziedzinie - "danie" wykształcenia każdemu tworzy patologię, w której nikt już nie wie kto jest kto, a papier jest tylko papierem), wprowadzanie nieżyciowych przepisów (choćby w budownictwie, ale i w przepisach drogowych) i tendencyjnych norm (pasujących nielicznym) oraz prawodawstwo najeżone wyjątkami od wyjątków. Służba zdrowia, w której płąci się za możliwość zrobienia badań, dzięki którym lekarz zaproponuje leczenie, ale zażąda podpisu, że my takiego własnie leczenia chcemy i bierzemy pełną za nie odpowiedzialność. Mechanicy, którzy nie chcą podejmowac się trudnych napraw, bo lepiej zarabiają na szybkich poprawkach dla ludzi, którzy nie mają faktycznego problemu, ale można im policzyć zaporową stawkę za pięć minut roboty...

Mówiło się kiedyś, że Polacy to naród kombinatorów, którzy poradzili sobie w ciężkich czasach. A ja Wam mówię, że ciężkie czasy nadal trwają, a kombinowania już nawet nie zauważamy - teraz stało się to normą.

piątek, 27 marca 2026

Ucz się, by nie płacić

Uczenie się to nie tylko sposób na to, by mieć dobrą pracę, więcej pieniędzy i zapewnienie sobie warunków, w których na wszystko stać. To także coś o wiele bardziej wprost. Posiadanie praktycznych umiejętności oznacza, że nie trzeba wynajmować kogoś, kto będzie mógł ich użyczyć. To oszczędność na wydawaniu pieniędzy, a nie dodatkowy zarobek. Osobiście uważam, że wszystko, co nie wymaga wymiany środków płatniczych jest tańsze, chociażby o podatek i opłatę manipulacyjną. Lepiej nie zarobić i nie musieć wydać niż zarobić i wydać.  To zupełnie inne podejście do zagadnienia.

Żyjemy w czasach szeroko rozwiniętego rynku wszelakich usług. Są one jednak zupełnie inne niż kiedyś. Bardziej udziwnione i wydumane. Wymagające już nie tyle wiedzy i umiejętności, co sprzętu i sprytu oraz metod marketingowych. Mnie pociąga prawdziwe rzemiosło - krawiec, szewc, mechanik, który potrafi naprawić coś, zamiast jedynie wymieniać części. To był kiedyś resort usług. Obecnie jest to margines, być może przyziemny, za to życiowo bardziej potrzebny niż trener personalny, architekt wnętrz feng-shui czy doradca inwestycyjny.

Okazuje się, że wraz ze zmniejszeniem się ilości osób wykonujących te "przyziemne" usługi, zmalał na nie popyt. Sztucznie zmalał. Wmówiono nam bowiem, że rzeczy się nie reperuje. Że taniej i lepiej jest kupić nowe. Cóż - taniej może faktycznie jest, ale tylko dlatego, że nie ma gdzie naprawić starych, a nowe konstruowane są tak, by naprawić się ich nie dało. A przecież tyle mówi się obecnie o ekologii, zmusza obywatela do wydawania dodatkowych środków na ten szczytny cel, a nie wprowadza obowiązku producenta do tego, by produkt wytrzymał dłużej niż wynosi okres gwarancji (za którego wydłużenie przecież się płaci).

Jako, że sam potrafię nieźle ugotować to, co lubię zjeść, a regały w swoim mieszkaniu samodzielnie zaprojektowałem i skręciłem (po zamówieniu na stolarni odpowiednio przyciętych elementów) i nie płacę za wiele rzeczy, których mogę nauczyć się sam, postanowiłem zastanowić się nad listą umiejętności (od łatwych, których nauka zajmie kilka minut, a przydadzą się raz na jakiś czas po bardziej skomplikowane, które pozwolą na zaoszczędzenie sporych sum), które warto posiadać w dzisiejszych czasach. Oto ona:

  • Musisz wiedzieć jak wbić gwóźdź, wywiercić dziurę w ścianie czy przepiłować deskę. Naucz się korzystać z miarki czy kątownika. Te podstawowe umiejętności pozwolą Ci dokonywać w domu małych napraw. Nie są one drogie, ale dojazd fachowca to koszt (a nie zawsze ma się kogo poprosić o pomoc).
  • Dowiedz się jak wykonać obsługę urządzeń w domu - jakie masz żarówki i jak się je wymienia, który bezpiecznik odpowiada za który obwód i co z tego wynika, dowiedz się jak odetkać zatkany odpływ czy przepchać toaletę. Tego ostatniego warto nauczyć się obserwując fachowca przy pracy (choć można także z filmu instruktażowego na youtube).
  • Jeśli nauczysz się jak rozłożyć namiot i krzesać ogień, a do tego poćwiczysz wiązanie kilku podstawowych węzłów, masz do dyspozycji nowe, ciekawe hobby i sposób spędzania wolnego czasu, a być może także pomysł na tanie wakacje. Nie mówiąc o tym, jak męskie jest posiadanie takich umiejętności.
  • Cerowanie i szycie to coś, co da się opanować. Choćby tylko w zakresie zaszycia małej dziurki czy przyszycia urwanego guzika. Taka szybka naprawa garderoby pozwala dłużej cieszyć się ulubionymi ciuchami, bez konieczności zanoszenia wszystkiego do krawcowej. To dosłownie kilka minut pracy (chociaż nauka szycia trwa nieco dłużej), a przydaje się bardzo często, szczególnie przy dzieciach.
  • Umiejętność zmiany koła czy naładowania akumulatora to konieczność dla wszystkich zmotoryzowanych. W awaryjnej sytuacji pozwala oszczędzić czas i pieniądze.
  • Jeśli nauczysz się gotować kilka swoich ulubionych potraw, za ułamek ceny odtworzysz przepisy i następnym razem wybierzesz gotowanie, a nie wyjście do restauracji. Dodatkowym plusem jest możliwość zastosowania lepszych produktów i wiedza o dodatkach (w tym konserwantach), które znajduja się w potrawie.
  • Możesz stworzyć sobie własny plan treningowy we własnym domu, zamiast wykupować karnet na siłowni. A jeśli mieszkasz w mieście, domowe ćwiczenia możesz uzupełnić o zestaw na plenerowej siłowni. Tanio, przyjemnie, na świeżym powietrzu. Filmów instruktażowych i darmowych aplikacji jest od groma.
  • Na koniec coś bardziej osobistego - nauczyłem się rozumieć zapisy w umowach (na usługi, obsługę, kredytowych, regulaminach), dzięki czemu nie potrzebuję prawnika podczas ich podpisywania, a jednocześnie czuję się bezpiecznie zarówno podczas negocjacji i podpisywania, jak i przez okres związania umową. Umiejętność ta pozwoliła mi zaoszczędzić ogromne pieniądze (choćby wcześniejsza spłata kredytu mieszkaniowego bez odsetek). Pomogłem też kilku znajomym rozprawić się z ich problemami na podstawie zawartych przez nich umów, pisanych wniosków i wyliczeń. Dzięki moim poradom uniknęli nieprzyjemności i odzyskali należne pieniądze. Owszem - nauczenie się tego wymagało sporo pracy, ale warto było.

Ostatnia rada dotyczy tego, by cały czas uczyć się nowych umiejętności w miarę potrzeb. Warto obserwować fachowca przy pracy, więc kiedy wynajmujemy kogoś, by wykonał dla nas usługę, warto się od niego uczyć. Bierzesz fachowca do położenia tapety w pokoju? Być może później poradzisz sobie z przedpokojem samodzielnie. Wujek pomaga Ci położyć płytki w łazience? Zadawaj dużo pytań, pomagaj jak tylko możesz i ćwicz, to następnym razem zrobisz to samodzielnie. Potencjał jest nieograniczony i warto cały czas powiększać wachlarz posiadanych biegłości.

piątek, 20 marca 2026

Płacisz za wygodę

Dzisiejszy post skierowany jest do ludzi, którzy ciągle narzekają, że przerastają ich koszty zycia codziennego. A powstał z tego powodu, że spotkałem się z opisanymi poniżej sytuacjami osobiście, a usłyszałem je w rozmowie w szerszym gronie. Niestety rozsądna argumentacja nie pomogła, dlatego opublikuję ten post tutaj - tu nikt nie będzie się kłócił, no bo jak (chyba tylko w komentarzu), a jeśli kogoś nie będzie to obchodziło, to po prostu nie przeczyta. Główną zaś myślą jest to, że wiele osób po prostu się nad tym nie zastanawia - wiedzą, że tak jest, ale nie rozumieją, że są inne wyjścia.

Zagadnienie jest proste - jeżeli nie stać Cię na rzeczy dotyczące codziennego życia, zrezygnój z wygód. Jest cały szereg wygód, które w chwili obecnej stały się standardem, a które standardem nie są i w wielu przypadkach da się znaleźć inne, tańsze rozwiązania (chociaż zapewne nie tak wygodne). Owszem - jeżeli Cię stać na wygody, nie ma problemu, ale (jak pisałem), zetknąłem się z ludźmi, którzy zmagają się z zapłatą rachunków, a wciąż korzystają z dodatkowo płatnych wygód.

Pierwszym przykładem jest zamawianie jedzenia. Oczywiście, że jeśli nie stać Cię na pójście do restauracji, to najlpeije gotować w domu. Wiem też, że czasem nie starcza na to czasu (lub umiejętności) i po prostu chcemy zjeść coś innego, co przygotuje ktoś inny. Nawet wtedy jednak warto rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy dowóz to rzeczywiście "darmowa" opcja. W mojej okolicy jest zaskakująco wiele knajp (w tym moja ulubiona), które udzielają rabatu przy odbiorze osobistym, zatem jeśli zamówisz przez telefon i osobiście odbierzesz jedzonko, zapłacisz o 10% mniej. Taniej niż jeść w restauracji, taniej niż zamówić z dowozem. 

W ogóle dostawy to temat rzeka. Zaczynając od dostaw kurierskich, warto sprawdzić różnicę między dostawą do drzwi a dostawą do punktu (czy choćby paczkomatu) - mniej wygodnie, ale taniej. Dostawy zakupów - co prawda zdarzają się tu promocje, które równowarzą koszt dostawy, ale promocje te można często znaleźć także w sklepie stacjonarnym, gdzie koszt dostawy będzie zerowy. Jeśli zakupy wydają Ci się drogie - nie podnoś ich kosztu, żądając wygodnej dostawy do domu.

Raty to także temat pod rozwagę. Wiem, że teraz modne są "raty 0%" i niektóre nawet faktycznie takie są (nie ma kosztu obsługi systemu rat, prowizji i innych dodatków), ale nawet w takim przypadku pojawia się koszt ukryty w konieczności dopisania do budżetu kolejnej pozycji, która uszczupli dochód i sprawi, że w kolejnych miesiącach zostanie nam mniej środków do życia. Lepszym rozwiązaniem, z którego osobiście zawsze korzystałem jest założenie, że jeśli w tej chwili nie mam na coś pieniędzy, to znaczy, że mnie na to nie stać. Jeśli jestem w stanie uzbierać na coś pieniądze, to zależy mi wystarczająco, by to posiadać. Panowanie nad finansami stało się o wiele bardziej intuicyjne dzięki temu założeniu. I rozumiem wygodę rozwiązań ratalnych, ale uważam ją za słuszną tylko w przypadku niezwykle istotnego zakupu, którego nie dało się zaplanować (jesli lodówka zepsułaby mi się na amen i nie miałbym żadnego funduszu rezerwowego, to prawdopodobnie zmuszony sytuacją nową kupiłbym na raty, ale jeśli byłoby to zimą, to starałbym się przechowywać jedzenie na baklonie i zbierać na nową chłodziarkę).

Taksówki to kolejne udogodnienie, z którego rezygnuję, gdy jestem pod kreską. Owszem - są o wiele wygodniejsze od roweru czy komunikacji zbiorowej, ale nawet te z aplikacji kosztują więcej. Tłumacząc się, że "to konieczność, z której wszyscy korzystają" zwyczajnie nie masz racji. W większości przypadków możesz tak zaplanować swoje przejazdy, by dopasować się do tańszych opcji komunikacyjnych. Nie tak dawno, bo w ferie zimowe, pojechałem pociągiem o kilka godzin za wcześnie tylko dlatego, że była promocja 50%. Co prawda zanim zwolnił się pokój (zameldowanie o konkretnej godzinie), spędziliśmy trochę czasu na dworcu, ale oszczędzenie paruset złotych było tego warte. Dzęki temu stać nas było na dobry obiad i zakupy na śniadanie następnego dnia.

Takie przykłady można mnożyć. Chodzi mi o to, że czasami nie zdajemy sobie sprawy, że dopłacamy za wygodę, która wydaje nam się normą. Kiedy jednak portfel nas przyciśnie warto z tego zrezygnowac i poszukać tańszych rozwiązań. Do wygody powrócimy, kiedy znów będzie nas na nią stać.

piątek, 13 marca 2026

Za dużo!

Kilka miesięcy temu pisałem o tym, że potrafię się zapomnieć w oszczędzaniu (przy okazji historii o lodówce). To oczywiście nie jedyna moja wada i nie jedyna nawet, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko tematykę oszczędzania. Dzisiaj nadszedł dzień, kiedy wyznam kolejny mój grzeszek, który łączy się z tym tematem i skutecznie uprzykrza mi życie. Podobnie jak hałasująca lodówka, na którą byłem skazany dzień i noc i każdego dnia okradała mnie z odrobiny spokoju, tak samo i tutaj z efektami swojego postępowania mierzę się codziennie.

Z oszczędności niczego nie wyrzucam. Wszystko może być mi potrzebne. A jeśli nie mi, to komuś z mojego otoczenia. A jeśli nie, to komuś innemu, komu można to sprzedać. Rzeczy wypełniają szczelnie szafy, mam dwie piwnice i schowek, na półkach stosy... To jeszcze nie jest etap kliniczny - nie walają mi się po domu sterty przedmiotów, ale posiadam pudła pełne rzeczy, talerzy, książek, zabawek, śrubek i czego tam jeszcze można chcieć. Bo wszystko się może przydać, a w ten sposób nie będę musiałkupować.

Błąd polega na tym, że i tak muszę kupować, bo nigdy nic nie można znaleźć. Wszystko co posiadam jest bardzo użyteczne, jeśli tylko miałbym do tego dostęp. Niestety nie mam bezbłędnego systemu katalogowania, ani przestrzeni pozwalającej na wyeksponowanie kolekcji, a kiedy wszystko stoi w schowku w pudłach, do niczego nie ma dostępu, nic nie da się łatwo znaleźć.

Z perspektywy kogoś, kto jest zagubiony wśród posiadania WSZYSTKIEGO uważam, że użyteczne jest tylko to, co da się znaleźć i jest pod ręką wtedy, kiedy tego potrzebujemy. Rzecz, które można kupić za kilkanaście złotych, a ja przechowuję je przez dekadę, po prostu nie warto posiadać. Nie można mieć wszystkiego. Dlatego mam zamiar przeprowadzić porządki i wiem, że nie będzie to łatwe, ale ten post jest pierwszym krokiem. Jeśli macie podobny problem... odwagi!

piątek, 6 marca 2026

Cała prawda o Edukacji

Z uwagi na swój wiek i doświadczenie, zdecydowałem się dzisiaj skierować swoje słowa do młodych, do których jednak prawdopodobnie one nie dotrą (bo nie czytają blogów). Być może jednak ci, którzy czytają, podzielą się tym tematem i swoim doświadczeniem w tej dziedzinie z młodymi w ich otoczeniu, którzy być może chcą ich słuchać. Chodzi mi o edukację i jej korelację z rynkiem pracy, oraz płacą. To nie jest tak, jak mnie mówiono, więc zapewne nie jest też tak, jak mówią Wam. Obiecuję także zwrot akcji, który być może sprawi, że tego tekstu nie skwitujecie jedynie stwierdzeniem "przecież wiadomo, że tak jest". Być może uznacie, że jest tu coś więcej.

Na początek śmiało napiszę tutaj niepopularną opinię o tym, że przedstawiciele wielu zawodów (głównie pracownicy biurowi, korporacyjni i urzędnicy, ale nie wyłącznie), nawet pracując na danym stanowisku przez lata, nie bardzo wiedzą co robią. Nie potrafią ocenić, czy ich praca jest ważna, trudna i unikalna. Większość myśli, że ma doświadczenie, a to jedynie przepracowane lata. Nowy pracownik, jeśli jest zdolny, może się nauczyć wykonywania tych obowiązków w kilka tygodni, maksymalnie w parę miesięcy. To smutna konkluzja, ale tak jest w bardzo wielu przypadkach - jedynie specjaliści się bronią. Bardzo często także ich przełożeni, aż do pewnego poziomu, także nie wiedzą co robią. Dostają polecenia z góry i pilnują wykonywania tego polecenia. Uczestniczą w procesie, o którym nie mają pojęcia. Realizują fragment większej całości, albo prowadzą marginalną obsługę dokumentacji, wprowadzają dane lub obsługują klienta przekazując mu usługi, produkty i informacje, przygotowane przez kogoś innego. I nic w tym złego!

Rzecz w tym, że większość pracy wykonywanej w ten sposób wpływa na ekonomię i ergonomię przedsiębiorstwa. Po prostu potrzeba dużo takich właśnie osób do obsługi tych kilku jednostek, które faktycznie wiedzą co robią i na których oparte jest działanie całej firmy. O wiele wydajniej jest nauczyć pracownika niższego szczebla wykonywania kilku prostych obowiązków niż wtajemniczać go w powody, dla których musi to robić i tłumaczyć działanie całego mechanizmu, zamiast opisać jedynie funkcję jednego trybiku.

To jednak sprawia, że pracując na tego typu stanowisku:
  • nie nabywasz (prawie) żadnych nowych umiejętności, nie rozwijasz się,
  • zapominasz te rzeczy, na których nauczeniu się spędziłeś czas w szkołach, często bardzo dobrych,
  • nie będziesz wiele zarabiać, bo łatwo Cię zastąpić (chociaż myślisz inaczej),
  • masz niewielkie szanse awansu i prawie zerowe szanse awansu na stanowisko dobrze płatne i wychodzące poza schemat,
  • nie wykorzystujesz potencjału i nie masz szans wykazania się (a co za tym idzie - patrz punkt powyżej),
  • nie czerpiesz satysfakcji, wypalasz się, tracisz entuzjazm (ten, który pojawiał się, kiedy na studiach zainteresował Cię jakiś temat), 
Wniosek - do takich prac potrzebny jest często papierek, który potwierdza "wykształcenie", a nie prawdziwa wiedza. Idąc w tym kierunku musisz mieć tego świadomość (albo jedynie "złapać" staż i lata doświadczenia zanim będą Cię mogli zatrudnić tam, gdzie naprawdę chcesz pracować). Jeśli planujesz spokojnie pracować za tę pensję, nie mieć stresów i wysiłku - to jest droga na lata.

Jeżeli planujesz coś więcej (i nie ma nic złego w tym, że nie planujesz!), to już na etapie szkoły musisz zmienić swoje podejście. Tutaj musi Ci nie zależeć na papierku, ale na wiedzy. Właśnie dlatego MUSISZ wykorzystać cały dostępny czas. Kiedy jesteś w szkole, w klasie czy na studiach, nie olewasz. Słuchasz tego, czego uczą, doczytujesz samemu, robisz zadania i naukę danego tematu uznajesz za skończoną, gdy w pełni go rozumiesz.

Skoro spędzasz w szkole te 8 godzin, to nie marnuj ich na grzebanie w telefonie. To czas przeznaczony na naukę i żeby nie był stracony, ucz się wykorzystując go w stu procentach. I tak siedzisz w szkole (na uczelni), więc co Ci szkodzi? Czy więcej przyjdzie Ci z grania w głupią grę na telefonie? Prawdopodobnie nie. Każda rzecz dodatkowa, której się nauczysz sprawi, że wyprzedzisz kolegę z ławki obok. Więc skoro "tracisz" w szkole 8 godzin każdego dnia - czy coś robisz, czy nie, lepiej coś robić. Powtórzę - to te same osiem godzin, czy coś robisz czy nie!

Dodatkowym bonusem takiego postępowania będzie wykształcenie w sobie nawyku wykorzystywania dostępnego czasu oraz łatwość wyrobienia sobie opinii pracowitego. Kiedy pójdziesz do pierwszej (drugiej i kolejnej) pracy, nie odpuszczaj - jeśli pracujesz osiem godzin, to pracuj i nie olewaj. I tak jesteś "uwięziony" przez osiem godzin - pracowanie w tym czasie Ci nie zaszkodzi. Może to da Ci awans, a może nie, ale z pewnością sobie nie zaszkodzisz. Ja bywałem niemiło zaskoczony tym, jak niewiele pracy wykonują moi współpracownicy dysponując tym samym czasem pracy, póki nie zrozumiałem, że im po prostu jest dobrze tu, gdzie są i zależy im tylko na tym, żeby "spędzić" kolejny dzień, który przybliży ich do wypłaty.

Na koniec smutna prawda - dyplom to tylko papierek. W obecnych czasach ma je prawie każdy. Sam dyplom nie sprawi, że będziesz więcej zarabiać - w najlepszym razie pozwoli Ci zarobić podobną kwotę za nieco lżejszą pracę. Ale nie będzie to szczególnie wysoka stawka, bo tę zarobisz tylko dzięki temu, że robisz więcej i lepiej niż inni. Aby to osiągnąć musisz więcej wiedzieć, więcej umieć i być bardziej pracowity. Musisz tworzyć własną jakość, zamiast jedynie wypełniać etat. To więcej niż wykonalne, ale nie wymaga studiów, a ciężkiej pracy. To nie jest tak, że kończysz studia, a reszta dzieje się sama. Lepiej być dobrym mechanikiem czy hydraulikiem bez studiach niż znudzonym przekładaczem papierków w jakimś biurze z dyplomem oprawionym w ramkę.

Nie można utyskiwać na to, że pracownik bez studiów zarabia więcej. Dyplom nie jest gwarantem zarobków - studia to szansa na nauczenie się więcej niż umie przeciętny hydraulik. Jeśli potraktowałeś studia jako sposób na zdobycie papierka, to właśnie tyle z tego masz - znajdziesz pracę, w której nie będziesz musiał przepychać kibla, ale człowiek, który potrafi to zrobić, ma doświadczenie i jest na tyle pracowity, by je wykorzystać, zarobi więcej niż Ty za biurkiem. Bo ludzie płacą za faktycznie wykonane zadania, a nie za to, że kiedyś odbębniłeś kilka dodatkowych lat w szkole i masz potwierdzenie tego faktu oprawione w ramkę.

Uczyć się samemu jest trudniej niż iść do szkoły, gdzie ktoś opowie Ci wszystko niemal bez Twojego udziału. Rzecz jednak w tym, że osoba, która uczy się samemu wykazuje się determinacją i z pewnością nie zmarnuje czasu, spędzonego nad książkami. Ona nie chce zaliczyć egzaminu, tylko posiąść wiedzę. Gdyby więcej osób z taka determinacją chodziło do szkół, a osoby, które chcą tylko dostać papier zwolniły dla nich miejsca na uczelniach i siedziały w domu przed konsolą, mielibyśmy prawdziwszy obraz świata. Edukacja to szansa, a nie wartość sama w sobie. Wykorzystaj tę szansę zamiast utyskiwać na to, że ktoś kto faktycznie się postarał zarabia lepiej niż Ty - z dyplomem ukończenia studiów wyższych.

piątek, 27 lutego 2026

Życie w pętli

Zauważyliście, że kiedy już macie wszystkie urządzenia, które chcieliście mieć, osiągacie stan, kiedy wszystko działa i nie musicie kupować niczego dodatkowego, coś się psuje i zużywa i kiedy wymieniacie ten jeden niedziałający sprzęt, psuje się następny i kolejny? No właśnie. Współczesny sprzęt zaprojektowany jest tak, byśmy nigdy nie osiągnęli stanu, kiedy "mamy wszystko, czego nam potrzeba". Nieustannie musimy wymieniać zepsutą rzecz na nową, z założenia lepszą, a w praktyce taką, która też niebawem się zepsuje i będzie wymagała wymiany. Powyższe sprawia, że nie możemy przeskoczyć pewnego etapu - nawet jeśli udaje nam się odkładać pieniądze, są one wydawane wciąż na te same rzeczy! W dodatku te rzeczy są coraz droższe, a więc nawet jeśli dostajemy podwyżkę, to rekompensuje ona tylko zmianę cen, a nie pozwala nam "wejść na kolejny poziom". To skłania do refleksji i nasuwają się dwa wnioski.

Po pierwsze - samo odkładanie pieniędzy nie wystarczy. Trzeba dodatkowo inwestowac tę nadwyżkę, by (przynajmniej) nie traciła na wartości. Trzeba dać sobie szansę na jakiś profit z tytułu oszczędzania.

Oraz po drugie - warto wymieniając zepsute sprzęty na nowe, zastanowić sie nad zastąpieniem ich dawną, niepsującą się wersją. I to, uważam, jest sposób na przerwanie pętli. Skoro współczesne rzeczy szybko się psują, a niegdysiejsze były używane przez lata (nawet jeśli nie były aż tak wygodne), to może czas wymienić część przedmiotów na takie sprzed lat?

Oto, na szybko, kilka przedmiotów, które warto posiadać w wersji "jak kiedyś":
  • Garnki, a już szczególnie patelnię. Ciężka, żeliwna patelnia, albo taka porządna z nierdzewki jest może nieco trudniejsza w obsłudze niż współczesne patelnie z powłokami, ale za to jest nieśmiertelna. Dosłownie - można ją przekazywać z pokolenia na pokolenie.
  • Narzędzia - te najprostsze, nieelektryczne. Kiedyś za ich pomocą można było dokonywać dowolnych napraw, więc i teraz się da. Dobry (stary) młotek, wiertarka z korbą (może nie zastąpi udarowej do żelbetu, ale w pracach stolarskich sobie poradzi), dłuta, strugi, piły. To wszystko można kupić i używać.
  • Sweter, najlepiej robiony na drutach z owczej wełny. Porządnie wykonany może być przekazywany z pokolenia na pokolenie (chociaż ja wyrosłem ze swetra po dziadku, który nowił także mój taka, to dostanie go mój syn, bo nadal jest w bardzo dobrym stanie). Są o wiele trwalsze niż ubrania produkowane w fabrykach i cieplejsze nić bielizna termiczna. Nie ma to jak natura.
  • Nóż, szczególnie stary, wojskowy, który sprawdzi się w terenie. Kiedyś nóż (w szczególności wojskowy) robiony byłtak, by przetrwać wszystko. Można go ostrzyć niemal w nieskończoność, nie złamie się, raczej nie wyszczerbi (chyba, że zrobimy to specjalnie). Przecina skórę zwierzęcą, kości, ostrzy patyki, można nim strugać i przekroi niemal wszystko. Sprawdzi się więc także w kuchni.
  • Metalowy kubek. Zwyczajny, najprostszy. Wciąż można w nim pić kawę czy herbatę, a jest niezwykle wręcz trwały. Charakter ma nieco surowy - przyznaję, ale za to jest nie do zdarcia.
Moja rodzina, która mieszkała w miejscu, gdzie ciepłą wodę trzeba było sobie zagrzać, do niedawna używała w tym celu starej pralki (trochę nowszej niż Frania, ale o tej samej budowie). Działało doskonale przez cztedzieści lat. Dopiero dociągnięcie wodociągu zakończyło ten system, ale pralka, nadal w stanie nadającym się do użycia, wylądowała w piwnicy "na wszelki wypadek". Posiadanie "starych, dobrych" rzeczy może się okazać sposobem na przerwanie pętli. Albo chociaż na rozciągnięcie jej...

piątek, 20 lutego 2026

To nie jest sposób na "pchanie spraw" do przodu

Ciekawym zjawiskiem, które szerzy się w ostatnich latach są zakupy, które nie tylko wydają się niezbędne "by zacząć", ale także zakupy, które dają iluzję tego, że w sprawie już coś zrobiono. Dzięki narzędziom promocji i reklamy, a także zmianie sposobu myślenia oraz tego jak jesteśmy odbierani i kojarzeni z różnymi atrybutami, otrzymujemy złudzenie zmiany stylu życia zanim jeszcze cokolwiek naprawdę zrobimy. Co więcej - im więcej wydamy, tym iluzja jest silniejsza. Dotyczy to głównie poważnych, pozytywnych zmian życiowych, które są bardzo trudne do wykonania. To właśnie w takich momentach przepłacamy, by zyskać poczucie "no, teraz początek już za mną" i "proces się rozpoczął i trwa".

Co ciekawe, sprawa dotyczy (chociaż nie wyłącznie) zachowań prozdrowotnych - diety, ćwiczeń, chudnięcia, dbania o siebie i o swoje zdrowie. Ktoś może się przekonać, że do rozpoczęcia zdrowej diety potrzebna mu będzie książka ze zdrowymi przepisami i druga, która wyjaśni zagadnienie diet. Prawdopodobnie jednak nigdy ich nie przeczyta, albo ugotuje jedną potrawę z przepisem i tyle. Ale poczucie "bycia na diecie" zostało zaspokojone. A jeśli przeczyta książkę, może dojść do wniosku, że aby faktycznie zacząć zdrowo się odżywiać zgodnie z książką, musi kupić sobie drogie urządzenie do kuchni (malakser, air fryer, grill elektryczny czy co tam jeszcze), bo bez tego ani rusz. I znów dieta zostaje odsunięta o kilka dni, bo zakupy w toku. Później trochę czasu zejdzie na czytaniu instrukcji, zamówieniu tego jednego nieodzownego a trudno dostępnego składnika, bez którego to wszystko nie ma sensu... zawsze znajdzie się kolejny zakup, który da nam poczucie robienia czegoś w odpowiednim kierunku...

Podobnie jest ze sportem. Zakup drogiego roweru, bo na starej damce nie da się przecież ćwiczyć w zoptymalizowany sposób. Nie mogę ćwiczyć w domu, bo muszę kupić sobie najpierw hantle / bieżnię / stepper / inne urządzenia. Potem jeszcze napoje izotoniczne, ale te specjalne, sprowadzane, ponoć najlepsze. Bez nich z pewnością dostanę skurczu, bo znany kolarz mówił, że dostał. Już sam zakup karnetu na siłownie jest często bez sensu, bo nie zawsze motywuje do ćwiczenia (kiedy pierwszy raz szedłem na siłownię kupiłem sobie jednorazowy wstęp. Drugi raz też. I trzeci. Dopiero kiedy uznałem, że chodzę regularnie, zapłaciłem za miesiąc z góry - polecam takie podejście).

Jeśli chcesz zacząć coś robić, nie zaczynaj od drogich zakupów, które zastąpić mają to, co musisz zrobić. Zacznij od czegoś w odpowiednim kierunku - chcesz iść na dietę? Zacznij od notowania kalorii tego co jesz, spróbuj zmniejszyć ich ilość, jedz mniej tłuszczu, zrezygnuj z podjadania między posiłkami i słodzonych napojów, sprawdź czy jesteś gotów / gotowa na poświęcenia i dopiero gdy przekonasz się, że dasz radę, zainwestuj w coś, co pomoże Ci wytrwać, co ułatwi Ci codzienne trzymanie diety, przygotowanie posiłków i tak dalej. Poza oszczędzeniem pieniędzy na, inaczej, bezsensowny zakup, zmotywuje Cię to lepiej do realizowania wyznaczonego celu. 

A dobre, zdrowe i proste do przygotowania przepisy znajdziesz w tej książce.

piątek, 13 lutego 2026

Oszustwo na procentach

Większość ludzi nie rozumie procentów. Nie umie ich policzyć, nie wie jak działają, ich wiedza szkolna kuleje w tym temacie. Dlatego właśnie sklepy mają tutaj pole do popisu i kłamią. Tak - nazywam oszustwem to, co w świecie biznesu zwie się "marketingiem", ponieważ tym własnie zajmuje się ten dział - wymyślaniem nowych sposobów, w jaki może oszukać konsumenta i sprawić, by zapłacił za coś na podstawie fałszywych przesłanek, fałszywego przekonania. Przy czym perfidia marketingu polega na tym, że jest to oszustwo sankcjonowane przez prawo - wszystko było niby jasno opisane, po prostu twórca wiedział, że konsument nie zrozumie tego na czas (albo w ogóle).

I tu wkraczam ja, cały na biało i oznajmiam - nie rozumiesz procentów, więc nie posiłkuj się nimi podczas zakupu! Jasne - 40% obniżki działa na wyobraźnię, ale czy umiesz tak na szybko policzyć 57% obniżki z 812 złotych? Zapewne nie.


Na czym polega oszustwo?


Widzisz w sklepie nową cenę: 999 PLN. Obok widnieje stara cena, przekreślona. Wielki znak informuje, że to 40% obniżki. A malutkimi literkami napisane jest: najniższa cena z ostatnich 30 dni: 1150 PLN. I to już wszystko. Co tu nie gra? Dlaczego to oszustwo? Przecież cena 999 PLN jest konkurencyjna, najlepsza! 

Cóż, obniżka faktycznie jest, ale jedynie o 13% w stosunku do najniższej ceny z ostatnich 30 dni. W międzyczasie podniesiono cenę, by następnie skreślić ją i dać działający na wyobraźnię baner z hasłem: 35% obniżki. Wiele osób, które kupiło produkt z powodu takiej przeceny nie zwróciło by na niego uwagi, gdyby zobaczyło, że obniżka to jedynie 13%. Zatem zakupu dokonało na podstawie niewłaściwych, fałszywych przesłanek - zatem oszustwo!

Jak się chronić?


I myślicie pewnie, że to wydumany przykład. Ale weźcie kalkulator i idźcie do sklepu. Porównajcie aktualną cenę po podwyżce z "najniższą ceną z ostatnich 30 dni" i sprawdźcie jak procentowo wygląda ta promocja. Przekonacie się jak wiele przypadków nie odpowiada rzeczywistości.

A najlepiej w ogóle nie patrzeć na procenty (jeśli ich nie rozumiesz). Zrezygnuj z przesłanek, które odbierasz jedynie emocjonalnie, a nie na logikę. Kieruj się jedynie ceną i potrzebą zakupu. Porównuj tylko cenę za określoną ilość (niekoniecznie za opakowanie, ale za kilogram, litr czy metr).

piątek, 6 lutego 2026

Fundusze Awaryjne w 2026 roku

Fundusze awaryjne to coś, co uważam za konieczność dla spokoju ducha i zmniejszenia codziennego stresu. To osobna kategoria oszczędzania, nie wchodząca w żaden cel oszczędzaniowy, w zwyczajne "odkładanie" na wszelki wypadek ani nie są funduszami na inwestycję. A jednak mają swój własny cel - pozwolić na poczucie bezpieczeństwa! Tego nie da się niczym zastąpić i bardzo gorąco polecam założyć fundusz (lub fundusze) awaryjne, kiedy tylko  będzie taka możliwość. Sam kiedyś zaniedbałem (choć nie do końca ze swojej winy) i pozbieranie się w takiej sytuacji staje się znacznie bardziej skomolikowane i wymaga pomocy osób trzecich. A przecież nie o to chodzi w tej całej finansowej niezależności.

Myślę, że są 3 typy funduszy, przy czym pierwszy jest w mojej opinii koniecznością, a do tego warto mieć któryś z pozostałych dwóch (ale nie trzeba mieć obu, bo poniekąd pokrywają się, różniąc jedynie podejściem).

1. Fundusz "na czarną godzinę"


Ten fundusz ma pokryć nieprzewidziane wydatki, które nadejdą nagle. Mam tu na myśli konieczność drogiego leczenia, wstawianie implanta - głównie wydatki medyczne (ale zapewnie nie tylko - te wydają mi się najważniejsze, co nie znaczy że ktoś nie ma doświadczeń z innym typem nagłych, koniecznych wydatków).

Zalecałbym, by ten fundusz w 2026 roku wynosił przynajmniej 5 000 PLN.

2. Fundusz "na wypadek utraty pracy"


Jeśli w przypadku utraty pracy chcesz mieć czas na szukanie nowej, nie pogarszając swojego poziomu życia, zalecam, by odłożyć pieniądze na ten cel, które pozwolą uniknąć pożyczek, czy to od znajomych, czy tak zwanych "chwilówek" (chociaż, jeśli taka konieczność nastąpi, to oczywiście jest to opcja do sprawdzenia).

Dobrze by było, żeby ten fundusz zawierał w sobie kwotę w wysokości trzymiesięcznych dochodów (całego gospodarstwa domowego). Wydaje się to dużo, ale być może nigdy nie będzie musiało zostać użyte i może leżeć na jakimś koncie oszczędnościowym, albo nawet na lokacie. Tę można przecież w razie czego zerwać, tracąc jedynie odsetki.

3. Fundusz "na opłaty"


W tym przypadku chronimy się przed odsetkami za zaleganie z opłatami w przypadku utraty pracy. Jest to nieco mniej intensywna wersja poprzedniego funduszu, gdzie odkładamy jedynie kwotę, wystarczającą na opłacenie rachunków (czynsz, woda, prąd, gaz, abonamenty) przez określony czas.

Tutaj zalecałbym, podobnie jak w wariancie poprzednim, trzymać kwotę w wysokości sumy trzymiesięcznych opłat.

piątek, 30 stycznia 2026

Darmowa nauka (dla dziecka)

Uznałem, że szkoła za mało uczy. Moje dziecko ma znacznie mniej wiedzy niż ja miałem w jego wieku. Chodzi mi o wiedzę szkolną. W szkole głównie są lekkie lekcje, brak prac domowych (w poprzedniej nie było też dzwonków, żeby dziecka nie stresować), brak... pracy. Tempo i poziom są tak niskie, że nie stanowią wyzwania dla umysłu i zwyczajnie hamują prędkość przyswajania informacji. Nie zmuszają mózgu do wysiłku, więc w mojej opinii nie rozwija się on odpowiednio szybko. Aby to zmienić należy uczyć dziecko w domu (co i tak robiłem), a do tego robić to systematycznie. Ja postanowiłem położyć większy nacisk na przedmioty, w których dziecię ma największe braki, co poskutkowało dodatkowym męczeniem go językiem angielskim, ale poniższą radę można wykorzystać do nauki dowolnego przedmiotu.

Uczenie dziecka wymaga dużo czasu, a czas ten w większości przeznaczany jest na żmudne powtarzanie, które na dobrą stronę dziecko mogłoby zrobić samo. Potrzebny był mi zatem system, który w sposób efektywny wymusi na dziecku powtarzanie, a jednocześnie pomoże mu pracować samodzielnie. Pomyślałem o doskonałym sposobie z fiszkami, gdzie po jednej stronie mamy słowo lub zwrot po angielsku, a po drugiej po polsku. W ten sposób dziecko może uczyć się słówek (i zwrotów) zarówno przypominając sobie znaczenie angielskich, jak i tłumacząc na angielski polskie odpowiedniki.

Tutaj polecam świetny produkt, który co prawda nie jest za darmo, ale działa świetnie. Za około 50 PLN można kupić gotowy zestaw jakichś 1200 fiszek! LINK

W tytule widznieje jednak słowo "darowa", a zatem przejźmy do tego, co samemu robię. Otóż samemu robię takie fiszki ze słówkami, których dziecko aktualnie potrzebuje. Dodaję nowe słówka po każdej szkolnej lekcji języka angielskiego i dołączam do zestawu. Wystarczy brystol lub blok techniczny i dwa kolory pisaków (żeby łatwo można było rozróżnić stronę, na której widnieje słówko po polsku od tej drugiej i uczyć się w takim trybie, w jakim chcemy). Są jednak dwa świetne narzędzia, które przyspieszają stworzenie ładnych, atrakcyjnych fiszek - można się bez nich obejść, ale osobiście naprawdę polecam używanie ich.

1. Mata do cięcia. Można jej użyć do przycięcia brystolu (z pomocą metalowej linijki - o wiele szybsza metoda niż zaznaczanie linii cięcia każdorazowo mierząc linijką) lub jedynie zaznaczyć linie i karteczki wyciąć nożyczkami. Standardową kartkę A4 z bloku technicznego można z małymi stratami przyciąć na wielkość 3x7cm (7x4 to 28 karteczek to 21x28cm, podczas gdy A4 ma 21x29,7cm). Mata przyspiesza proces pozwalając poliniować kartkę bez zaznaczania na niej odległości. Proponowana przeze mnie mata jest jedną z tańszych i świetnie spełni swoje zadanie.

2. Zaokrąglarka do narożników - taka przycinarka, która sprawi, że narożniki będą zaokrąglone (polecam promień 4mm) i nie będą się zaginały i niszczyły.

Uczenie dziecka uważam za jedno z najważniejszych przedsięwzięć każdego rodzica i jeśli nie ma się na to czasu, to na co właściwie ma się czas w życiu? Fiszki to z kolei świetny sposób, by czas ten wykorzystać z maksymalną efektywnością, dużą część procesu nauki pozostawiając dziecku, zatem warto zakupić lub zrobić je samodzielnie i udostępnić mu to narzędzie.

piątek, 23 stycznia 2026

Przyzwyczajenia zdrożały

Oczywiście wiemy, że wszystko drożeje - każdy o tym mówi. Niestety nie kazdy wyciąga wnioski,  a w konsekwencji, nie robiąc użytku z tej wiedzy, traci. Zaskoczeniem jest stan konta, a przecież od początku wiadomo było, że wszystko drożeje. Rzecz w tym, że niektóre rzeczy drożeją ponad swoją wartość i czasem trzeba dokonać wyboru i zarządzić zmiany. Oto najważniejsza lekcja do wyciągnięcia z wiedzy, że wszystko drożeje.

To co się opłacało, już się nie opłaca.


Tutaj nie chodzi o to, że coś podrożało bardziej niż inne rzeczy. Nie chodzi też o to, że przez wzrost cen na coś nas już nie stać. Chodzi o subiektywne odczucie, że za tę kwotę już nie chcemy danej usługi czy produktu. Że oferowana jakość nie jest warta nowej ceny. Że coś, na co wydawaliśmy, bo było wygodne i w miarę tanie, teraz, w nowej cenie, nie wydaje się już tak wygodne.

Przykład: 
Kupowałem miętowe wykałaczki tylko dlatego, że różnica w cenie była niemal niezauważalna. Teraz jednak wyraźnie ją widzę, więc kupuję wykałaczki zwykłe.
Płaciłem za mycie okien, bo cena była przystępna. Teraz już jej tak nie widzę i wolę to zrobić samemu, kosztem czasu wolnego.
Lubię tę knajpkę, ale kawa w tej cenie to już przesada - moja kawa w domu prawie nie podrożała i jest teraz dwadzieścia razy tańsza niż tutaj.

Sukcesem jest zdanie sobie sprawy z tych zmian i podwyżek i zareagowanie. Niestety, jako niewolnicy nawyków, nadal idąc do marketu wrzucamy te same produkty, bo przywykliśmy to robić, tylko że teraz nie są one już warte swojej ceny. Zwykła paczka chipsów za ponad dychę? "zdrowe" pieczywo to jakiś dramat cenowy. A bakalie i orzechy w ramach "zdrowszej" przekąski? Już nie ma tańszego odpowiednika - teraz wszystkie sa drogie, a markowe mają już cenę "premium". Rzecz w tym, że lepiej się bez nich obejść, a w ramach przekąski zrobić sobie popcorn albo pochrupać marchewkę.

Wygoda bardzo podrożała - restauracje typu fast food oznaczały zawsze tanie, szybkie i niezbyt zdrowe żarcie. Obecnie ceny są bliższe restauracyjnym, szybkość nie jest już taka szybka jak kiedyś... za to pozostały tak samo niezdrowe. Pójście na burgera brzmi teraz niemal ekskluzywnie. Podobna rzecz stała się z kawą na wynos. Nie mówię o kawiarni, gdzie można usiąść z filiżanką, ale o zwykłej kawie w papierowym kubku - dlaczego ma teraz cenę luksusu? Przecież to nie jest wyjątkowe ziarno, które należy celebrować, a codzienna dawka kofeiny. Dania gotowe i mrożonki kosztują tyle, jakby zawierały produkty "bio" (swoją drogą co tak niezdrowego jest w zwykłych produktach, że za te "bio", "eko" trzeba zapłacić potrójną cenę?), a nie jak gotowa pasza z fabryki, przeznaczona dla tych, którzy nie mają czasy gotować i starcza im go tylko, by nacisnąć przycisk na mikrofalówce.

Co się stało z biletami? Zarówno tymi na przejazdy (bilety kolejowe to jakiś żart, transport publiczny także powinien być przyjazny użytkownikowi i zachęcać - przecież nie jest utrzymywany ze sprzedaży biletów, może by tak obniżka, przynajmniej w miejscu zameldowania / płacenia podatków?) jak i na wydarzenia sportowe i kulturalno - rozrywkowe. Teraz już nie ma "wyskoczenia na coś do kina" albo "pójścia na koncert, bo może będzie fajnie" - teraz to planowana wyprawa. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do innego trybu i jak zawsze po prostu płaci kartą, na koniec miesiąca bardzo się zdziwi.

Cena nie współgra z jakością


Żeby jeszcze za ceną szła jakość. Żeby kupując drogie (trzykrotnie droższe) buty można było liczyć, że posłużą dłużej... ale nie. Do gwarancji jakoś to będzie (tak samo w przypadku tanich butów), ale później na dwoje babka wróżyła. Markowe ciuchy różnią się obecnie jedynie logotypem, bo jakość mają dokładnie taką samą, jak nieoryginalne zamienniki. Płacisz więc tylko za markę, bez idącej za tą marką jakości. Czas zrezygnować ze zbędnych zakupów i skoro nie ma różnicy, to nie przepłacać.

Ja zrezygnowałem z wielu rzeczy, nie dlatego, że mnie nie stać, tylko dlatego, że przestały mi się wydawać atrakcyjne i... nie jest tak źle. To były dodatki, bez których łatwo mi się obejść. Po podwyżkach płacę mniej za zakupy, bo o wiele mniej kupuję. Mam się na baczności, zmieniłem przyzwyczajenia zakupowe, zmieniłem marki części kupowanych produktów (jeśli tańszy odpowiednik mi nie odpowiadał, poszukałem czegoś innego) i nie jest źle. Oczywiście odczuwam podwyżki, ale raczej w kwestii "wiele rzeczy nie jest już warte swojej ceny" niż "nie stać mnie". Dlatego właśnie zachęcam do świadomego podejścia do życia, chwili zastanowienia zamiast rutyny i powtórnej analizy co jakiś czas, by zweryfikować, czy od podjęcia poprzednich decyzji nie nastąpiły jakieś zmiany.

piątek, 16 stycznia 2026

Zasady kredytowe

Czy kredyty to zło? Oczywiście, że nie. Problemem nie jest kredyt sam w sobie, ale nieumiejętność ludzi w korzystaniu z niego. Często podpisujemy umowę kredytową nie rozumiejąc jej. Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak działa kredyt, w jaki sposób naliczane są odsetki, jakie są dodatkowe koszty, etc. Drugim niebezpieczeństwem jest to, że bardzo łatwo bierzemy coś na kredyt, na raty - nie czując ciężaru tego zobowiązania. Spłacanie zaś czujemy bardzo mocno. Dzisiaj zatem nauczę Was (tak, tak), w jaki sposób korzystać z kredytu na przykładach z życia wziętych.

1. Kiedy wziąć kredyt?


Kredyt warto wziąć tylko wtedy, kiedy nie ma innego wyjścia. Muszą być zatem spełnione dwa podstawowe warunki, by uzasadnione było zaciągnięcie tego typu długu: po pierwsze nie możemy mieć pieniędzy na zakup a po drugie zakup musi być absolutną koniecznością. To aż takie proste! Jeśli którykolwiek z tych warunków nie zaistniał, nie bierz kredytu!

Jeśli zepsuła Ci się pralka, a do uprania jest cała góra dziecięcych ubranek, w dodatku powiększająca się z chwili na chwilę (tak bywa, wiem coś o tym), to zakup nowej pralki staje się koniecznością. Jeśli zepsuł się nam komputer, dzięki któremu możemy pracować - konieczność. Naprawa samochodu, wizyta u dentysty, naprawa ogrzewania, hydrauliki... to są konieczne wydatki. Zakup nowej konsoli do gier, czy nowszej wersji telefonu to nie są zakupy konieczne - to zachcianki!

Jeśli musimy coś bezwzględnie kupić, ale właściwie dysponujemy odpowiednią kwotą pieniędzy, nie zaciągajmy kredytu. Kredyt (szczególnie ten oprocentowany, lub taki, który zawiera dodatkowe opłaty lub groźbę takowych) niech będzie ostatecznością!

2. Zrozum umowę!


Przeczytaj umowę kredytową przed podpisaniem. Jeśli jej nie rozumiesz, weź ze sobą przyjaciela, który rozumie i poproś, żeby Ci wytłumaczył zapisy. To naprawdę bardzo ważna, kluczowa kwestia. Jeśli nie jesteś pewny/a co podpisujesz, nie rób tego! Ta rada pomoże Ci uniknąć bardzo wielu nieprzyjemnych sytuacji. Pamiętaj także, że ten, kto udziela Ci kredytu niekoniecznie jest Twoim przyjacielem - może Cię o czymś nie poinformować, a później trudno się będzie tłumaczyć, że się o czymś nie wiedziało, skoro podpisało się pod dokumentem.

Nie rozumiesz jak coś działa - nie używaj. Nie czytasz umowy - nie podpisuj jej. Nie rozumiesz zapisu - nie podpisuj. To jest moment na zastanowienie! Nie wtedy, kiedy już coś poszło źle! To moment na negocjacje, zmianę zapisów, dyskusję! Jak podpiszesz, jest już za późno.

3. Korzystaj z rozmysłem.


Bliska mi osoba wzięła kiedyś kredyt na pralkę i lodówkę. Gotówki nie było, przymus był. Niestety, nie zapytała jak działa proces spłat - informacja od kredytodawcy brzmiała, że "trzeba spłacać przynajmniej 100 PLN miesięcznie". Tak też robiono. Niestety, kwota kredytu prawie się nie zmniejszała (zmniejszała się o około złotówkę). Dlaczego? Otóż odsetki miesięczne od zaciągniętej kwoty to było 99 PLN. Spłacając 100 PLN pokrywane były jedynie odsetki - kwota nie malała, zatem za miesiąc odsetki znów wynosiły blisko 99 PLN. I tak w kółko. Dopiero po półtora roku dowiedziałem się o kredycie i natychmiast poinstruowałem - trzeba spłacać większymi kwotami, tak by kredyt malał, wtedy będą malały także odsetki, a co najważniejsze - widoczny będzie koniec procesu. Przy spłatach 500 - 800 PLN (tyle ile tylko było można), kredyt został spłacony w (chyba) 10 miesięcy...

Kredytem trzeba się interesować, poznawać opcje, stosować analizy wcześniejszych spłat, przewalutowania, zaciągnięcia kredytu konsolidacyjnego, możliwości spłaty w walucie oraz rozumieć jego działanie w sensie ogólnym. Słowem - nad swoim kredytem trzeba panować. To instrument finansowy, który należy poznać, by z niego korzystać. 

piątek, 9 stycznia 2026

Magiczny 1%

Kiedy ostatnio gdzieś szedłem i uznałem, że warto przyspieszyć (bardziej by oddalić się od tłumu niż z powodu pośpiechu), zamiast szybciej przebierać nogami (co męczy i wydaje się nienaturalne) wydłużyłem krok. Zacząłem stawiać stopy o kilka centymetrów dalej niż zwykle. W ten sposób szybko oderwałem się od grupy. Zauważyłem, że zyskałem zauważalny dystans przy niezauważalnym dodatkowym wysiłku. Zorientowałem się jednocześnie, że bardzo często wkładając niewielki wysiłek w coś, co powtarzamy wiele razy, możemy dojść do niesamowitych rezultatów - przekłada się to na wszystkie dziedziny życia.

A co by było, gdyby wszystko co robimy robić o ten jeden procent lepiej? Bardziej wydajnie, szybciej, dokładniej... Przecież poprawa o 1% to nic trudnego. I można ją zastosować dosłownie do wszystkiego. Jeść 1% mniej, za to o 1% więcej warzyw. Wydawać o 1% mniej, a o 1% więcej oszczędzać (odkładać po wypłacie). To wszystko jest w granicach naszych możliwości. Jeśli masz za mało czasu rano, śpij o 1% krócej (przy 8 godzinach snu to zaledwie 5 minut). Oczywiście 1% to tylko propozycja - możesz zastosować metodę 3%, albo nawet 5% (to ostatnie da Ci 10 minut więcej na przygotowanie się rano i kwadrans na czytanie przed snem).

Chodzi mi głównie o to, że zmiany na lepsze nie muszą być wielkie, a świadome wybory, które wydają się mieć niewielkie znaczenie, zazębiając się i nakładając na siebie, mogą być przyczyną olbrzymich zmian. Wysiłek, który zwiększymy o 1% wydaje się nieznaczący i właśnie w ten sposób go odbieramy. Zyski natomiast, mimo że jednorazowo będą niewielkie, skumulują się i po czasie będą stanowić widoczny efekt.

Wyobraź sobie, że codziennie oszczędzasz 2 PLN (bo kupujesz małą kawę zamiast dużej, albo wybierasz zwykłe mleko zamiast sojowego - nie mówiąc o tym ile zaoszczędzisz robiąc kawę w domu). 2 PLN to nie jest dużo. A teraz wyobraź sobie, że w Sylwestra słyszysz pukanie do drzwi. Otwierasz, a tam typek daje Ci 730 PLN. Za nic. Tyle właśnie daje Twoje 2 PLN oszczędności dziennie, skumulowane na koniec roku.

W trakcie pisania tego tekstu zorientowałem się, że ta metoda opisana jest w świetnej książce Atomowe Nawyki. Są tam przykłady o wiele lepsze od moich! Polecam.

piątek, 2 stycznia 2026

Wyzwanie na 2026 rok!

Nadszedł czas noworocznych zobowiązań. Tym razem jednak proponuję wyzwanie, które nie tylko pozwoli na wytrenowanie technik oszczędzania pieniędzy i hamowania kompulsywnych zakupów, ale pozwoli także poznać skalę tego zjawiska. Właściwie zobowiązanie to tylko dla części osób będzie "challengem", dla reszty może być po prostu sposobem na zgromadzenie funduszy na wyjazd, samochód, prezenty na przyszłe święta - to Wy sami zdecydujecie. Wydaje mi się, że tego typu eksperyment może nas wszystkich bardzo zaskoczyć. Oto co proponuję.

Przez cały rok 2026, spróbujcie ograniczać zakupy, których tak naprawdę nie potrzebujecie. Nie kupujcie rzeczy, bez których możecie się obejść. Za każdym jednak razem, kiedy uda Wam się odmówić sobie czegoś, co bardzo chcieliście kupić, odłóżcie do jakiegoś pudełka (lub wpłaćcie na osobny rachunek) kwotę, której nie wydaliście. Przez rok traktujcie te pieniądze, jakby już były wydane. A jeśli jest to jeden konkretny zakup*, to zapiszcie co to jest, datę i odłożoną kwotę na kartce. Listę tę włóżcie do tego samego pudełka i dopisujcie.

* Rozumiem przez to zakup jednorazowy - kiedy odmówicie sobie kupna nowej gry albo zrezygnujecie z jakiejś subskrypcji. Nie chodzi mi tutaj o zakupy cykliczne - jeśli codziennie kupujesz sobie kawę i raz odmówisz sobie tego przywileju, to świetnie - oszczędzone pieniądze włóż do pudełka, ale nie zapisuj tego na liście.

Jeżeli za jakiś czas będziecie chcieli kupić tę samą rzecz, która jest już na liście, musicie użyć pieniędzy z pudełka (i zaznaczyć to na kartce). Jeżeli uda się trafić na promocję - w pudełku zostanie reszta, a ślad na kartce pozwoli udokumentować oszczędność. Jeśli jednak drugi raz odmówicie sobie tego samego zakupu - nie dopisujecie go do listy. Już tam jest, już raz podjęliście tę decyzję i teraz tylko się jej trzymacie.

Po roku sprawdźcie kwotę w pudełku. Dowiecie się ile wydalibyście na rzeczy, bez których najwidoczniej potraficie się obejść. Ile się uzbierało? Teraz można to na coś przeznaczyć. A jednocześnie macie listę rzeczy, których ceny możecie sprawdzać w okresach promocyjnych (takich jak czarny tydzień, wyprzedaże przedświąteczne i sezonowe, etc.).

Szczęśliwego Nowego Roku!